|
Przez dwa dziesięciolecia gazety piały hymny pochwalne na cześć chicagowskiej szkoły liberalnej w ekonomii i jej social killers. Teraz nagle świętują powrót Keynesa. Od jednego kryzysu do następnego, niektóre jego trzeźwe stwierdzenia zachowują niepokojącą aktualność. Pisał przecież w 1933 r.: „Dekadencki międzynarodowy, lecz indywidualistyczny kapitalizm, w którego rękach znaleźliśmy się po wojnie, nie jest osiągnięciem. Nie jest inteligentny, nie jest piękny, nie jest sprawiedliwy, nie jest cnotliwy – i nie dotrzymuje obietnic. Krótko mówiąc, nie lubimy go i zaczynamy nim gardzić. Gdy jednak zastanawiamy się, czym go zastąpić, popadamy w straszne zakłopotanie.”
Stary świat umiera
W latach międzywojennych w podupadającej Anglii kiepska opinia o kapitalizmie była dość powszechna. W 1926 r. – roku wielkich strajków, w którym, w pracy Dokąd zmierza Anglia?, Trocki analizował transfer przywództwa imperialistycznego za Atlantyk – G.K. Chesterton, katolik społeczny odczuwający nostalgię za drobną własnością rolną i handlową, diagnozował: „Obecny system, bez względu na to, czy nazywamy go kapitalizmem, zwłaszcza w tej postaci, w jakiej istnieje w krajach przemysłowych, stał się już niebezpieczeństwem i szybko staje się śmiertelną pułapką.” Na długo przed złotym wiekiem traderów i kredytów subprime wskazywał: „Problem ze światem finansowym polega na tym, że ma stanowczo za dużą wyobraźnię i karmi się fikcjami.”[2]
Zakłopotanie, o którym mówił Keynes, jest dziś spotęgowane bankructwem społeczeństw biurokratycznie planowanych i gospodarek zetatyzowanych. Tymczasem kapitalizm nadal jest tak samo pozbawiony inteligencji i urody i na pewno jeszcze bardziej godny pogardy. Dziś, podobnie jak wczoraj, dogmat liberalny i „filozofia polityczna wymyślona w XVII i XVIII w. po to, aby obalać królów i prałatów”, stała się „mlekiem dla niemowląt i dosłownie wkroczyła do żłobków”[3]. Pytanie, „czym go zastąpić”, jest tym bardziej palące – i budzi trwogę.
Takie siły polityczne, jak socjaldemokracja, które po drugiej wojnie światowej zamierzały kultywować go i upiększać, czyniły to aż do utraty tchu. To, co ongiś Keynes pisał o liberalizmie historycznym, dziś słowo w słowo odnosi się do socjalistów rynkowych: „Historyczne kwestie, które mobilizowały partie w XIX w. [dziś czytaj: w XX w.] są tak samo martwe, jak baran podany w zeszłym tygodniu, i choć pojawiają się już kwestie przyszłości, nie stały się one jeszcze kwestiami partyjnymi, gdyż podziały w tych sprawach przebiegają w poprzek podziałów partyjnych. (…) Pozytywne powody przemawiające za tym, aby być liberałem [dziś czytaj: socjaldemokratą] są dziś bardzo nijakie. Jak inne partie wytrzymują pozytywną próbę? Często tylko taki przypadek, jak temperament lub odniesienie historyczne, a nie rzeczywiste rozbieżności polityczne lub ideowe, dzielą teraz młodego, postępowego konserwatystę od przeciętnego liberała [dziś czytaj: socjaldemokraty]. Stare okrzyki bojowe wyciszono lub zdławiono.”[4]
Nędzna miara nędznego świata
Prawo rynku, sprowadzając wartość wszelkiego bogactwa, wszelkiego produktu, wszelkiej usługi do społecznie koniecznego czasu jego czy jej produkcji, stara się zmierzyć coś, co niewspółmierne, skwantyfikować coś, co skwantyfikować się nie daje, przypisać wszelkiej rzeczy wartość. Jako powszechny ekwiwalent, pieniądz ma moc magiczną, która pozwala mu wszystko przemieniać, toteż „zamienia i podmienia wszystkie rzeczy, jest on powszechną zamianą i podmianą wszystkich rzeczy, a więc światem na opak, zamienianiem i podmienianiem wszystkich ludzkich i przyrodniczych cech”[5].
Oto na przykład aktualne jest pytanie: czemu odpowiada płaca wykładowcy-badacza uniwersyteckiego? Zamieniony w sprzedawcę świadczeń towarowych, ma on teraz sprzedawać wiedzę podlegającą procedurom oceniającym (takim, jak bibliometria ilościowa), które powinny mierzyć jej wartość rynkową. Nie sprzedaje jednak produktu (wiedzy-towaru), ale za czas pracy społecznie konieczny do produkcji i reprodukcji swojej siły roboczej (obejmujący także czas, w którym się szkoli) otrzymuje wynagrodzenie finansowane z systemu wyrównywania fiskalnego. Czy chodzi jedynie o czas spędzony w laboratorium, czy o czas spędzony przed własnym komputerem (i podlegający chronometrażowi przy pomocy zainstalowanego w nim zegara)? Czy przestaje on myśleć, gdy czyta w metrze lub uprawia jogging? Arystoteles mawiał, że nie ma wspólnej miary pieniądza i wiedzy, a sprawa ta jest tym delikatniejsza, że produkcja wiedzy jest dziś wysoce uspołeczniona, z trudnością się indywidualizuje i wymaga wielkiej ilości pracy martwej.
Kryzys obecny jest jak najbardziej kryzysem historycznym – ekonomicznym, społecznym, ekologicznym – prawa wartości. Miara wszystkiego za pomocą czasu pracy abstrakcyjnej stała się – zgodnie z przewidywaniami Marksa zapisanymi w Zarysie krytyki ekonomii politycznej z 1857-1858 r. – „nędzną” podstawą miary stosunków społecznych. „Nie można zarządzać czymś, czego nie umie się zmierzyć”, powtarza tymczasem Pavan Sukhdev, były dyrektor Deutsche Bank w Bombaju. Komisja Europejska zamówiła u niego raport, który pozwoliłby „zapewnić przywódcom tego świata busolę”, „bardzo szybko przyznając wartość ekonomiczną usługom świadczonym przez przyrodę”[6]. Ze względu na coraz większe uspołecznienie pracy i zmasowane wcielanie pracy umysłowej do tej pracy uspołecznionej mierzenie wszelkiego bogactwa materialnego, społecznego, kulturalnego jedynie miernikiem czasu pracy społecznie koniecznej do jego produkcji staje się jednak coraz bardziej problematyczne.
Czas długi ekologii nie jest czasem krótkim notowań na giełdzie! Przypisywanie „wartości ekonomicznej” (pieniężnej) usługom świadczonym przez naturę boryka się z zawiłym problemem określenia wspólnego mianownika dla zasobów naturalnych, usług osobistych, dóbr materialnych, jakości powietrza, wody pitnej itd. Potrzebny byłby inny miernik niż czas pracy, inne narzędzie pomiaru niż rynek, bo chodziłoby o to, aby ocenić jakość i długoterminowe skutki bieżących korzyści. Tylko demokracja społeczna może zestroić środki z potrzebami, wziąć pod uwagę długą i powolną czasowość cykli przyrodniczych oraz określić ramy wyborów społecznych uwzględniając ich wymiar ekologiczny.
Wyjścia z kryzysu?
Obecny kryzys nie jest więc kryzysem cyklicznym, którego system doświadcza mniej więcej co dziesięć czy dwanaście lat. Jest to historyczny kryzys prawa wartości. Kapitalizm obnaża nie tylko niesprawiedliwość tego prawa, ale również jego potrójnie destrukcyjną stronę – destrukcyjną wobec społeczeństwa, przyrody i w rezultacie istoty ludzkiej jako uspołecznionego bytu przyrodniczego. Wbrew mniemaniu proroków wyjścia z kryzysu dzięki cudom zielonego Nowego Ładu, jest to także kryzys rozwiązań, które wynaleziono w celu przezwyciężenia minionych kryzysów. Często zapomina się, że leki keynesowskie mogły przyczynić się do czasowych odbić od dna, ale po chwilowej ciszy morskiej w latach 1934-1935, w 1937 i 1938 r. gospodarka przeżyła kolejny brutalny upadek. Aby stworzyć trwałe warunki wzrostu gospodarczego w ciągu powojennego „chwalebnego trzydziestolecia”, trzeba było ni mniej, ni więcej, tylko wojny światowej. Zapomina się również o warunkach, w których zastosowano zalecane wówczas środki – współpracę międzyklasową podjętą w prawnych ramach państw narodowych przez stosunkowo potężne związki zawodowe i istnienie rezerw akumulacji kapitału w wyniku panowania kolonialnego metropolii imperialistycznych. Warunki te zasadniczo się zmieniły[7].
Keynes, chcąc zapewnić swoim zaleceniom skuteczność, postulował – co było rzeczą logiczną – „minimalizację”, a nie „maksymalizację powiązań gospodarczych między narodami”. Uważał, że realizacji tych zaleceń „może służyć większa samowystarczalność narodowa i izolacja gospodarcza”.[8] Od tego czasu deregulacja finansowa i otwarcie rynków tak bardzo spotęgowały współzależność narodów w ramach globalizacji, że państwa narodowe uległy osłabieniu, a stosunki umowne między pracą a kapitałem zostały bardzo poważnie nadszarpnięte.
Dodajmy, że Keynes, ignorując progi i limity wynikające z wymogów ekologicznych, uważał, że można stawiać na obfitość i nieograniczony postęp. W 1928 r. twierdził, że „problem ekonomiczny może zostać rozwiązany lub przynajmniej jego rozwiązanie może być osiągalne w ciągu stu lat” (czyli od dziś za niespełna dwadzieścia lat). Był przekonany, że dojdzie do tego, iż ludzkość, „uwolniona od palących trosk gospodarczych”, całkowicie poświęci się wypełnianiu swojej wolności treścią. Nie stroniąc od proroczych akcentów przypominających niektóre pisma Marksa zapowiadał, że „choć jeszcze na krótko chciwość i lichwa muszą być naszymi bogami”, nieuchronnie „wyprowadzą nas z tunelu konieczności ekonomicznej”.[9]
Temperował jednak tę entuzjastyczną wizję świetlanej przyszłości przypisując strapionym umysłom bardziej ponurą hipotezę: „Niektórzy cynicy (…) dochodzą do wniosku, że tylko wojna może położyć kres poważnemu kryzysowi. W oczach rządów wojna była dotychczas jedyną możliwą do usprawiedliwienia formą dokonywania na wielką skalę wydatków z zadłużenia.”[10] W końcu okazało się, niestety, że to ci cynicy mieli rację. Tym bardziej dziś należy wystrzegać się złudzeń. Wyjście z historycznego kryzysu kapitalizmu nie zależy od zaaplikowania mu uczonych leków ekonomicznych, lecz od planetarnej zmiany w układzie sił między klasami w toku wielkich wydarzeń politycznych.
Komunizm w Stanach Zjednoczonych?
Gdy w 1935 r. w swojej Ogólnej teorii Keynes zastanawiał się nad sposobami ratowania tonącego kapitalizmu, żyjący na wygnaniu Lew Trocki napisał zdumiewający esej z dziedziny fikcji politycznej o tym, czym będzie komunizm w Stanach Zjednoczonych. Uważał, że społeczne koszty rewolucji w tym kraju będą „nieznaczne” w porównaniu z kosztami rewolucji w Rosji. Przewidywał, że choć „w Ameryce komunizm może przyjść tylko w wyniku rewolucji, tak, jak w wyniku rewolucji w Ameryce przyszła niepodległość i demokracja”, pod niemal każdym względem „amerykańska władza rad będzie różniła się od rosyjskiej władzy rad tak, jak Stany Zjednoczone prezydenta Roosevelta różnią się od imperium rosyjskiego cara Mikołaja II”. Stosunki społeczne ulegną tam stopniowym przeobrażeniom bardziej w wyniku perswazji niż przemocy. „Oczywiście, w charakterze szkół dobrowolnej kolektywizacji amerykańska władza rad stworzy swoje własne ogromne gospodarstwa rolne. Wasi farmerzy z łatwością będą mogli skalkulować, czy indywidualnie bardziej opłaca się pozostać izolowanymi ogniwami, czy też dołączyć do łańcucha publicznego.” Taką samą metodę zastosuje się po to, aby skłonić drobny handel i drobny przemysł do włączenia się w ogólnokrajową organizację przemysłu. Dzięki państwowej kontroli surowców, kredytów i zamówień „można będzie utrzymać opłacalność drobnego handlu i przemysłu, dopóki stopniowo i bez przymusu nie zassie go uspołeczniony system gospodarczy”.
Trocki, odrzucając myśl, że przyspieszone uprzemysłowienie Związku Radzieckiego stanowi wzór do naśladowania, stwierdzał, że w Stanach Zjednoczonych jest ono wykluczone. Od samego początku odnowy gospodarczej będzie tam możliwe znaczne podniesienie poziomu spożycia ludowego. „Jesteście przygotowani do tego jak żaden inny kraj. Nigdzie indziej badania rynku wewnętrznego nie są tak intensywne, jak w Stanach Zjednoczonych. Prowadzą je wasze banki, trusty, indywidualni biznesmeni, kupcy, wędrowni akwizytorzy i farmerzy i są one nieodłączne od ich działalności gospodarczej. Wasz rząd wyłoniony przez rady po prostu zniesie wszelkie tajemnice handlowe, zintegruje wyniki tych wszystkich badań prowadzonych w pogoni za indywidualnym zyskiem i zamieni je w naukowy system planowania gospodarczego. Na tym polu z pomocą przyjdzie mu istnienie rozległej rzeszy wyrobionych pod względem kulturalnym i krytycznych konsumentów. Łącząc znacjonalizowane kluczowe gałęzie przemysłu z waszą prywatną działalnością gospodarczą i demokratyczną współpracą konsumentów szybko rozwiniecie elastyczny system zaspokajania potrzeb waszego społeczeństwa. Systemem tym nie będzie zarządzała biurokracja ani policja, lecz zimna, twarda waluta. Wasz wszechmocny dolar będzie odgrywał główną rolę w funkcjonowaniu waszego nowego systemu opartego na władzy rad. Wielkim błędem jest mylenie «gospodarki planowej» z «walutą manipulowaną». Wasz pieniądz powinien działać jako regulator, którym mierzy się powodzenie lub niepowodzenia waszego planowania. Wasi «radykalni» profesorowie mylą się totalnie hołdując idei «manipulowanego pieniądza». To akademicki pomysł, który z łatwością może zrujnować cały wasz system dystrybucji i produkcji. Jest to wielka nauka płynąca z doświadczeń Związku Radzieckiego, gdzie w polityce pieniężnej z bolesnej konieczności uczyniono urzędową cnotę. Brak stabilnego złotego rubla jest tam jedną z głównych przyczyn wielu zaburzeń i katastrof gospodarczych. Nie można regulować płac, cen i jakości towarów bez mocnego systemu walutowego.”
Niepoprawny entuzjazm produktywistyczny i złudzenia postępu bezspornie ciążyły na Trockim. Mimo to warto zauważyć, że podkreślał on, iż w kraju wysoko rozwiniętym socjalizm śmiało można budować na kombinacji rozmaitych form własności, a przy tym poważnie redukować rozmiary aparatu administracyjnego i biurokratycznego. Nie tylko stronił od robinsonad o zniesieniu na mocy dekretu wszelkiego miernika pieniężnego, ale kładł nacisk na zasadniczą rolę pieniądza jako regulatora w długim okresie przejściowym.
„Ze stabilnej waluty wyrażonej w złocie będzie można zrezygnować dopiero wtedy, gdy socjalizmowi uda się zastąpić pieniądz kontrolą administracyjną. Wtedy pieniądz stanie się zwykłym biletem papierowym – takim, jak bilety tramwajowe lub bilety do teatru. Wraz z rozwojem socjalizmu bilety te również znikną, bo gdy wszystkiego będzie więcej niż pod dostatkiem dla wszystkich, ani pieniężna, ani administracyjna kontrola nad spożyciem indywidualnym nie będzie już potrzebna!”
Hipoteza (lub dżoker) obfitości – Trocki dzielił z Keynesem beztroskę ekologiczną – odkłada zniesienie wszelkiego miernika pieniężnego na czas nieokreślony. Trocki pospieszył z wyjaśnieniem, że „czas ten jeszcze nie nadszedł, choć w Ameryce z pewnością nadejdzie wcześniej niż gdziekolwiek indziej. Dopóki to nie nastąpi, jedyny sposób na osiągnięcie takiego stadium rozwoju to zachowanie skutecznego regulatora i miernika funkcjonowania waszego systemu.” W rzeczywistości, precyzował Trocki, „przez kilka pierwszych lat gospodarka planowa potrzebuje zdrowej waluty jeszcze bardziej niż potrzebował jej staromodny kapitalizm”. Czyniąc aluzję do Keynesa, odrzucał on również pomysł, że manipulacja walutowa może być cudownym wyjściem ze sprzeczności i kryzysu kapitalizmu. „Profesor, któremu wydaje się, że regulując jednostkę pieniężną reguluje cały system gospodarczy, jest jak człowiek, który na raz usiłuje oderwać od ziemi obie stopy.”
W tym krótkim artykule Trocki powtarzał kilkakrotnie: „Ameryka nie będzie musiała naśladować naszych metod biurokratycznych.” W Rosji „niedostatek artykułów pierwszej potrzeby sprawił, że wszyscy uganiali się za dodatkowym kawałkiem chleba czy łokciem tkaniny”. „W tej walce biurokracja wystąpiła jako mediator, jako wszechpotężny trybunał arbitrażowy.” Natomiast socjalistyczne Stany Zjednoczone z łatwością mogą zapewnić wszystkim „to wszystko, czego potrzeba im do życia”, tym bardziej, że „wasze potrzeby, gusty i nawyki nigdy nie dopuszczą, aby wasza biurokracja dzieliła dochód narodowy”. Gdy społeczeństwo będzie zorganizowane tak, że produkcja będzie nastawiona na zaspokajanie potrzeb, a nie na pogoń za prywatnym zyskiem, „całe wasze społeczeństwo podzieli się na nowe tendencje i ugrupowania, które będą ze sobą rywalizować i zapobiegną narzucaniu swojej woli przez rozpasaną biurokrację”. Pluralizm ten będzie zabezpieczeniem przed „wzrostem biurokratyzmu” – a to dzięki „praktyce władzy rad, to znaczy demokracji – najbardziej elastycznej formy władzy, jaka kiedykolwiek istniała”. Z pewnością „nie może ona zdziałać cudów, ale po prostu musi odzwierciedlać wolę ludu. U nas rady uległy biurokratyzacji w wyniku politycznego monopolu jednej partii, która sama stała się biurokracją. Taka sytuacja wynikała z niezwykłych trudności, z jakimi boryka się socjalizm torując sobie drogę w biednym i zacofanym kraju.”
Planowaniu biurokratycznemu i odgórnie wydawanym ukazom o kolektywizacji Trocki przeciwstawiał żywotność kontradyktoryjnych debat w przestrzeni publicznej, w której panują demokratyczne swobody zrzeszania i zbierania się oraz wyrażania swoich poglądów. Współbrzmiało to z obroną przez Różę Luksemburg wrzenia rewolucyjnego wytwarzającego „ową subtelną, wibrującą, chłonną aurę polityczną, w której fale nastrojów ludu, pulsowanie życia ludu, oddziałują błyskawicznie w najosobliwszy sposób na ciała przedstawicielskie”[11]. Trocki precyzował nawet: „Roczny, pięcioletni lub dziesięcioletni plan rozwoju gospodarczego, projekt edukacji narodowej, budowa nowej sieci transportu, przeobrażenie rolnictwa, program poprawy wyposażenia technicznego i kulturalnego Ameryki Łacińskiej, program komunikacji stratosferycznej, eugenika – to wszystko będzie wywoływało kontrowersje, ożywione walki wyborcze i namiętne debaty w gazetach i na zebraniach publicznych.” Socjalistyczna Ameryka „nie będzie naśladowała monopolu prasy sprawowanego w Rosji radzieckiej przez przywódców biurokracji.” Nacjonalizacja drukarni, fabryk papieru i środków kolportażu „oznaczać będzie jedynie, że kapitałowi prywatnemu nie pozwala się już decydować, co można publikować, czy ma to być postępowe, czy reakcyjne, «wilgotne» czy «suche», purytańskie czy pornograficzne.”[12]
Niemało tu złudzeń – wynikających zwłaszcza z beztroski ekologicznej – co do perspektyw socjalizmu obfitości w kraju rozwiniętym, ale również wiele interesujących wskazówek – interesujących szczególnie w świetle pierwszego doświadczenia rewolucji społecznej i kontrrewolucji biurokratycznej.
Kapitalizm utopijny...
W 1926 r. Chesterton twierdził, że „teraz można uniknąć socjalizmu tylko pod warunkiem dokonania tak rozległej zmiany, jakiej dokonał socjalizm” i że „jeśli mamy ocalić własność, to powinniśmy dokonać dystrybucji własności niemal tak srogo i dogłębnie, jak uczyniła to Rewolucja Francuska”[13]. Jego „dystrybucjonizm”, który był obroną idei przywrócenia drobnej własności przeciwko monopolom i wskrzeszenia cechów przeciwko trustom, to właśnie przykład owego „zarazem reakcyjnego i utopijnego socjalizmu drobnomieszczańskiego” („ustrój cechowy w manufakturze i gospodarstwo patriarchalne na wsi – oto jego ostatnie słowo”), o którym była mowa w Manifeście komunistycznym.
W 1935 r., w obliczu wielkiego kryzysu, Keynes szukał jeszcze najlepszego sposobu naukowego na ratowanie kapitalizmu, a Trocki starał się wyobrazić sobie socjalizm demokratyczny, który zastąpiłby kapitalizm. Obaj ufali w postęp, choć nie pojmowali go tak samo, i na jego horyzoncie widzieli obfitość, a także wierzyli w naukę o zjawiskach ekonomicznych i społecznych. Pierwszy już wówczas starał się odrodzić kapitalizm regulując go i umoralniając, ale przytomnie zapowiadał, że w przypadku niepowodzenia nie będzie innego wyjścia, jak tylko wojna domowa i wojna tout court. Drugi w komunistycznym przezwyciężeniu kapitalizmu upatrywał jedyne wyjście z rozkładu społeczeństwa burżuazyjnego, ale między jedną rewolucją zdradzoną a inną przegapioną, zaniechaną czy omieszkaną coraz wyraźniej przeczuwał nadciągającą katastrofę – do tego stopnia, że w końcu 1938 r. jednoznacznie wskazywał: „Bez trudu można sobie wyobrazić, co czeka Żydów, gdy tylko wybuchnie przyszła wojna światowa. Nawet jednak bez wojny następna faza rozwoju reakcji światowej z pewnością oznacza fizyczną eksterminację Żydów.”[14]
W Ogólnej teorii Keynes – już wówczas – uważał, że w trybie pilnym należy umoralnić kapitalizm. „Milionerzy, znajdujący przyjemność we wznoszeniu potężnych gmachów, aby przebywać w nich za życia, i piramid, w których mają spoczywać po śmierci, czy też dla odkupienia grzechów budujący katedry i fundujący klasztory lub misje, przez tę działalność odsuwają dzień, w którym obfitość kapitału stanie się przeszkodą dla obfitości produkcji”, pisał. „Nierozsądne jest jednak, aby rozumne społeczeństwo miało się godzić na zależność od tak przypadkowych i często mających charakter marnotrawstwa paliatywów.” Uważał, że „eutanazja rentiera” i pasożyta w osobie „zawodowego inwestora nie zatrudnionego w produkcji” „nie będzie wymagała żadnej rewolucji”. Wystarczy podążać w dwóch kierunkach na raz, gdyż „jest tu dostateczne pole dla łącznego stosowania obu rodzajów polityki” – „zmierzając do utrzymywania społecznie kierowanej stopy inwestycji” i stosując „wszelkiego rodzaju zabiegi polityczno-gospodarcze mające na celu zwiększenie skłonności do konsumpcji”, „rozwijać inwestycje i równocześnie rozwijać konsumpcję nie tylko do takiego poziomu, który przy istniejącej skłonności do konsumpcji odpowiadałby zwiększonym inwestycjom, ale nawet do poziomu jeszcze wyższego.” Aby to osiągnąć, trzeba uznać „żywotne znaczenie wprowadzenia pewnego centralnego kierowania w sprawach, które dzisiaj są pozostawione głównie inicjatywie indywidualnej”, to znaczy prywatnej, zakładając jednak, że „wiele dziedzin działalności gospodarczej będzie funkcjonowało bez zmiany”. „Chociaż więc rozszerzenie funkcji rządu w związku z koniecznością przystosowania do siebie skłonności do konsumpcji i skłonności do inwestowania wydawałoby się jakiemuś publicyście z XIX w. lub współczesnemu amerykańskiemu finansiście straszliwym zamachem na indywidualizm, to jednak staję w jego obronie. To rozszerzenie funkcji rządu jest bowiem jedynym środkiem, który pozwala uniknąć zniszczenia obecnych form gospodarki w całości.”[15]
Tym, którzy uznają prowizoryczne orzeczenia wątpliwego trybunału historii, wydaje się, że Keynes wygrał sprawę. Tymczasem „kompromisy” czy „pakty” socjalne „chwalebnego trzydziestolecia” stały się możliwe za cenę wojny światowej i za sprawą wzrostu gospodarczego przynajmniej częściowo napędzanego przez odbudowę powojenną i nowe układy sił (społecznych i geopolitycznych). Jednak w końcu podkopały one stopy zysku i zapoczątkowana w końcu lat siedemdziesiątych kontrreformacja neoliberalna miała jedynie na celu przywrócenie kapitałowi rentowności i uwolnienie jego akumulacji z keynesistowskich pęt. Ponowne założenie tych pęt byłoby więc powrotem do punktu wyjścia z jego sprzecznościami, przed którymi starała się umknąć polityka neoliberalna ostatniego ćwierćwiecza.
Zakładać, że możliwa jest harmonia między pobudzaniem skłonności do konsumpcji (i środkami, które pozwalają ją realizować) a zachętami do inwestowania w warunkach zapewniających atrakcyjną stopę zysku lub krańcową efektywność kapitału, to wyobrażać sobie równie nieprawdopodobny świat, jak bezbarwna tęcza. Jest to dosłownie dyskurs ideologiczny utopijnego kapitalizmu. Wydaje się, że Keynes chciał, abyśmy uwierzyli, iż spekulacyjny kapitał finansowy to nowotwór do usunięcia na zdrowym ciele kapitału produkcyjnego. „Pewne kategorie inwestycji zależą raczej od przeciętnych przewidywań osób grających na giełdzie, które to przewidywania odzwierciedlają się w kursach akcji, niż od przewidywań zawodowego przedsiębiorcy.” „Jest to tak, jak gdyby rolnik, spojrzawszy po śniadaniu na barometr, mógł zdecydować się na wycofanie swego kapitału z gospodarstwa między dziesiątą a jedenastą rano, a po paru dniach mógłby się znowu zastanawiać, czy nie powinien ulokować go tam z powrotem.” Chodzi o to, że „energia i zdolności zawodowego inwestora i spekulanta” sprawiają, iż „większość tych ludzi w rzeczywistości nie zajmuje się obmyślaniem trafniejszych prognoz prawdopodobnej dochodowości jakiegoś obiektu w całym okresie jego życia, ale głównie przewidywaniem zmian w konwencjonalnej podstawie ocen nieco wcześniej, zanim zorientuje się w nich publiczność. Obchodzi ich nie to, ile jakiś obiekt inwestycyjny jest naprawdę wart dla kogoś, kto go kupuje, «by go trzymać», lecz to, na ile w trzy miesiące lub w rok później wyceni go rynek.” W rezultacie „codzienne fluktuacje zysków z istniejących obiektów, niewątpliwie przemijające i pozbawione znaczenia, mają jednak nadmierny, a często wręcz absurdalny wpływ na rynek”, a „rozmiary inwestycji nie są planowane ani kierowane i zależą od kaprysów krańcowej efektywności kapitału określonej przez prywatne oceny jednostek, które się nie znają na rzeczy lub oddają się spekulacji”.[16]
Zdaniem Keynesa, skutki są bardzo poważne. „Zasadnicze cechy cyklu koniunkturalnego, a przede wszystkim regularność w następstwie czasowym i czasie trwania, która uzasadnia nazwę cykl, zależą głównie od tego, jakim fluktuacjom podlega krańcowa efektywność kapitału”. Cykl to „skutek cyklicznych zmian w krańcowej efektywności kapitału”. Tymczasem zależy ona „nie tylko od obfitości lub rzadkości istniejących w danej chwili dóbr kapitałowych oraz od bieżącego kosztu ich produkcji, ale także od panujących przewidywań co do przyszłego przychodu z dóbr kapitałowych”. To im właśnie „należy przypisać gwałtowne fluktuacje krańcowej efektywności kapitału, którymi tłumaczy się cykl koniunkturalny”.[17]
Absurdalny zdaniem samego Keynesa wpływ codziennych fluktuacji zysków na rynek nie wynika jednak z deregulacji realnie istniejącego kapitalizmu, lecz z samej jego istoty: usamodzielnianie się sfery finansowej i fetyszyzm „pieniądza, który robi pieniądz” metodą dzieworództwa to nie patologiczne narośle, lecz zjawiska nieodłączne od najgłębszej logiki akumulacji kapitału. Podobnie „zasada dziedziczności” kapitalizmu patrymonialnego – Keynes uważał, że „nic z większą pewnością nie doprowadzi instytucji społecznej do upadku” niż ta zasada[18] – to tylko konieczna forma prawna prywatnej akumulacji i transmisji kapitału. „Zniesienie prawa dziedziczenia” (podstawowych środków produkcji, transportu i komunikacji oraz wymiany), które stanowi trzeci z dziesięciu punktów programowych zapisanych w Manifeście komunistycznym, jest nieodłączne od radykalnego przewrotu w stosunkach produkcji i własności.
… socjalizm utopijny…
Zastanawiać się nad tym, czy poza kapitalizmem istnieje życie ludzkie i jak wyglądałby alternatywny model społeczeństwa, to ryzykować, że wyląduje się na stoku utopijnych spekulacji abstrahujących od niepewnego przebiegu walk klasowych i niewiadomych układów sił politycznych. Thomas Courtot, starając się znaleźć możliwie jak najkonkretniejsze rozwiązania alternatywne wobec rynku, proponuje „afirmowanie przez społeczeństwo obywatelskie przeciwwładz wywierających presję na państwo i kapitał oraz bezpośrednią budowę alternatywnych sił ekonomicznych. Innymi słowy – kontrolę obywatelską nad gospodarką solidarną.” „Okrążenie władzy kapitału w toku wojny pozycyjnej, w której gospodarka solidarna i kontrola obywatelska kombinują swoje zdobycze tak, aby stopniowo ukonstytuować się jako alternatywa wobec hegemonii kapitalistycznej na polu ekonomicznym” – tak oto, zdaniem Courtota, „zarysowuje się niekapitalistyczny model organizacji gospodarczej, model samorządności niepłacowej połączonej z uspołecznieniem rynków”. Pod warunkiem jednak – zaznacza mimochodem, że „weźmie się w nawias kwestię praw własności”.[19]
„Model” ten, stworzony za cenę dziwnej operacji, polegającej na „wzięciu w nawias” praw własności, i oparty na założeniu, że możliwe jest stopniowe „okrążenie” władzy kapitalistycznej pozwalające afirmować alternatywę na polu ekonomicznym, nawiązuje do tradycji socjalizmów utopijnych. W takiej mierze, w jakiej one również biorą w nawiasy kwestię polityczną i kwestię władzy (u Courtota rzekomo zneutralizowanej poprzez „okrążenie władzy kapitału”), stawia on na wyższość rozumu nad nierozumnością rynku. Realna walka klasowa to jednak nie konkurs racjonalności. Nie przechodzi się „stopniowo”, pokojowo, od jednego prawa (prawa własności) do innego (prawa do istnienia). Gdy ścierają się ze sobą dwa różne prawa – przypominał Marks – „rozstrzyga siła”. Dlatego – wbrew temu, co sugeruje kiepski przekład – „socjalizmów utopijnych” nie przezwycięża „socjalizm naukowy”, lecz wypracowanie strategii rewolucyjnej zdolnej powiązać cele i środki, ruch i cel, historię i zdarzenie. Nie chodzi więc o to, aby bujać w porywających obłokach przyszłości, lecz o to, aby pracować w przyziemnej nędzy teraźniejszości i badać tropy, które prowadzą do możliwych światów leżących poza kapitalizmem. Konkretna walka polityczna określa drogi, którymi się podąża, i nieraz narzuca nieprzewidziane odpowiedzi na pytania, które na drogach tych się stawia.
Chcąc zarysować kontury innego, koniecznego świata, tak właśnie, aby był on możliwy, dysponujemy jedynie wskazówkami, które nie są wynalazkami doktrynalnymi, lecz naukami wynikającymi z minionych doświadczeń ruchów społecznych i zdarzeń rewolucyjnych.
... i alternatywa rewolucyjna
Czy inny świat jest możliwy? Mówiąc, że zdrowie, wiedza, istoty żywe nie są na sprzedaż, że uniwersytet i szpital nie są przedsiębiorstwami, stawia się kwestię przezwyciężenia/obumarcia kategorii towarowych. Jak pisze Michel Husson, „rynkową logikę pracy najemnej trzeba wziąć w kleszcze, od wewnątrz poprzez przeobrażenie pracy, od zewnątrz poprzez upowszechnienie dochodu gwarantowanego świadczonego w naturze pod postacią poszerzania sfer bezpłatności”, które jest „spójne z drastycznym zmniejszeniem czasu pracy: odzyskanie dla siebie czasu, z którego swobodnie się korzysta, jest najskuteczniejszym sposobem ograniczania sfery towarowej do zupełnego minimum”[20]. Odtowarowienie stosunków społecznych nie sprowadza się do przeciwstawiania sobie tego, co płatne i tego, co bezpłatne. Pogrążona w konkurencyjnej gospodarce rynkowej bezpłatność w mgnieniu oka (finansowana przez reklamę) może służyć za machinę wojenną wytoczoną przeciwko płatnej produkcji lepszej jakości. Świadczy o tym mnożenie się bezpłatnych gazet kosztem pracy informacyjnej i badawczej, która kosztuje.
Można sobie wyobrazić sfery wymiany bezpośredniej – niepieniężnej – dóbr użytkowych czy usług osobistych. „Paradygmatu daru” nie można jednak upowszechniać, bo nie ma powrotu do autarkicznej gospodarki opartej na wymianie bezpośredniej (barterowej). Wszelkie społeczeństwo, w którym istnieją rozszerzona wymiana i złożony społeczny podział pracy, wymaga rachunkowości i sposobu redystrybucji wytwarzanych bogactw. Kwestia odtowarowienia jest więc ściśle związana z kwestią form zawłaszczania i stosunków własności.
Siedem hipotez strategicznych
Hipoteza pierwsza
Pierwszym warunkiem emancypacji społecznej, która określa przeobrażenie zarówno pojęcia pracy, jak i warunków konkretnej praktyki demokracji, jest odtowarowienie siły roboczej. Pociąga ono za sobą dzielenie się czasem pracy i zapewnienie wszystkim prawa do pracy, przy czym należy zacząć od drastycznego skrócenia czasu pracy. W 1919 r., a więc tuż po zakończeniu wojny, Lenin zalecał komunistom niemieckim, aby dążyli do wprowadzenia sześciogodzinnego dnia pracy. Keynes posunął się jeszcze dalej – krajom rozwiniętym proponował „trzygodzinny dzień lub piętnastogodzinny tydzień roboczy”[21]. Zakładał, że prędzej czy później „każdy człowiek porównuje korzyści płynące z większej ilości wolnego czasu z korzyściami płynącymi ze zwiększenia dochodu”, ale przyznawał, iż jest „dość dowodów na to, że znaczna większość ludzi wolałaby większy dochód niż więcej wolnego czasu” i zaznaczał, że nie ma „żadnego słusznego powodu, żeby tych, co wolą większy dochód, zmuszać do korzystania z większej ilości wolnego czasu”[22]. Dziś, podobnie jak wczoraj problem (którego Keynes sobie nie postawił) polega na tym, dlaczego tak wiele osób woli więcej pracować, aby więcej zarobić w warunkach pracy wyobcowanej, niż zacisnąć pasa w rzekomo wolnym, ale równie wyobcowanym i pustym czasie wolnym. Analiza francuskiego doświadczenia z wprowadzeniem trzydziestopięciogodzinnego tygodnia pracy połączonego z elastycznym czasem pracy i utratą części zarobków przez wielu pracowników przyniosłaby budujące elementy odpowiedzi na to pytanie. Dzielenie się czasem pracy zapewniłoby wszystkim prawo do pracy lub prawo do godnego dochodu gwarantowanego, oznaczałoby rozbudowę płacy uspołecznionej poza ramy obecnych systemów ubezpieczeń społecznych i w rezultacie prowadziłoby do obumarcia towaru-siły roboczej i wyzysku pracy najemnej.
Hipoteza druga
Mnożnik Keynesa mający zapewnić taką dynamikę rozwoju gospodarczego, która prowadziłaby do pełnego zatrudnienia, kojarzy zachętę do inwestowania z pobudzaniem „skłonności do konsumpcji”. Lecz co konsumować i jak? Prawie sto lat wcześniej Marks na wskroś przeniknął dogłębną logikę społeczeństwa konsumpcyjnego. „Każdy człowiek przemyśliwa nad tym, by wzbudzić w drugim nową potrzebę, by zmusić go do nowej ofiary, by wtrącić go w nową zależność, podsunąć nowy sposób używania (...). Wraz z masą przedmiotów rośnie więc królestwo obcych istot, które ujarzmiają człowieka, a każdy nowy produkt stanowi nową możliwość wzajemnego oszustwa i wzajemnego rabunku. (...) Ilość pieniądza staje się coraz bardziej jego jedyną możną właściwością; podobnie jak redukuje on wszelką istotę do jej abstrakcji, tak też siebie redukuje w swym własnym ruchu do istoty ilościowej. Brak miary i nieumiarkowanie staje się jego faktyczną miarą.”[23]
Odpowiedź na to nieumiarkowanie polega na znalezieniu ludzkiej miary, która niepohamowanej pogoni za używaniem przeciwstawiłaby rozumne zaspokajanie potrzeb. Prawdopodobnie o tym marzą pewne nurty postulujące degrowth, „spadek gospodarczy”. Jeśli jednak, jak dowodził Henri Lefebvre, istnieje „wzrost bez rozwoju”[24], musi również istnieć taki rozwój sił wytwórczych i bogactwa społecznego, który różniłby się od produktywistycznego wzrostu indeksowanego ekologiczną beztroską pogoni za maksymalnym zyskiem bieżącym. Dlatego Jean-Marie Harribey woli mówić o spowolnieniu wzrostu, a nie o „spadku gospodarczym”[25]. Chodzi o to, aby w wyniku dyskusji demokratycznej radykalnie zmienić kryteria rozwoju społecznego, a nie o to, aby autorytarną ekologią lub ekspertyzą narzucać ascetyzm i wstrzemięźliwość dla wszystkich.
Ważne jest to, że sama idea „trwałego i zrównoważonego rozwoju”, troszczącego się o naturalne warunki reprodukcji gatunku, którym jesteśmy, wymaga (niezależnie od wszelkich problematycznych interpretacji, które nastręcza pojęcie trwałości) czasowości długiej, nie dającej pogodzić się z krótkowzrocznymi, migawkowymi arbitrażami rynku. Zarządzanie zasobami nieodnawialnymi (a zwłaszcza opcje w dziedzinie produkcji i spożycia energii), jak również zmiany klimatyczne, skutki zanieczyszczenia oceanów, składowania odpadów jądrowych, wylesiania wymagają podejmowania długoterminowych decyzji i uchwalania długoterminowych planów – obowiązujących dużo dłużej niż trwa mandat wyborczy.
Hipoteza trzecia
Keynes upierał się przy konieczności wzmożenia interwencji publicznej, aby nie dopuszczać do zabójczych ekscesów i rozpasania leseferyzmu. Przeprowadzał jednak ścisły podział między polityką a gospodarką, między państwem a rynkiem. Twierdził, że „poza koniecznością wprowadzenia centralnego kierownictwa w celu wzajemnego przystosowywania skłonności do konsumpcji i skłonności do inwestowania nie ma więcej powodów do uspołecznienia życia gospodarczego niż kiedykolwiek przedtem”.[26] Tymczasem, aby podporządkować rynek potrzebom społecznym i wymogom ekologicznym (a nie go znieść), trzeba ponownie „umocować” gospodarkę w złożonym całokształcie stosunków społecznych – innymi słowy, sprawić, aby ekonomia stała się naprawdę polityczna. Taki jest sens planowania samorządowego i demokratycznego – nie jest to racjonalna technika zarządzania, lecz inna koncepcja stosunków społecznych, przeciwstawiająca solidarność społeczną egoistycznemu wyrachowaniu, dobro wspólne, usługę publiczną i zawłaszczanie społeczne – prywatyzacji świata i bezlitosnej konkurencji wszystkich ze wszystkimi.
Hipoteza czwarta
„Jedynym środkiem zapewniającym przybliżenie się do stanu pełnego zatrudnienia”, przyznawał Keynes, „okaże się uspołecznienie inwestycji w dość szerokim zakresie, chociaż nie musi to wykluczać wszelkiego rodzaju kompromisów i różnych sposobów współdziałania władz publicznych z inicjatywą prywatną.”[27] W dobie skandali finansowych i ściągania banków z mielizn przez władzę publiczną w zamian za nic ze strony banków, słowa te brzmią niemal wywrotowo. Tymczasem dyktuje je zdrowy rozsądek. Kredyty i ubezpieczenia publiczne byłyby środkiem pozwalającym pilotować inwestycje, organizować stopniową rekonwersję upadających i ekologicznie problematycznych gałęzi przemysłowych, takich, jak przemysł samochodowy, przystąpić do wielkiej konwersji energetycznej i w ogóle podporządkować funkcjonowanie gospodarki demokratycznie określanym priorytetom społecznym. Uspołecznienie inwestycji za pośrednictwem publicznego monopolu bankowego jest jednym z nieodzownych (lecz niewystarczających) warunków trwałego, planowego rozwoju opartego na wielości form własności społecznej (usługi publiczne, dobra wspólne, sektor spółdzielczy solidarnej gospodarki), który nie pociągałby za sobą zniesienia rynku, lecz podporządkowywałby go demokracji politycznej i społecznej. W takiej perspektywie pieniądz – tak, jak Trocki przewidywał to w artykule o budowie socjalizmu w Stanach Zjednoczonych – nadal odgrywałby rolę miernika w rachunkowości, ponieważ, jeśli wykluczy się obfitość, jest oczywiste, że ceny byłyby niezastąpione przy ocenie cząstki pracy społecznej skrystalizowanej w dobrach i usługach. Pilotaż polityczny gospodarki nie ograniczałby się jednak tylko do społecznej własności podstawowych środków produkcji, transportu i komunikacji oraz wymiany. Wymagałby również publicznej kontroli pieniądza jako narzędzia przez Bank Centralny i silnie redystrybucyjnej polityki fiskalnej[28].
Hipoteza piąta
W pracy Państwo a rewolucja Lenin stwierdził, że tylko demokracja polityczna, a nie zwykłe zarządzanie administracyjne i biurokratyczne, może mieć przewagę nad krótkoterminowymi kalkulacjami rynków i zapewnić możliwie jak najlepsze zużytkowanie i dzielenie bogactw zgodne ze zbiorowo określonymi potrzebami i priorytetami społecznymi. Pisał też w związku z błędem, który popełniają „inni marksiści w kwestii prawa narodów do samookreślenia: w warunkach kapitalizmu, powiadają, jest to niemożliwe, a w warunkach socjalizmu – zbyteczne. Tego rodzaju rzekomo błyskotliwe, a w gruncie rzeczy fałszywe rozumowanie można by powtórzyć w odniesieniu do każdej instytucji demokratycznej, a także do skromnych pensji urzędniczych, ponieważ konsekwentny do końca demokratyzm jest w warunkach kapitalizmu niemożliwy, w warunkach socjalizmu zaś obumrze wszelka demokracja. Jest to sofizmat przypominający stary dowcip: czy człowiek stanie się łysy, jeśli będzie miał o jeden włos mniej niż posiada. Rozwój demokracji do końca, wyszukanie form takiego rozwoju, wypróbowanie ich w praktyce itd. – wszystko to stanowi jedną z części zadań walki o rewolucję socjalną. Żaden demokratyzm brany w oderwaniu nie da socjalizmu, ale w życiu demokratyzm nigdy nie będzie «brany w oderwaniu», lecz będzie «brany w powiązaniu», będzie wywierał swój wpływ również na ekonomikę, będzie przyspieszał jej przeobrażenie, będzie ulegał wpływowi rozwoju ekonomicznego itd. Taka jest dialektyka żywej historii.”[29]
Nowe społeczeństwo trzeba wynaleźć nie dysponując sposobem użycia – wynaleźć w praktycznym doświadczeniu milionów mężczyzn i kobiet. Program partyjny, mówiła Róża Luksemburg, oferuje w tej dziedzinie tylko „nieliczne wielkie drogowskazy, ukazujące kierunek”, przy czym te drogowskazy nie mają charakteru nakazowego, a jedynie wskaźnikowy, są oznakowaniem i ostrzeżeniem. „Socjalizmu, zgodnie z jego naturą, nie można odgórnie oktrojować, wprowadzać za pomocą ukazów. Jego przesłanką jest szereg środków gwałtownych – przeciwko własności itd. Stronę negatywną, destrukcję można dekretować; budowy strony pozytywnej – nie. Nowa ziemia. Tysiące problemów.” Aby je rozwiązać, potrzebna jest jak największa wolność, jak najszersza aktywność społeczeństwa, z tym jednak, że „wolność jest zawsze wolnością dla myślących inaczej”. To nie ona demoralizuje, lecz terror. „Bez wyborów powszechnych, nieskrępowanej wolności prasy i zgromadzeń, swobodnej walki przekonań, życie w każdej instytucji publicznej obumiera, staje się życiem pozornym, w którym jedynie biurokracja pozostaje elementem aktywnym.”[30]
Trzeba było niezwykle dramatycznych doświadczeń kontrrewolucji biurokratycznej, aby w Zdradzonej rewolucji Trocki wyciągnął pryncypialne wnioski o potrzebie ścisłej niezależności partii i związków zawodowych od państwa oraz o potrzebie wielopartyjności. Pisał: „Klasy są niejednorodne, rozdzierają je antagonizmy wewnętrzne, zaś do rozwiązania wspólnych zadań dochodzą nie inaczej, jak poprzez walkę wewnętrzną między tendencjami, ugrupowaniami i partiami. Z pewnymi zastrzeżeniami można by zgodzić się z tym, że partia jest «częścią klasy». Ponieważ jednak klasa ma wiele «części» – jedne są zwrócone ku przodowi, inne ciążą do tyłu – więc jedna i ta sama klasa może wyłonić z siebie kilka partii. Z tej samej przyczyny jedna partia może opierać się na częściach różnych klas. Takich przykładów, gdzie jednej klasie odpowiadałaby tylko jedna partia, nie da się znaleźć w całej historii politycznej, jeżeli, rzecz jasna, pozorów policyjnego typu nie poczytamy za realność.”[31] W tych decydujących słowach Trocki uznał i uzasadnił samodzielność pola politycznego, które nie sposób sprowadzić do zwykłego odbicia klas społecznych. Uczynił to na długo przed Pierre’em Bourdieu.
Hipoteza szósta
Wbrew reakcyjnej legendzie, w której projekt komunistyczny przedstawia się jako negację jednostki ludzkiej lub jej poświęcenie na ołtarzu anonimowej zbiorowości, pionierzy komunizmu pojmowali go jako „zrzeszenie, w którym swobodny rozwój każdego jest warunkiem swobodnego rozwoju wszystkich”[32]. Jeśli zbiorowej emancypacji nie można sobie wyobrazić bez rozkwitu indywidualnego, to nie polega on na rozkoszy doznawanej w samotności. Choć liberalizm głosi, że stawia na rozkwit jednostki, w rzeczywistości zachęca do egoistycznego wyrachowania w konkurencji wszystkich ze wszystkimi – innymi słowy promuje indywidualizm bez indywidualności i osobowości, urobiony przez reklamowy konformizm. Proponowana każdemu wolność nie jest wolnością obywatela, lecz przede wszystkim konsumenta żywiącego złudzenie, że może wybrać między sformatowanymi produktami. Apologia ryzyka i kultura zasługi służą za alibi polityce indywidualizacji płac, czasu pracy, ryzyka (związanego ze stanem zdrowia, starością czy bezrobociem) burzącej więzi solidarności, indywidualizacji stosunków umownych burzących układy zbiorowe pracy i prawa wspólne pod pretekstem uznania jednostkowych dróg życiowych.
Gdy w refleksjach nad swoim projektem francuska Partia Socjalistyczna czyni z kwestii jednostki ludzkiej jeden z priorytetów, po prostu wlecze się w ogonie mistyfikacji neoliberalnej. Kwestia ta ma wypełnić pustkę ideologiczną i zastąpić kwestię klas społecznych; panoszy się ona w nowomowie socjalistycznej i uczestniczy we współzawodnictwie retorycznym z użytkiem, który robi z niej Nicholas Sarkozy: własność indywidualna, sukces indywidualny, bezpieczeństwo indywidualne itd. Ta eksploatacja ideologiczna kwestii jednostki odwraca uwagę od jak najbardziej uprawnionych aspiracji obecnych w naszych społeczeństwach. Rozwój zdolności i możliwości każdego jest bardziej przekonującym kryterium postępu niż wiele „ekobójczych” wyczynów przemysłowych. Tymczasem wcale nie trzeba przeciwstawiać klas jednostkom. Przypisywanie decydującego znaczenia sprzeczności między kapitałem a pracą wcale nie oznacza rezygnacji z osobistej potrzeby rozkwitu, uznania i kreatywności. Kapitalizm stwarza złudzenie, że zaspokaja tę potrzebę, ale w rzeczywistości zamyka ją w wąskich granicach konformizmu towarowego i kondycjonowania handlowego, powodując nagromadzenie frustracji i rozczarowań.
Tymczasem waloryzowanie indywidualności czy „mnogiej pojedynczości” nie oddala ani nie odwodzi od krytyki kapitalizmu, lecz ją zaostrza. Czyż bowiem odwoływanie się do inicjatywy i odpowiedzialności indywidualnej może nie ulec logice panowania, jeśli nie dokona się redystrybucji bogactw, władzy i środków kulturalnych? Jak zdemokratyzować możliwości spełnienia się każdego bez takiej redystrybucji, połączonej z pozytywnymi przeciwdziałaniami nierównościom przyrodzonym i społecznym? Społeczeństwo kapitalistyczne stwarza pragnienia, potrzeby, dążenia, aspiracje społeczne i kulturalne, których pod panowaniem kapitału przytłaczająca większość nie może zaspokoić. Nowoczesnej jednostce ludzkiej do rozkwitu potrzeba więzi solidarności społecznej (kodeksu pracy, ubezpieczeń społecznych, usług publicznych). Kontrreformacja neoliberalna dąży właśnie do zniszczenia tych więzi i zastąpienia ich bezlitosną dżunglą konkurencji.
Hipoteza siódma
Wobec brutalności kryzysu i eksplozji bezrobocia podnoszą się głosy zachwalające protekcjonizm – zaczynając od „protekcjonizmu europejskiego”. W imię „koniecznej zgodności przestrzeni ekonomicznych i społecznych” jego orędownikiem stał się we Francji Emmanuel Todd[33]. Celem nie byłoby odparcie importu przypominające odparcie Arabów przez Karola Młota pod Poitiers w 732 r. czy próbę odparcia magnetowidów japońskich przez ministra handlu zagranicznego Michela Joberta w 1982 r., lecz „stworzenie warunków do podwyżki płac” – tak, aby na miejscu podaż znów stworzyła swój popyt. Hipoteza, że wzrost dochodów wystarczy do zwiększenia popytu wewnętrznego, który z kolei ożywi produkcję, wynika jednak z wiary w działanie złudnego prawa rynków zbytu Saya i Ricarda.
Protekcjonizm nie jest kwestią pryncypialną czy doktrynalną. Chodzi o to, co chronić, przed kim i jak. Gdyby Europa zaczęła przyjmować społeczne kryteria zbieżności w dziedzinie zatrudnienia, dochodu, ubezpieczeń społecznych, prawa pracy, gdyby zaczęła harmonizować systemy podatkowe, zastosowanie przez nią środków ochrony – nie ochrony egoistycznych interesów przemysłowców i finansistów, lecz praw i zdobyczy socjalnych – byłoby uzasadnione. Mogłaby uczynić to selektywnie, zawierając jednocześnie porozumienia o solidarnym rozwoju z krajami Południa w takich sprawach, jak migracje, pomoc techniczna, sprawiedliwy handel. Bez tego protekcjonizm bogatych to przerzucanie ciężaru szkód wyrządzonych przez kryzys na kraje najuboższe. Natomiast wyobrażanie sobie, że ochrona celna mechanicznie pociągnęłaby za sobą poprawę i ujednolicenie europejskich warunków społecznych, tak, jakby była ona technicznie neutralna w zaostrzonej przez kryzys walce klas, to gruba naiwność. Pracownikom nie przyniosłaby żadnych korzyści socjalnych, natomiast przyniosłaby im wiele udręk biurokratycznych na granicach unijnych i w samej Unii.
Choć, jak twierdzi Todd, „protekcjonizmu europejskiego” życzy dziś sobie większość robotników i młodzieży, szybko przerósłby on w najobrzydliwszą „preferencję narodową” (czy europejską). Hasło „produkujmy po europejsku” zamieniłoby się w hasło „pracujmy po europejsku” – tak, jak hasło „produkujmy po francusku”, rzucone w latach siedemdziesiątych przez Georges’a Marchais, sekretarza generalnego Francuskiej Partii Komunistycznej i w ślad za jego partią podchwycone przez aparat Powszechnej Konfederacji Pracy, Front Narodowy Le Pena z łatwością uzupełnił dodając tylko „z Francuzami!” Mimo urzędowych tyrad wymierzonych w protekcjonizm, przy okazji demonstracji w Anglii i Irlandii przeciwko polskim i innym pracownikom-imigrantom byliśmy już świadkami tego, jak szerzy się pokusa „preferencji narodowej”, jak w Londynie niektórzy wzywają, by „pracować po brytyjsku”, a w Nowym Jorku nawołują, by „kupować po amerykańsku”. Od tego szowinistycznego protekcjonizmu tylko krok do rasizmu i ksenofobii – krok, który tym łatwiej wykonać, że w czasach kryzysu pracownicy ci (12 milionów osób „bez papierów” w Stanach Zjednoczonych, około 8 milionów w Unii Europejskiej) mają służyć za „zmienną przystosowawczą”, polegającą czy to na ich masowych wypędzeniach spowodowanych stosowaniem „preferencji narodowej” w sferze zatrudnienia, czy na wywieraniu presji na płace przez rozległy rynek pracy na czarno, który się toleruje.[34]
Oczywiście, te wszystkie hipotezy nie dają się pogodzić z logiką konkurencji i wymogami instytucjonalnymi rynku światowego. Ich przyjęcie pociąga za sobą konieczność zerwania z tą logiką i odrzucenia tych wymogów.
Kryzys i zamęt w szeregach reformistów, którzy zaniechali reform, sprawiają, że pewne posunięcia postulowane w starych papierach keynesowskich robią na niektórych wrażenie niemal rewolucyjnego zuchwalstwa – do tego stopnia, że widzą nawet możliwość przymierza strategicznego między reformatorami keynesistowskimi a rewolucyjnymi komunistami. Tracą w ten sposób z pola widzenia rzecz zasadniczą. Gdy niedobitki lewicy reformistycznej występują z keynesistowską alternatywą europejską wobec neoliberalizmu, można razem z nimi przejść kawałek drogi, o ile naprawdę są gotowi walczyć o uchylenie obowiązujących obecnie traktatów europejskich, o europejskie normy socjalne w dziedzinie płac, zatrudnienia, ubezpieczeń społecznych, prawa do pracy, o silnie redystrybucyjną harmonizację podatkową czy o uspołecznienie środków produkcji i wymiany koniecznych do stworzenia europejskich usług publicznych w energetyce, transporcie, telekomunikacji. Oznaczałoby to jednak gotowość prowadzenia polityki zupełnie odmiennej od tej, którą w ciągu minionego ćwierćwiecza prowadziły w Europie wszystkie rządy lewicowe, zresztą z aktywnym udziałem większości obecnych reformatorów keynesistowskich.
Zakładając, że istnieją tacy dostatecznie zdeterminowani reformiści, którzy są gotowi pójść taką drogą, możemy walczyć z nimi ramię w ramię o wspólne cele i może się zdarzyć, że masowe mobilizacje stworzą dynamikę społeczną wychodzącą poza te początkowe cele. Gdyby tak się stało, pod żadnym pozorem nie oznaczałoby to jednak harmonijnej syntezy keynesizmu i marksizmu. Głośno proklamowanym programem Keynesa jako całościowym projektem politycznym, a nie sumą posunięć cząstkowych, było ratowanie kapitalizmu przed jego własnymi demonami. Programem Marksa było, a naszym pozostaje jego obalenie.
_____________________
Fragment książki pt. Wywłaszczeni, którą ukaże się wkrótce w Bibliotece Le Monde diplomatique nakładem Instytutu Wydawniczego Książka i Prasa.
tłum. Zbigniew Marcin Kowalewski
[1] J.M. Keynes, „National Self-Sufficiency”, w: The Collected Writings of John Maynard Keynes, t. 21: Activities 1929-39: World Crisis and Policies in Britain and America, Cambridge, Cambridge University Press 1982, s. 239.
[2] G.K. Chesterton, Outline of Sanity, Norfolk, IHS Press 2002, s. 40, 66.
[3] J.M. Keynes, The End of Laissez-Faire: The Economic Consequences of the Peace, Amherst, Prometheus Book 2004, s. 12.
[4] J.M. Keynes, „Am I a Liberal?”, Essays in Persuasion, Nowy Jork, Norton 1991, s. 325-326.
[5] K. Marks, „Rękopisy ekonomiczno-filozoficzne z 1844 r.”, Dzieła t. 1, Warszawa, Książka i Wiedza 1960, s. 614.
[6] Libération, 5 stycznia 2009.
[7] Toni Negri twierdzi, że „dziś nie można posłużyć się ponownie Keynesem. Łatwo wyjaśnić, dlaczego: Nowy Ład keynesistowski wynikał z konfiguracji instytucjonalnej opartej na trzech warunkach wstępnych: istnienie państwa narodowego zdolnego do niezależnego prowadzenia narodowej polityki gospodarczej; możliwość mierzenia płac i zysków w ramach demokratycznie akceptowanego stosunku redystrybucji; istnienie stosunków przemysłowych pozwalających na dialektykę między interesami przedsiębiorstwa a ruchami klasy robotniczej, której postulaty mogą być przedmiotem porozumień zawieranych w ramach prawnych. Żadnego z tych warunków wstępnych nie można spełnić w obecnym stanie ekonomii politycznej.” T. Negri, „No New Deal Is Possibile”, Radical Philosophy nr 155, 2009.
[8] J.M. Keynes, „The National Self-Sufficiency”, s. 238.
[9] J.M. Keynes, „Economic Possibilities for our Grandchildren”, Essays in Persuasion, s. 356, 357, 362.
[10] J.M. Keynes, The Means to Prosperity, Londyn, Macmillan 1933, s. 22.
[11] R. Luksemburg, „Rewolucja rosyjska”, O Rewolucji. Rosja 1905, 1917, Warszawa, Książka i Prasa 2008, s. 246.
[12] L. Trotsky, „If America Should Go Communist”, Fourth International t. 12 nr 2, 1951, s. 54-57.
[13] G.K. Chesterton, What’s Wrong with the World, Nowy Jork, Cosimo 2007, s. 205.
[14] L. Trotsky, „Appeal to American Jews Menaced by Fascism and anti-Semitism”, w: Leon Trotsky on the Jewish Question, Nowy Jork, Pathfinder Press 1970, s. .29.
[15] J.M. Keynes, Ogólna teoria zatrudnienia, procentu i pieniądza, Warszawa, PWN 1985, s. 245, 408-409, 351-352, 410, 413.
[16] Tamże, s. 175, 174, 178, 177, 350-351. Keynes zdefiniował „krańcową efektywność kapitału” – pojęcie kluczowe dla jego teorii – „jako równą takiej stopie dyskonta, przy której obecna wartość szeregu rocznych wpływów określanych przez przewidywane przychody osiągane z danego obiektu kapitałowego w całym okresie jego życia równa się cenie podaży tego obiektu. W ten sposób otrzymujemy krańcową efektywność poszczególnych typów obiektów kapitałowych. Najwyższe z tych efektywności krańcowych można uważać za efektywność kapitału w ogóle.” Tamże, s. 159-160.
[17] Tamże, s. 339, 341, 167-168.
[18] J.M. Keynes, „Am I a Liberal?”, s. 327.
[19] Th. Courtot, „Trasition vers l’économie solidaire”, w: S. Kouvélakis (red.), Y-a-t-il une vie après le capitalisme?, Paris, Le Temps des Cerises 2008, s. 89, 99.
[20] M. Husson, „L’hypothèse socialiste”, w: S. Kouvélakis (red.), Y-a-t-il une vie après le capitalisme?, s. 49. Patrz również P. Ariès (red.), Viv(r)e la gratuité! Une issue au capitalisme vert, Villeurbanne, Golias 2009.
[21] J.M. Keynes, „Economic Possibilities for our Grandchildren”, s. 359.
[22] J.M. Keynes, Ogólna teoria zatrudnienia, procentu i pieniądza, s. 352-353.
[23] K. Marks, „Rękopisy ekonomiczno-filozoficzne z 1844 r.”, s. 590-591.
[24] Patrz np. H. Lefebvre, „Les idéologies de la croissancie”, L’Homme et la Sociéte nr 27, 1973.
[25] J.-M. Harribey, „Sept propositions pour une économie économe”, w: S. Kouvélakis (red.), op. cit.
[26] J.M. Keynes, op. cit., s. 411.
[28] „Jeśli polityki fiskalnej używa się świadomie w celu równomiernego podziału dochodu, to jej wpływ na wzrost skłonności do konsumpcji jest oczywiście szczególnie silny”, stwierdzał Keynes, zaznaczając, że ma na myśli taką politykę, która „silniej obciąża dochody nie pochodzące z pracy, podatek od zysku z kapitału, podatek spadkowy itp.” Tamże, s. 120-121.
[29] W. Lenin, „Państwo a rewolucja”, Dzieła wszystkie t. 33, Warszawa, Książka i Wiedza 1987, s. 74-75.
[30] R. Luksemburg, op. cit., s. 251-253.
[31] L. Trocki, Zdradzona rewolucja: Czym jest ZSRR i dokąd zmierza, Warszawa, Wibet 1991, s. 206.
[32] K. Marks, F. Engels, „Manifest Partii Komunistycznej”, w: K. Marks, F. Engels, Dzieła t. 4, Warszawa, Książka i Wiedza 1962, s. 536.
[33] E. Todd, Après la démocratie, Paryż, Gallimard 2008.
[34] Jacques Sapir opowiada się za protekcjonizmem nieautarkicznym. Uważa go za konieczny warunek ożywienia popytu poprzez rewaloryzację płac. Zastrzega się jednak, że ten protekcjonizm powinien być selektywny – nie godzić we wszystkie kraje, w których płace są niskie, bo chodzi o to, „aby karać te, w których wydajność pracy dorównuje naszemu poziomowi, ale w których nie prowadzi się dorównujących naszym polityk socjalnych i ekologicznych.” (J. Sapir, „Powrót protekcjonizmu i «święte oburzenie» jego przeciwników”, Le Monde diplomatique – Edycja polska nr 3 (37), 2009.
|