|
Z kilku powodów teza Naomi Klein o „doktrynie szoku” nie była przekonująca [1]. W wielu przypadkach jest ona niewątpliwie trafna, zwłaszcza w odniesieniu do krajów Południa czy gospodarek przejściowych, ale nie posiada waloru ogólności, do którego implicite pretenduje. Jest dość oczywiste, że instalacja neoliberalizmu w gospodarkach nazywanych rozwiniętymi nie odpowiada modelowi „szoku” czy „wstrząsu” – polegała ona raczej na stopniowym wdrażaniu „na zimno” programu, który systematyzował się i pogłębiał w miarę wdrażania. Trzeba jednak przyznać, że po raz pierwszy trafność analizy Klein może potwierdzić się wręcz spektakularnie w samym sercu „rozwiniętego” kapitalizmu.
Kryzys finansów prywatnych z nieubłaganym determinizmem mechanizmu zegarowego zamienił się w kryzys finansów publicznych. Z przynajmniej dwóch powodów było to nieuchronne. Po pierwszy, było rzeczą absolutnie niemożliwą, aby władze publiczne nie okazały zainteresowania nadciągającą groźbą totalnego krachu sektora bankowego. Uprawnione wybuchy gniewu, które wywołuje widowisko urządzone przez finansjerę, znów promienną kosztem podatnika, w żadnej mierze nie podważają tego stanu faktycznego: akcja ratunkowa była konieczna. Nie ulega wątpliwości, że ściąganie banków z mielizny przebiegało w atmosferze, która była mieszanką solidarności klasowej, kumoterstwa [2] i żywotnej potrzeby, ale nie uzasadnia to negowania żadnego składnika tej mieszanki – a już zwłaszcza tego ostatniego.
Rządy, mimo wszystko niezbyt z siebie dumne – nie tyle dlatego, że uratowały sferę finansową, ile dlatego, że okazało się, iż w zamian za pospieszenie jej na ratunek nie potrafiły czegokolwiek poważnego jej narzucić – a to właśnie wymaga prawdziwej debaty – wypinają jednak piersi przed opiniami publicznymi twierdząc, że gdy sfera ta stanęła na nogi i pokryto jej długi, plany ratunkowe in fine nic nie kosztowały, a nawet nieraz „przysporzyły pieniędzy podatnikowi”. Obiektywnie należy przyznać, że nie jest to czysta fanfaronada ani zwykła machlojka. Rzeczywiste wydatki rządu francuskiego były bardzo skromne, przywrócenie ogólnego ładu w finansach pozwoliło nie korzystać z gwarancji, którymi obwarowano te wydatki, a refinansowania przyznane w trybie pilnym bankom należycie spłacono, z zyskami dla budżetu państwa. Jak się wydaje, koszty akcji ratunkowej skurczyły się jeszcze bardziej spektakularnie w Stanach Zjednoczonych. Troubled Asset Relief Program (TARP, czyli Program Pomocy dla Kłopotliwych Aktywów – co za uroczy eufemizm…) wyasygnował 700 miliardów dolarów, ale z podobnych względów wystawiony przezeń rachunek zmalał do niespełna 100 miliardów dolarów, które administracja Baracka Obamy zamierza zresztą wchłonąć w całości przy pomocy specjalnego podatku ściąganego z banków w ciągu dziesięciu lat.
Wygląda więc na to, że wszystko szczęśliwie się skończyło i że jest czym się chwalić, tylko że w cieniu pozostaje kilka nieszczęsnych szczegółów – zwłaszcza rola, jaką odegrały takie instytucje pararządowe, jak Fannie Mae, Freddie Mac i Federal Housing Agency (FHA), które intensywnie wzywano na ratunek, aby uniknąć kompletnego załamania się nieruchomości i wzrostu gospodarczego. Tymczasem poniesione przez nie koszty akcji ratunkowej dyskretnie usunięto z przytoczonego wyżej bilansu. Uczyniono tak z dwóch powodów: po pierwsze, koszty te to – bagatela – aż 400 miliardów dolarów, a po drugie ich zwrot będzie o wiele trudniejszy. Finanse uratowano, a recesję ograniczono, ale uczyniono tak zsyłając większość napięć w pozornie odległe miejsce. Nie ma żadnej gwarancji, że wkrótce nie dojdzie tam do potężnej eksplozji [3].
Przede wszystkim jednak, prezentując tak korzystne bilanse, w których koszty interwencji publicznej ściśle ogranicza się do ratowania instytucji finansowych, zapomina się o sprawie zasadniczej – o tym, ile kosztuje budżety państwowe borykanie się z brutalnym spowolnieniem działalności gospodarczej i spowodowanymi przez nie przepastnymi ubytkami w dochodach fiskalnych. Eksplozja deficytów i długów publicznych jest nie tyle skutkiem samych „planów ratunkowych”, ile skutkiem makroekonomicznych reperkusji kryzysu – a im nie można podołać wybiegami i na tym polu nie są możliwe cudowne uzdrowienia.
Wydłużanie łańcuchów łączących przyczyny z końcowymi skutkami to najlepszy sposób, aby stracić z pola widzenia całościowe powiązania, toteż finansjerze wydaje się, że może postępować tak, jakby to ona sama zapłaciła za swoje drobne wykroczenia, a resztę (bezrobocie, recesję, deficyty) przypisać odległym złożonościom makroekonomii, nad którymi można oczywiście się użalać, ale to nie jej sprawa. Ponieważ zaś słowo wstyd nie figuruje w jej słowniku, znów dosiada ona konia i jakby nigdy nic nie waha się pomstować na państwa, że nie śmierdzą groszem, bo są nieodpowiedzialne. Eksplozja długów publicznych to ich problem, powtarzają marszcząc czoła menedżerowie wydziałów fixed income, które zajmują się usługami związanymi z dłużnymi papierami wartościowymi o stałym oprocentowaniu i które… w śmiertelnym niebezpieczeństwie ratowano za pieniądze podatników.
Banki, znów kwitnąc, częściowo dzięki temu, że władze publiczne wspierają w sposób zmasowany działania zmierzające do poprawy koniunktury gospodarczej, co już po raz drugi pozwala im uniknąć śmierci od eksplozji złych długów, która, gdyby nie było tego wsparcia, skończyłaby się dla nich fatalnie, wyraźnie nie mają skrupułów. Powróciły do zdrowia i w najlepsze spekulują przeciwko państwom, które wyciągnęły ich z otchłani, co powoduje wzrost kosztów pożyczek publicznych i zaostrza problem deficytów… które one same stworzyły.
„Szok” zaczyna nabierać kształtu. Pracownicy cierpią na skutek recesji? W takim razie jako podatnicy na dodatek zapłacą koszty dopasowania budżetowego! Poniosą więc podwójną karę. Ze sprawnością, której trudno nie podziwiać, ideologia neoliberalna dokonuje właśnie radykalnego odwrócenia wydarzenia, które powinno podpisać jej akt zgonu: nie zadowala się kolejnym planem „surowości budżetowej”, lecz faktycznie zapowiada program rozbiórki państwa na taką skalę, jakiej nigdy jeszcze nie widziano – mianowicie na skalę eksplozji deficytów/długów publicznych, którą sama wywołała swoimi wyczynami. Dżudoka nie zrobiłby tego lepiej.
„Zwykłe” wstrząsy, które rozpatruje Naomi Klein, na ogół pochodziły z zewnątrz – zamachy stanu, kontrrewolucje, klęski żywiołowe – i stwarzały stan nieładu, po czym wkraczał program neoliberalny. Natomiast obecny wstrząs nastąpił całkowicie od wewnątrz i eksploatują go siły, które powinny być ostatecznie zdyskwalifikowane… ale które bezczelnie wykorzystują go jako okazję do kolejnego natarcia. Tak oto sam rozmach skutków degrengolady neoliberalizmu stwarza motyw i pretekst do jego rozszerzonej reprodukcji! Przecież nie ulega wątpliwości, że aby przejść od dwucyfrowych (w odsetkach PKB) deficytów do trzyprocentowego deficytu, który dopuszcza unijny Pakt Stabilności, trzeba będzie dokonać niesłychanie brutalnej operacji na żywym ciele społeczeństwa. Od stopniowo narastającej „reformy”, którą przeprowadzano w ciągu dwóch minionych dziesięcioleci, przechodzimy do bezprecedensowego reżimu przyspieszonego wstrząsu, gdyż są takie progi „dopasowania”, po których przekroczeniu nie ma się już do czynienia ze zmianą stopnia, lecz ze zmianą natury.
Finansjera zadowala się technicznym dyskursem o ryzyku niewypłacalności suwerennych państw i o napięciach towarzyszących długoterminowym stopom procentowym, natomiast rozszerzony aparat ideologiczny – eksperci, którzy znów podnoszą głowy, usłużne od dawna media – już zaczął oferować swoje usługi. Nie sposób spędzić dnia nie słysząc skądś proroczego głosu ostrzegającego przed katastrofą i nawołującego do wysiłku. W niedalekiej przeszłości trudno byłoby znaleźć przypadek bardziej uporczywego i ciągłego „urabiania” opinii publicznej – zresztą może ono posłużyć za wskazówkę, jaki ma być rozmach przeobrażeń, które się szykuje.
Tygodnik Economist, zdumiewająco ożywiony po roku depresji intelektualnej, podczas której nawet jego redaktorzy uwierzyli, że ich ukochany kapitalizm znalazł się na krawędzi przepaści, postanowił nikomu nie odstępować katedry rekonkwisty. Od kilku miesięcy mnoży specjalne metodyczne i wyczerpujące dossier „Finanse publiczne”. Wielka Brytania, Stany Zjednoczone, a następnie najbardziej pieprzne i zbyt piękne, aby były prawdziwe, przypadki Irlandii, Hiszpanii, Grecji – każdorazowo to znakomita okazja do entuzjastycznych nawoływań pod hasłem: „redukcja”. Jeśli ktoś chce przekonać się, że dla wielkich liberałów kończy się wstydliwy okres i znów są w ofensywie, to wystarczy, aby zapoznał się z tonem, w jakim ten „opiniotwórczy tygodnik” udziela swoich imperatywnych rad: „W świecie przedsiębiorczości zmniejszanie zatrudnienia o 10 proc. to rzecz normalna. Nie ma powodu, aby rządy nie mogły postępować podobnie. (…) Płace w sektorze publicznym można obniżyć biorąc pod uwagę bezpieczeństwo zatrudnienia. (…) Emerytury w sektorze publicznym są zbyt szczodre” – to wszystko w artykule wstępnym finezyjnie zatytułowanym „Stop!” i zakończonym niedwuznacznym ostrzeżeniem: „W najbliższych miesiącach Economist zajmie się tymi wszystkimi sprawami.” [4] Można mu zaufać – na pewno to uczyni.
Warto zatem przyjrzeć się wszystkim – jeszcze rozproszonym – oznakom zwiastującym program, który nam się szykuje. Pracownicy najemni irlandzkiego sektora publicznego wiedzą już, o co chodzi – „zaproponowano” im nominalne obniżki płac rzędu 10 proc. Z tego samego powodu ich greckim koleżankom i kolegom obiecano wymierzenie podobnej kary (na dodatek uczyniono to z gorącym poparciem Komisji Europejskiej). Jeśli chodzi o Francuzów, to aby mieli wyobrażenie o destrukcji państwa socjalnego, która ich czeka, zapowiedziano im już reformę systemu emerytalnego, projekt zwolnień pracowników budżetowych i ekstrawagancki projekt zapisania równowagi budżetowej w konstytucji. Być może w tych wszystkich i innych krajach zerwanie z ostrożnym gradualizmem poprzednich dziesięcioleci i skoncentrowana przemoc wiążąca się nierozerwalnie z „szokiem” sprawią, że nie obędzie się bez reakcji społeczeństwa.
Nie sposób negować problemu budżetowego, co jednak wcale nie znaczy, że aby go rozwiązać, należy godzić się na dzikie cięcia. Przyjrzyjmy się paru interesującym (ale systematycznie ignorowanym) rozwiązaniom alternatywnym.
W pierwszej kolejności przychodzi, rzecz jasna, na myśl podniesienie podatków, ale pod warunkiem, że będzie dobrze wycelowane – tak, aby nie zabić wzrostu gospodarczego ani nie obciążać kosztami kryzysu tych, którzy nie ponoszą zań żadnej odpowiedzialności. Ktoś powie, że w takim razie do zwiększonego opodatkowania pozostaje bardzo niewielki kontyngent podmiotów. Prawdę mówiąc, „podmioty” te należą do bardzo rozmaitych kategorii przekładających się na różnorodność rozwiązań fiskalnych i zapowiadających całkiem obiecujące wpływy. Szczęśliwymi kandydatami do naprawy szkód są ci, którzy je wyrządzili – transakcje finansowe, instytucje finansowe i „osoby finansowe”, ponieważ, rzecz jasna, jedynym możliwym do przyjęcia pomysłem „dopasowania finansowego” jest dopasowanie oparte na założeniu, że to wyłącznie finansjera powinna ponieść całość kosztów jej własnego kryzysu.
Można wątpić w zalety podatku Tobina jako instrumentu radykalnych przeobrażeń fundamentów międzynarodowej spekulacji finansowej, gdyż nie jest on w stanie zasadniczo zmienić struktur leżących u jej podstaw. Warto jednak pamiętać, że właśnie jako podatek posiada on takie właściwości fiskalne, o jakie tu chodzi – przynosi dochody! [5] I to duże, bo jak wielokrotnie wskazywano, astronomiczne rozmiary transakcji finansowych czynią z niego ogromną dźwignię wpływów do budżetu.
Podatek od tych transakcji płaciłyby przede wszystkim instytucje finansowe, ale zaraz w drugiej już kolejności to je same należy bezpośrednio opodatkować. Czyż bowiem nadal można dyskwalifikować opodatkowanie banków (i funduszy) jako akt nieodpowiedzialności gospodarczej czy zgoła rewolucyjne szaleństwo, gdy nawet administracja Obamy obiera taką drogę? Jest to rozległe pole do popisu dla wyobraźni fiskalnej – podatek od zysków, od aktywów w ogóle, od najbardziej ryzykownych aktywów (po to, aby zniechęcić do ich rozbudowy), od masy płacowej tych, którzy najlepiej zarabiają, wszystko w celu wypełnienia dziury budżetowej, a na dodatek w celu stworzenia przyszłego funduszu gwarancyjnego. A ponieważ nie ma żadnego powodu, aby akcjonariusze, właściciele, a tym samym ludzie odpowiedzialni za kryzys, byli zwolnieni z takich drobnych prac domowych swoich banków, rzeczą absolutnie logiczną byłby zakaz pobierania przez nich w tym okresie jakichkolwiek dywidend.
Na koniec – podmioty fizyczne. Kadra kierownicza banków, administratorzy (często o nich się zapomina), traderzy, do których należy zresztą – wychodząc poza same instytucje finansowe – dodać wszystkich podobnych do nich osobników należących do tego samego centyla, czyli najzamożniejszego 1 proc. ludności. W tym punkcie niewątpliwie usłyszymy, że opodatkowanie ich niewiele przyniesie, bo to przecież tak wąska grupa, i będzie miało jedynie symboliczny, odwetowy charakter, świadczący, że jest ono spowodowane resentymentami. To prawda, że grupa jest bardzo nieliczna, ale należy pamiętać, iż od około piętnastu lat zagarnia ona największą część owoców globalnego wzrostu dochodów narodowych i stanowi bazę podatkową jak najbardziej liczącą się w punktach PKB.
Warto powtórzyć tu, że o ile kwestia bonusów i wynagrodzeń w sektorze bankowym ma drugorzędne znaczenie w ogólnej ekonomii kryzysu finansowego, o tyle ma ona ogromne znaczenie z politycznego punktu widzenia sprawiedliwości społecznej – a teraz również z powodu korzyści fiskalnych. Ponieważ dyskurs finansjery i jej współpracowników z łatwością można przewidzieć i nieuchronnie będziemy mieli do czynienia ze straszakiem w postaci „ucieczki mózgów”, warto zaznaczyć, że straszak ten wkracza w strefę zniżkującej skuteczności i już prawie nikt go się nie boi (a nawet zaczyna on irytować), a faktycznie ani przez sekundę nie wytrzymuje krytyki, gdy staje oko w oko z poważnymi analizami [6].
Powiedzmy sobie otwarcie: proces, który sprawił, że kryzys finansów prywatnych zamienił się w kryzys finansów publicznych, na tym się nie zakończy. Następny etap będzie polegał na tym, że kryzys finansów publicznych zamieni się w kryzys polityczny. W łonie „systemu” niektórych zaczyna ogarniać paniczny strach, czego bardzo znamienną oznaka jest to, że tacy notoryczni „wrogowie” finansjery, jak Dominique Strauss-Kahn, dyrektor zarządzający Międzynarodowego Funduszu Walutowego, i Jean-Claude Trichet, prezes Europejskiego Banku Centralnego, publicznie wyrazili zaniepokojenie tym, że społeczeństwa prawdopodobnie bardzo źle zareagują, gdy zażąda się od nich poniesienia kosztów nowego kryzysu finansowego. Najzabawniejsze – jeśli można tak się wyrazić – jest to, że nie tylko nie wykluczają oni hipotezy kolejnego kryzysu, ale przyznają, że ma on wszelkie szanse wybuchnąć właśnie na odcinku długu publicznego, a więc być bezpośrednim skutkiem zarządzania poprzednim kryzysem – zatem prawdą jest, że tego zaczyna być już za wiele.
Można się założyć, że aby nieco uspokoić niezadowoloną hołotę, najbardziej instytucjonalne związki zawodowe, wchodzące obecnie, wraz z prawicą i „lewicą”, czyli socjaldemokracją, w skład zjednoczonego ponad drugorzędnymi podziałami bloku władzy, zorganizują kilka niewinnych marszów, najlepiej w dni słoneczne. W Paryżu odbędą się one na trasie Plac Republiki – Plac Narodu. Gdzieś takie marsze pewnie będą połączone z piknikiem. Może jednak okazać się, że opcja „spacer miejski” nie wystarczy i że znużona spacerami hołota stwierdzi, iż ma również dość wodzenia jej za nos.
Nie przesądzając, co może zdarzyć się w takim przypadku i czego przedsmak dali nam już Grecy, warto pamiętać, że pies, który z natury nie jest zły, zawsze staje się nim tylko wtedy, gdy się go maltretuje, a przede wszystkim gdy wmawia mu się, że nie ma innego wyjścia – trzeba go jeszcze bardziej maltretować. Są inne wyjścia [7]. Jeśli wybierze się je i wdroży z pewną stanowczością, mogą wywołać nawet kontrszok czy przeciwwstrząs.
Tłum. Zbigniew M. Kowalewski
* Ekonomista. Autor La crise de trop. Reconstruction d’un monde failli, Paryż, Fayard 2009.
„Le Monde diplomatique – Edycja polska”, kwiecień 2010 r.
[1] N. Klein, Doktryna szoku: Jak współczesny kapitalizm wykorzystuje klęski żywiołowe i kryzysy społeczne, Warszawa, Muza 2008.
[2] Warunki, w jakich przeprowadzano akcję ratunkową firmy ubezpieczeniowej American International Group – faktycznie stała się ona akcją ratunkową wspólników tej firmy, a zwłaszcza (choć nie tylko) Goldman Sachs – warte byłyby szczegółowej dyskusji.
[3] Jak o tym świadczy niedawne zniesienie początkowo przewidzianego pułapu pomocy (dwukrotnie po 200 miliardów dolarów dla Fannie-Freddie) i przedłużenie do 2012 r. państwowych gwarancji strat.
[4] The Economist, 23 stycznia 2010 r.
[5] A. Orléan, „Beaucoup mieux qu’une taxe Tobin”, Challenges, 29 października 2009 r.
[6] Patrz np. F. Lordon, „Bonus et primes: le (résistible) chantage des compétents” oraz tenże, „Bonus: les faux-semblants de la régulation Potemkine”, blog „La pompe à phynance”, Le Monde Diplomatique.
[7] Patrz F. Lordon, „Au-delà de la Grèce: déficit, dette et monnaie” oraz tenże, „Si le G20 voulait…”, blog „La pompe à phynance”, tamże.
|