|
W przeciwieństwie do gospodarstwa domowego czy przedsiębiorstwa, państwo, które okazuje się ostatecznie niezdolne do spłacenia swoich długów... nie spłaca ich i z tego powodu nie znika z rejestru handlowego ani z powierzchni ziemi, to znaczy jego majątek nie podlega likwidacji po to, aby można było spłacić wierzycieli. W przypadku gospodarstwa domowego upadłość kończy się likwidacją: sprzedażą dworu i sreber rodzinnych, tak, aby w miarę możliwości wypłacić ostatnie pensje służbie i pokryć należności u sklepikarza, notariusza czy bankiera – niech czytelnik sam sobie wyobrazi, jak to wygląda w przypadku gospodarstwa domowego sytuującego się poniżej progu ubóstwa. W przypadku przedsiębiorstwa sprzedaje się (lepiej czy gorzej) maszyny, nieruchomości, patenty, park samochodowy itd., aby (raczej gorzej niż lepiej) spłacić dostawców, bankierów, innych pożyczkodawców i pracowników najemnych czekających na wypłatę zaległych zarobków.
W odróżnieniu od przedsiębiorstwa, które przeżywa trudności i nie może „stanąć na nogi” podnosząc ceny w chwili, gdy opuszczają je klienci, a także nie zawsze ma możliwość obcięcia (poniżej pewnego pułapu) swoich kosztów, państwo dysponuje środkami politycznymi, które pozwalają mu uniknąć katastrofy polegającej na niewypłacalności zwiększając wpływy do budżetu lub dokonując cięć w wydatkach. Próbując „stanąć na nogai”, po stronie wpływów wystarczyłoby podnieść podatki „dobrze celując” (patrz artykuł Frédérica Lordona), to znaczy ściągając nowe podatki z najzamożniejszych warstw społecznych – tych, które najwięcej oszczędzają [1], bo taka operacja miałaby niewielki wpływ na wydatki na konsumpcję, i faktycznie są wierzycielami państwa.
W praktyce punkcja równałaby się zniesieniu tego swojego rodzaju prawa cenzusowego epoki neoliberalnej, które polega na pozostawianiu klasom zamożnym prawa wyboru, co zrobić z nieskonsumowaną nadwyżką dochodów – przeznaczyć ją na spłatę podatku lub ulokować tak, aby dostawać rentę, finansując dług publiczny, przy czym, jeśli nie interesuje ich pierwsze wyjście, ipso facto pozostaje im tylko drugie. Wystarczy tak postawić sprawę, aby było do przewidzenia, że podnoszenie podatków ściąganych z klas zamożnych rządzący zawsze będą uważać za ostateczność.
Gdy państwo wyklucza możliwość znalezienia rozwiązania po stronie wpływów i rezygnuje z podniesienia podatków, zachowuje ono możliwość dokonania siekierą cięć w wydatkach publicznych (i siłą rzeczy w produkcji usług zbiorowych) obniżając płace, emerytury i liczbę pracowników sfery budżetowej lub zamówienia publiczne. W ten sposób można na chybcika załatać dziury, ale nie rozwiąże się problemu. Na przykład we Francji niezastąpienie jednego spośród dwóch pracowników sfery budżetowej, którzy odeszli na emeryturę, pozwala państwu zaoszczędzić rocznie 500 milionów euro… w porównaniu z 3 miliardami euro, które nie wpłyną do budżetu z powodu obniżki podatku VAT przyznanej branży gastronomicznej (w roku przestępnym) lub 25 miliardami, które nie wpłyną z tytułu zwolnień pracodawców z obowiązku uiszczania składek na ubezpieczenia społeczne pracowników, a które państwo ma (teoretycznie) wyrównać ZUS-owi.
Jeśli robi się takie prezenty fiskalne, a jednocześnie, z powodu kiepskiego wzrostu gospodarczego, spowodowanego przez głęboko depresyjny, zglobalizowany reżim finansowy, wpływy z podatków osiągają górny pułap, hipoteza niespłacalności długów publicznych – nie tylko Grecji, ale również Hiszpanii, Portugalii, Włoch, Francji, Wielkiej Brytanii, Japonii czy Stanów Zjednoczonych – przestaje być zupełnie niemożliwym scenariuszem. Tym bardziej, że taki scenariusz nie wynika z racjonalnej analizy sytuacji finansowej każdego państwa, lecz raczej z wyobrażeń o sytuacji, jakie mają pożyczkodawcy i spekulanci. Nic tak ich nie podnieca, jak możliwość, że dojdzie do katastrofy, i niczym tak się nie delektują, jak tendencjami, które pozwalają robić zakłady. Gdy tylko dostrzegają taką możliwość, rozpętują operacje wyprzedaży albo wykupu i sprawiają, że rzeczywiście dochodzi do hossy albo bessy, na którą stawiali. Dlatego podwyżka stóp procentowych płaconych od długu publicznego (zwana „krachem obligacyjnym”) w dużej mierze wynika z samosprawdzającej się przepowiedni.
Oczywiście, w podręcznikach ekonomii nie określa się dokładnie, kiedy państwo osiągnie próg zadłużenia i „ładunek krytyczny” procentów lub – przeciwnie – kiedy tego uniknie, w wyniku działania efektu kuli śnieżnej łączącej nagromadzone deficyty z podwyżką stóp procentowych. Zależy to od tego, jaki jest stopień tolerancji społecznej i politycznej dla poczynań, które niszczą moce produkcyjne państwa, aby mogło ono spłacić prywatne procenty od długu publicznego. Nieraz – zgodnie z twierdzeniem francuskiego komika Fernanda Raynauda – może upłynąć „pewien czas”, zanim kielich się przepełni czy krzywa wyskoczy poza wykres. Lecz jak długo może on upływać?
Gdy już państwo osiągnie wspomniany próg, do niewypłacalności jest niedaleko. Jeśli na ratunek nie pospieszy holownik Międzynarodowego Funduszu Walutowego i nie ściągnie państwa z mielizny – co zdaniem Jean-Claude’a Tricheta, prezesa Europejskiego Banku Centralnego, który mówił o tym w związku z przypadkiem Grecji, byłoby „poniżające” – pozostaje tylko jedyne wyjście: finansowanie poprzez kreowanie pieniądza [2]. Postkeynesistowski ekonomista amerykański Thomas Palley sugeruje, że Europejski Bank Centralny powinien wyposażyć się w system praw do pieniężnego refinansowania części długu publicznego. Prawa do zaciągania w tym banku pożyczek z kreowanego na tę okazję pieniądza przyznawano by państwom należącym do strefy euro na podstawie rocznych limitów przy uwzględnieniu znaczenia każdego państwa i koniunktury gospodarczej [3]. Stworzyłoby to swojego rodzaju „automatyczny stabilizator”. Instytucja kierowana przez Tricheta, pożyczając państwom niskooprocentowane pieniądze, ratowałaby je tak, jak w 2008 i 2009 r. ratowała banki.
Niedogodność tej (w istocie przecież trafnej) propozycji polega na tym, że statut Europejskiego Banku Centralnego zabrania mu bezpośredniego refinansowania państw członkowskich – po to właśnie, aby budżet nie dryfował na falach znoszony z kursu przez wiejące wiatry i nie ulegał „poluzowaniu”, tylko że sęk w tym, iż w tej sprawie, podobnie jak w wielu innych, takie zabezpieczenie okazuje się zupełnie nieskuteczne…
Z pewnością jest inne wyjście. Nie pretendując do roli doradcy Wielkiego Wezyra, którą z korzyścią dla siebie odgrywa bank Goldman Sachs [4], wypada stwierdzić, że borykające się z trudnościami państwa europejskie mogłyby zmusić swoje własne banki do refinansowania długów. W miarę upływu terminów ważności papierów dłużnych banki byłyby zobowiązane do subskrypcji nowo emitowanych papierów wartościowych. Zastępując rentierów trzymających się zbyt kurczowo swojej forsy, udzielałyby państwom kredytów stosując tzw. plafony (pułapy) stopy procentowej. Zgódźmy się, że w istocie takie pożyczki zmuszałyby osła, aby wypijał nieco więcej wody niż wymaga to zaspokojenie jego pragnienia – i to nieco bardziej słonej wody.
W formie kredytów udzielonych państwom, regionom, instytucjom publicznym itd. instytucje pieniężne i finansowe strefy euro pożyczyły już bilion euro i nabyły papiery wartościowe na sumę 1,5 biliona euro. Jest to od ośmiu do dziesięciu razy więcej niż cały dług publiczny Grecji [5]. Instytucjom finansowym, zazwyczaj łakomym na obligacje państwowe, które w swoim czasie uchodziły za wolne od ryzyka – w swoim czasie, to znaczy zanim same banki nie zrzuciły ciężaru całego swojego ryzyka na barki gospodarki i państwa – odpłacono by się pięknym za nadobne.
Przyniosłoby to również inne korzyści. Pozwoliłoby Europejskiemu Bankowi Centralnemu trzymać się od tego z daleka, nie występując w roli bezpośredniego pożyczkodawcy, choć w ostatecznym rachunku odgrywając ją do pewnego stopnia. Banki bowiem, zmuszone do wykupu greckiego czy innego długu, musiałyby częściowo refinansować się w Europejskim Banku Centralnym, w zamian za co przekazywałyby mu papiery wartościowe cieszące się dobrymi notowaniami… a wśród nich papiery dłużne państw członkowskich strefy euro, które już posiadają i które bank frankfurcki regularnie zgadza się refinansować [6]. Jak widać, to wszystko jest możliwe.
Druga korzyść płynąca z przyjęcia takiej propozycji polegałaby na tym, że oznaczałoby to zaprowadzenie pewnego rodzaju zasady wzajemności w stosunkach między bankami a państwami: te ostatnie dokonały zmasowanych interwencji spiesząc na ratunek tym pierwszy, toteż teraz te pierwsze miałyby okazję odwdzięczyć się spiesząc na ratunek tym drugim (to argument dla tych, którzy lubią bajki z morałem…). Ostatnia korzyść to taka, że ponieważ banki poniosłyby pewne koszty wspomnianej operacji, bo bez tego by się nie obeszło, część rachunku za kryzys finansowy musieliby pokryć ci, którzy go wywołali. Zresztą stosunkowo niewielką, bo przecież – w tej sprawie wśród ekonomistów istnieje konsens – kryzys finansowy wyjaśnia tylko w połowie pogłębienie się deficytów publicznych (za pośrednictwem spowolnienia działalności gospodarczej i strat, które z tego powodu wynikają dla dochodów fiskalnych), toteż wprowadzenie plafonów procentów pobieranych przez banki byłoby bardzo skromnym wkładem finansjery w naprawę szkód, które sama wyrządziła.
W ostateczności jednak – z mnóstwa powodów dość odległych od względów ekonomicznych – na takie posunięcie (które na szachownicy politycznej rozsądek każe umieścić na skraju centroprawicy) byłyby niewielkie szanse: uznano by je za inflacyjne, a więc niezgodne z panującą ortodoksją monetarną, wzbudziłoby opory rentierów w obliczu grożącej im eutanazji, zderzyłoby się z rozbieżnymi interesami krajów Europy Północnej i krajów Europy Południowej itd.
Można by więc rozważyć ostatnią możliwość: repudiację, czyli odmowę spłacenia długu – uznanie go za niebyły. Państwa, które nie mogą się finansować nawet na nieprzyzwoitych warunkach, znajdują się w uprzywilejowanym położeniu: mogą postanowić, że uwolnią się od części swoich obciążeń odmawiając ich spłaty i nie będzie groziło im, że przestaną być państwami. Mogą wówczas negocjować rozmiary upustu z wierzycielami (lecz kim oni są i gdzie oni są?) lub wymusić, czy to w formie obniżki nominalnej wartości papierów dłużnych, których termin spłaty upływa, czy zawieszając na kilka półroczy (i nie pozostawiając nadziei na wyrównanie) spłatę należnych procentów. Gdyby jednak sprawy przybrały taki obrót, radzilibyśmy nie bawić się w ceregiele, lecz pójść na całego: odmówić honorowania długu w całości, bo niezależnie od tego, czy repudiacja będzie dotyczyła całości, czy części długu, ten, kto się jej dopuści, i tak trwale zasłuży sobie na fatalną reputację. Ponieważ nie jest to partia, którą rozgrywa się sto razy, trzeba zagrać raz, a dobrze – wyciągając z niej maksimum korzyści.
Państwo, które decyduje się na repudiację całego swojego długu, bo grozi mu, że za chwilę się udusi, natychmiast znajduje butlę tlenową, której zawartość równa się rocznej sumie procentów spłacanych wierzycielom. Jeśli uzyskana w ten sposób oszczędność pokrywa bieżący deficyt, można powrócić do niemal normalnego życia [7]. Dla pożyczkodawców byłaby to trudne chwila: musieliby uregulować za jednym zamachem zaległości podatkowe, które nagromadzili od dwudziestu lat, preferując rządy zadłużające się u nich kosztem rządów, które ściągają z nich podatki.
[2] Jest to proces polegający na wprowadzaniu przez banki komercyjne dodatkowych ilości pieniądza do obiegu. Kreacja pieniądza ma charakter bezgotówkowy i dokonuje się na drodze operacji kredytowych. W celu zapewnienia bezpieczeństwa depozytariuszy i niedopuszczenia do inflacji bank centralny reguluje rozmiary kreacji pieniądza kredytowego poprzez ustalanie stopy rezerw obowiązkowych i stóp oprocentowania kredytów udzielanych bankom komercyjnym.
* Ekonomista, autor L’économie des Toambapiks, Paryż, Raisons d’Agir 2010.
Aneks
„No to teraz tańczcie…”
Europa między długiem a surowością budżetową
NIEMCY
- Zmiana Produktu Krajowego Brutto (PKB) : -5% en 2009 r.; przewidywania na 2010 r. według rządu: +1,5%.
- Deficyt budżetowy (wydatki państwa minus jego dochody jako procent PKB): 3,2%; przewidywania na 2010 r.: 5,5%.
- Dług publiczny (cała suma pożyczek zaciągniętych przez państwo i administracje publiczne): 73,1% PKB.
- Stopa bezrobocia (styczeń 2010 r.): 8,2%.
Od 2011 r. rząd zamierza co roku redukować strukturalny deficyt budżetowy o 10 miliardów euro, tak, aby w 2013 r. zejść poniżej 3% PKB i aby w 2016 r. wynosił on 10 miliardów euro, zgodnie z zapisem konstytucyjnym, w którym określa się pułap długu. W imię ożywienia gospodarczego przewiduje się jednak obniżkę podatków. Inne przewidziane posunięcia: zmniejszenie liczby pracowników sfery budżetowej o 1% rocznie; w latach 2012-2029 stopniowe wydłużanie wieku emerytalnego z 65 do 67 lat.
WŁOCHY
- PKB: -4,7% w 2009 r.; przewidywania Banku Włoch na 2010 r.: +0,5%.
- Deficyt budżetowy: 5,3% PKB.
- Dług publiczny: 114,6% PKB.
- Stopa bezrobocia (trzeci kwartał 2009 r.): 7,8%.
Rząd przewiduje, że nie zastąpi czterech z pięciu pracowników sfery budżetowej przechodzących na emeryturę; do 2013 r. zamierza przedłużyć minimalny wiek emerytalny z 59 do 61 lat.
PORTUGALIA
- PKB: -2,9% w 2009r.; przewidywania na 2010 r.: +0,5%.
- Deficyt budżetowy: 9,3% PKB.
- Dług publiczny: 77,4% PIB w 2009 r.
- Stopa bezrobocia (grudzień 2009 r.): 10,4%.
Do 2013 r. rząd zamierza zmniejszyć deficyt budżetowy do 3%. Parlament odrzucił jednak plan surowości budżetowej, w tym redukcję zatrudnienia w sferze budżetowej, zamrożenie płac pracowników tej sfery i cięcia w wydatkach socjalnych.
HISZPANIA
- PKB: -3,7% w 2009 r.; przewidywania na 2010 r.: -0,9%.
- Deficyt budżetowy (szacowany w 2009 r.): 11,4% PKB.
- Dług publiczny: 54,3% PKB w 2009 r. (wzrost o 66% w porównaniu z 2008 r.).
- Stopa bezrobocia (grudzień 2009 r.): 19,5%.
Władze publiczne zapowiedziały plan surowości budżetowej, który do 2013 r. ma zmniejszyć deficyt do 3% i pozwolic na zaoszczędzenie w ciągu trzech lat 50 miliardów euro. Przewidują, że zastępować będzie się jednego pracownika sfery budżetowej na dziesięciu odchodzących na emeryturę. Wiek emerytalny ma być stopniowo wydłużony z 65 do 67 lat. W takich ministerstwach, jak Ministerstwo Infrastruktury, obcięto kredyty inwestycyjne o 30%, a w Ministerstwie Ochrony Środowiska o 37%.
FRANCJA
- PKB: -2,2% w 2009 r.; przewidywanie na 2010 r.: +0,9%.
- Deficyt budżetowy: 7,9% PKB.
- Dług publiczny: 83,2% PKB.
- Stopa bezrobocia (grudzień 2009 r.): 10%.
Rząd zapowiada redukcję wydatków publicznych o 1% rocznie poczynając od 2011 r. i do 2013 r. zamierza obniżyć dług do 60% PKB oraz zastępowanie jednego pracownika sfery budżetowej na dwóch odchodzacych na emeryturę i przebąkuje o możliwości wydłużenia wieku emerytalnego.
IRLANDIA
- PKB: -7,5% w 2009 r.; przewidywania na 2010 r.: -1,5%.
- Deficyt budżetowy: 12% PKB.
- Dług publiczny: 66% PKB w 2009 r. (25% w 2008 r.).
- Stopa bezrobocia (grudzień 2009 r.): 13,3%.
Rząd zapowiada, że w 2010 r. zredukuje swoje wydatki o 4 miliardy euro. Do 2014 r. ma nadzieję zmniejszyć deficyt do 3% PKB. Przyjął plan surowości budżetowej obejmujący obniżkę zasiłków dla bezrobotnych i płac w sektorze publicznym, niezastępowanie pracowników odchodzących na emeryturę i podwyżkę podatków.
L.C.
Aneks
Matematyka czy polityka?
Starzenie się ludności i dług publiczny: ta mieszanka wybuchowa ma nieodwołalnie doprowadzić do wydłużenia wieku emerytalnego dla wszystkich w całej Europie. „To sprawa matematyki”, tłumaczy się nam, aby nie przyszło nam, nie daj Boże, do głowy, że „to sprawa polityczna”.
0,054% ROCZNIE. Premier Francji François Fillon twierdzi, że do 2050 r. trzeba będzie znaleźć 100 miliardów euro. To liczba-widmo. Komisja Europejska, którą nie sposób podejrzewać o skłonności prospołeczne, twierdzi, że „koszty dodatkowe związane ze starzeniem się ludności” wzrosną do około 2060 r. o 2,7% PKB, co oznacza, że będą one rosły o 0,054% rocznie. Do tego, aby poradzić sobie z takim wzrostem, nie potrzeba żadnych cudów. Proszę porównać to z postanowieniem rządu, że aby zadowolić Brukselę będzie zmniejszał dług publiczny o 1% rocznie!
NIERÓWNOPRAWNY SYSTEM. Nie znaczy to, że system należy pozostawić w dotychczasowym stanie: narastają nierówności (między mężczyznami a kobietami, między robotnikami a kadrami…); rozmaitość systemów i kas sprawia, że prawa stają się nieprzejrzyste, gdy tymczasem częściej ludzie zmieniają status zawodowy (na status pracownika sektora prywatnego, na status przedsiębiorcy w wyniku samozatrudnienia…); poziom emerytur w stosunku do wynagrodzenia, które się uzyskiwało, spadł o 10%... Konieczne są przeobrażenia, które obejmą prawo pracy, podatki i ubezpieczenie na starość, tak, aby ubezpieczenia społeczne oprzeć na tworzeniu bogactwa.
ZWIĘKSZYĆ NIEKTÓRE WYDATKI PUBLICZNE. Jednak nie czekając na to już teraz sporo można zaoszczędzić: 30,7 miliarda euro pochłonęły zwolnienia pracodawców z obowiązku uiszczania składek na ubezpieczenia społeczne pracowników, przyznane w 2008 r. (choć nie uratowały one miejsc pracy, płac i nakładów inwestycyjnych przed redukcjami; 10-15 miliardów euro pochłonął pułap podatkowy; w ciągu trzech lat 22 miliardy euro pochłonęły zwolnienia od podatków ściąganych z tytułu sprzedaży filii przedsiębiorstw (dzięki tym zwolnieniom koncerny zgarniają zyski, od których nie płacą podatków). To nie żaden ukryty skarb, ale mimo wszystko mała manna z nieba. Tak jest nie tylko we Francji, ale również w wielu innych krajach, które przeżywają trudności wynikające ze wzrostu długu publicznego.
OBCIĄŻYĆ SKŁADKAMI DOCHODY FINANSOWE. Inne posunięcie, które jest możliwe natychmiast: ściągać składki na ubezpieczenia społeczne pracowników z tzw. płacowych produktów zainteresowania i partycypacji oraz planów oszczędności pracowniczych. Korzyść z tego byłaby dwojaka: od razu zapewniłoby to napływ świeżego pieniądza i zniechęciłoby pracodawców do narzucania pracownikom takich niekorzystnych dla nich form wynagrodzenia.
Oto dwa tropy, którymi można pójść, jeśli chce się złagodzić bieżącą presję i mieć czas na sprawiedliwą reformę systemu od chwili wejścia w czynne życie zawodowe do chwili przejścia na emeryturę.
L.C.
Tłum. Zbigniew Marcin Kowalewski
„Le Monde diplomatique – Edycja polska”, kwiecień 2010
|