Historia i współczesność Walki Rewolucyjne i Narodowowyzwoleńcze Zbigniew Marcin Kowalewski, Che Guevara, hasta la victoria siempre – zawsze do zwycięstwa
Zbigniew Marcin Kowalewski, Che Guevara, hasta la victoria siempre – zawsze do zwycięstwa PDF Drukuj Email
Ocena użytkowników: / 4
SłabyŚwietny 
Historia i Współczesność - Walki Rewolucyjne i Narodowowyzwoleńcze
Wpisany przez PMB   
czwartek, 15 maja 2008 15:42

Prawie 20 lat po krachu „realnego socjalizmu” czyny i idee Che Guevary coraz częściej ożywają w wielu radykalnych ruchach społecznych i debatach o socjalizmie XXI w., które zaczynają toczyć się w wielu miejscach na świecie. Oto opowieść o tym, kim był, o co walczył i co myślał jeden z najwybitniejszych rewolucjonistów drugiej połowy XX w.

Po drugiej wojnie światowej ruszyła fala zrywów narodów kolonialnych i zależnych w Trzecim Świecie. W 1949 r. kierowana przez komunistów rewolucja zwyciężyła w Chinach, co ze względu na ciężar gatunkowy tego kraju ogromnie zaciążyło na układzie sił na świecie. W 1954 r. w Dien Bien Phu przed Wietnamską Armią Ludową, również kierowaną przez komunistów, skapitulował garnizon francuskiej armii kolonialnej. Po raz pierwszy w dziejach naród kolonialny rozgromił wojska mocarstwa imperialistycznego! Zaraz wybuchła wojna wyzwoleńcza w kolejnej kolonii francuskiej – w Algierii. W 1959 r. fala ta zaczęła ogarniać Amerykę Łacińską – 1 stycznia tego roku oddziały Armii Powstańczej dowodzonej przez Fidela Castro zajęły Hawanę. Kubę ogarnęła niezwykle radykalna rewolucja, której przywódcy nie wywodzili się z ruchu komunistycznego. W ciągu niespełna dwóch lat dosłownie zamiotła panowanie Stanów Zjednoczonych i praktycznie za jednym zamachem całkowicie wywłaszczyła nie tylko kapitały amerykańskie, ale również całą burżuazję kubańską.

W kwietniu 1961 r. Fidel proklamował socjalistyczny charakter tej rewolucji. Jej fala uderzeniowa przetoczyła się przez całą Amerykę Łacińską. Wszędzie wywołała ogromny ferment w środowiskach młodzieżowych, robotniczych, chłopskich, w partiach komunistycznych, które faktycznie od dawna były już reformistyczne, na lewym skrzydle drobnomieszczańskich i burżuazyjnych ruchów nacjonalistycznych i populistycznych, w środowiskach chrześcijańskich, a nawet w segmentach samego Kościoła katolickiego. W wielu krajach latynoamerykańskich różne zradykalizowane przez tę rewolucję środowiska, idąc w ślady kubańskiej Armii Powstańczej, zaczęły chwytać za broń. Mogły liczyć na wsparcie kubańskie – przede wszystkim na znakomite przeszkolenie w dziedzinie taktyki walki partyzanckiej. Za tym wsparciem stał jeden z czołowych przywódców rewolucji kubańskiej, komendant Ernesto Guevara, zwany Che, Argentyńczyk, z zawodu lekarz.

Narodziny rewolucjonisty

Zanim wraz z grupą powstańców dowodzonych przez Fidela wylądował na Kubie, aby wszcząć walkę zbrojną z dyktaturą wspieraną przez władze amerykańskie, zaraz po studiach odbył podróże po wielu krajach Ameryki Łacińskiej. Poznał straszliwy wyzysk chłopstwa indiańskiego w Andach. Poznał kraj, w którym robotnicy, z federacją związkową górników na czele, dokonali rewolucji, rozbili armię, obalili państwo oligarchiczne, ale nie przejęli władzy, lecz oddali ją drobnomieszczańskim nacjonalistom, którym zaufali, a ci postarali się, aby z tej rewolucji jak najmniej wyszło. Tym krajem była Boliwia, dokąd Che wróci po kilkunastu latach, aby zacząć tam rewolucję od nowa, gdy nic już z niej nie pozostało. W końcu trafił do Gwatemali, gdzie też w wyniku obalenia rządów oligarchii rządzili drobnomieszczańscy nacjonaliści, którzy zaprowadzili demokrację polityczną i zaczęli bardzo umiarkowaną reformę rolną. Stary aparat państwowy pozostał nietknięty.

Lecz dla władz amerykańskich i tak tego, co tam się działo, było za wiele. Prezydenta Jacobo Arbenza oskarżyły o komunizm. Rzekomo zamieniał Gwatemalę w agresywną bazę Związku Radzieckiego, co było bzdurą. W 1954 r. wywiad amerykański zorganizował napaść wojsk najemnych na ten kraj. Armia gwatemalska nie stanęła w obronie legalnego rządu demokratycznego, a rząd ten nie uzbroił ludu, który go popierał. Komuniści popierali Arbenza, ale nie wezwali go, aby stanął na czele zbrojnego ruchu oporu. Wojska najemne bez trudu opanowały stolicę i cały kraj, zaprowadziły prawicową dyktaturę wojskową, urządziły noc św. Bartłomieja i przywróciły ład oligarchiczny.

Guevara był tego wszystkiego naocznym świadkiem. Świeżo upieczony marksista, który jednak nigdy nie był członkiem żadnej partii komunistycznej i w Gwatemali zwątpił w rewolucyjność takich partii, wyciągnął następujące wnioski. Nie powiedzie się rewolucja, która nie rozbije starego aparatu władzy, a zwłaszcza aparatu przemocy, i nie uzbroi ludu; cele rewolucji demokratycznej (reforma rolna, zniesienie neokolonialnej zależności od mocarstw imperialistycznych) można osiągnąć tylko pod warunkiem, że przejdzie się do rewolucji socjalistycznej.

Che, zmuszony wyjechać z Gwatemali do Meksyku, związał się tam z grupą rewolucjonistów kubańskich, którzy z Fidelem na czele właśnie wyszli z więzienia na Kubie. Wyjechali z kraju, aby z zagranicy przygotować ekspedycję na wyspę i na nowo wzniecić walkę zbrojną. Che należał do garstki bojowników, którzy po katastrofalnym desancie zdołali przedrzeć się wraz z Fidelem w góry Sierra Maestra i tam zacząć wojnę partyzancką. Trwała ona z górą dwa lata. W toku ciężkich bojów zrodził się wybitny komendant, znakomity taktyk i strateg partyzancki. W sierpniu 1958 r. Fidel powierzył mu dowództwo jednej z dwóch „kolum inwazyjnych” Armii Powstańczej. Z gór na wschodzie kraju ruszyły one na zachód, w kierunku stolicy. W końcu grudnia kolumna Che (350 bojowników) stoczyła zwycięską bitwę o miasto Santa Clara z dziesięciokrotnie liczniejszymi wojskami rządowymi. Droga do Hawany stanęła otworem, bo teraz wojska rządowe, zamiast walczyć, kapitulowały, a na apel Fidela nadany na falach radia powstańczego kraj sparaliżował strajk powszechny.

Socjalizm, ale jaki?

Po zwycięstwie Che szybko przelał swoje niezwykłe doświadczenia na papier – na użytek rewolucjonistów w innych krajach napisał podręcznik wojny partyzanckiej. W zwycięskiej rewolucji, której był czołowym przywódcą, odgrywał ogromną rolę, działając na rzecz jej pogłębiania i radykalizacji, a następnie budowy socjalizmu. Został najpierw prezesem Banku Narodowego, a później ministrem przemysłu. Stany Zjednoczone wydały Kubie walkę na śmierć i życie. Znalazła oparcie w Związku Radzieckim, a gwałtowność konfrontacji, do której doszło, w pewnym momencie zagroziła światu wojną atomową. Che faktycznie kierował tworzeniem podstaw gospodarki socjalistycznej. Początkowo zapatrzony w ZSRR, już po kilku latach zaczął przyglądać się coraz bardziej krytycznie radzieckiemu i wschodnioeuropejskiemu „realnemu socjalizmowi”.

W 1963-1964 r. zainicjował wielką debatę o problemach gospodarki „okresu przejściowego”, czyli okresu przechodzenia od kapitalizmu do socjalizmu. Była to największa taka debata od czasu, gdy biurokracja stalinowska położyła kres podobnym debatom toczonym w ZSRR w latach dwudziestych. Maksimum centralnego planowania, udział załóg w opracowywaniu planów, minimum biurokracji, prymat bodźców moralnych nad materialnymi i kluczowa funkcja świadomości społecznej w budowie socjalizmu, stopniowe, ale aktywne wypieranie stosunków towarowo-pieniężnych i zastępowanie ich, krok po kroku, bezpłatnymi formami zaspokajania potrzeb – to niektóre kluczowe elementy jego koncepcji. Che intensywnie nad nią pracował, coraz bardziej świadomy impasu, w którym w bloku radzieckim pogrążał się „realny socjalizm”. Był coraz bardziej przekonany, że w ZSRR, Polsce i innych krajach skończy się on restauracją kapitalizmu. Uważał, że trzeba pójść inną drogą – ale najpierw ją znaleźć.

Zew pól bitewnych

Stał się obywatelem „pierwszego wolnego terytorium Ameryki”, którym rewolucja ogłosiła Kubę, lecz wcale nie zamierzał nim pozostać. Socjalizm w jednym małym, słabo rozwiniętym, okrążonym przez imperializm kraju – to nie było to, bo znaczyłoby spocząć na laurach i w końcu zaprzepaścić rewolucję. Trzeba było ją szerzyć i do tego właśnie ten internacjonalista – międzynarodowy rewolucjonista – z krwi i kości najbardziej czuł się powołany. Już w kilka miesięcy po zwycięstwie rewolucji na Kubie miał zamiar wyjechać do Nikaragui i przyłączyć się tam do ruchu partyzanckiego, którego tworzenie energicznie wspierał, zapewniając jego bojownikom szkolenie i dostawy broni. Nikaraguańska kolumna partyzancka, wykryta na terenie Hondurasu przez miejscową armię, została rozbita zanim zdążyła dotrzeć do swojego kraju i plan Che spalił na panewce.

W dwa lata później, w 1961 r., jego kolejny plan przewidywał, że dołączy do frontu partyzanckiego, który w Kolumbii miał otworzyć młody rewolucjonista Antonio Larrota, wyszkolony na Kubie. Zaraz po powrocie do kraju Larrota został zamordowany przez zwyrodniałe i zaprzedane elementy, które nieopatrznie chciał zwerbować do ruchu partyzanckiego. Tak spalił na panewce kolejny plan Che. Na początku 1963 r. kubańskie służby specjalne zwerbowały wskazaną przez niego młodą komunistkę wschodnioniemiecką Tamarę Bunke. W charakterze jego agentki specjalnej „Tania” zainstalowała się w Boliwii, skąd miała odgrywać kluczową rolę w realizacji planów rewolucyjnych; jak wiadomo, później, podobnie jak on sam, zginęła w szeregach oddziału partyzanckiego, którym dowodził w tym kraju.

W 1963-1964 r. z terytorium Boliwii, przy wsparciu kubańskich i algierskich służb specjalnych oraz grupy miejscowych młodych komunistów, do dwóch sąsiednich krajów ruszyły wyszkolone na Kubie oddziały partyzanckie. Jeden, peruwiański, „tańcząc menueta na zboczach Andów”, jak radził jego bojownikom Fidel podczas przygotowań prowadzonych w Hawanie, miał przeniknąć w głąb Peru, do okolic Cuzco. Miał tam wesprzeć zbrojnie rewolucję chłopską, która pod wodzą młodego trockisty Hugo Blanco wybuchła w jednej z dolin śródandyjskich. Drugi był dowodzony przez argentyńskiego dziennikarza i przyjaciela Che, Jorge Ricardo Masettiego, który wcześniej kierował kubańską pomocą wojskową dla algierskiej Armii Wyzwolenia Narodowego – stąd teraz wsparcie algierskie. Miał przeniknąć do Argentyny, w dżungle w prowincji Salta. W argentyńskiej prowincji Tucumán kolejny front partyzancki miał otworzyć trockista Angel Bengochea, który też przeszedł przeszkolenie wojskowe na Kubie.

Wiadomo, że Che miał dołączyć do Masettiego w Argentynie; prawdopodobnie (sprawa jeszcze nie jest zbadana) brał też pod uwagę możliwość dołączenia do oddziału peruwiańskiego, gdy osadzi się on w terenie. Oddział ten, wykryty przy granicy, jednak nie zdołał jej przekroczyć. Masettiego i jego partyzantów szybko wykryto w Salta i część z nich schwytano, a część na zawsze przepadła w dżungli bez wieści. Tak poniosła fiasko kolejna już operacja partyzancka, w którą zaangażowany był Che.

Wszyscy wolni ludzie

Tymczasem w Kongo wybuchły powstania lumumbistów. Kilka lat wcześniej ta była ogromna kolonia belgijska przeżyła niezwykle dramatyczny proces dekolonizacji, zakończony zamordowaniem pierwszego premiera, radykalnego bojownika o niepodległość, Patrice’a Lumumby, i zainstalowaniem neokolonialnego reżimu. Teraz powstała szansa obalenia tego reżimu, co miałoby kolosalne znaczenie dla całej czarnej Afryki. Kongo mogło stać się epicentrum rewolucji afrykańskiej. Tak uważał Che. Mocarstwa zachodnie znów zaczęły interweniować wojskowo, wysyłając tam pilotów rekrutujących się spośród kontrrewolucyjnej emigracji kubańskiej, oddziały białych najemników, spadochroniarzy belgijskich, którzy urządzili masakrę w Stanleyville. „Wszyscy wolni ludzie na świecie powinni przygotować się do pomszczenia zbrodni popełnionej w Kongo”, mówił Che jako przedstawiciel Kuby na sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ. Odbył długą podróż po Afryce, badając grunt i przygotowując warunki do akcji w Kongo – rewolucja kubańska postanowiła przyjść na odsiecz rewolucji kongijskiej, a on postanowił stanąć na czele tej odsieczy.

W Algierze, na seminarium afroazjatyckim, wygłosił przemówienie, które stało się światową sensacją. Oświadczył, że państwa socjalistyczne powinny zaprzestać prowadzenia „wzajemnie korzystnego” handlu, który faktycznie podlega działaniu prawa wartości i polega na nierównomiernej wymianie, z krajami Trzeciego Świata. „Jak można nazywać «wzajemną korzyścią» sytuację, w której po cenach obowiązujących na rynku światowym sprzedaje się surowce kosztujące kraje zacofane pot i bezgraniczne cierpienia oraz kupować po cenach obowiązujących na rynku światowym maszyny produkowane w wielkich zautomatyzowanych fabrykach? Jeśli ustanawiamy takie stosunki między dwoma typami państw, powinniśmy zgodzić się, że do pewnego stopnia kraje socjalistyczne są wspólnikami wyzysku imperialistycznego.”

W tym czasie krytykował również narastające w ZSRR i Europie Wschodniej tendencje do wprowadzanie mechanizmów rynkowych. W podróży pisał: „Idąc za chimerą stworzenia socjalizmu za pomocą wyszczerbionej, odziedziczonej po kapitalizmie broni (towar jako komórka ekonomiczna, rentowność, jednostkowe zainteresowanie materialne jako dźwignia itd.) można zabrnąć w ślepą uliczkę. Trafia się tam po przebyciu długiego dystansu, na którym wielokrotnie krzyżują się drogi i trudno zdać sobie sprawę, w którym momencie pomyliło się kierunek. Tymczasem okazuje się, że przystosowana baza ekonomiczna dokonała kreciej roboty w rozwoju świadomości. Budowa komunizmu wymaga, aby jednocześnie z bazą materialną tworzyć nowego człowieka.”

Po trzech miesiącach Che powrócił na Kubę. Odwiedził w więzieniu swojego współpracownika z Ministerstwa Przemysłu, trockistę, którego aresztowano po jego nieobecność. Zapewnił go, że on i pozostali trockiści, którzy w tym czasie siedzieli w więzieniu, w najbliższym czasie wyjdą na wolność. W obecności oficerów służby bezpieczeństwa oświadczył, że uważa go za rewolucjonistę, że z pewnością spotkają się wkrótce w tych samych okopach i że „idei nie zabija się kijami”. Wkrótce trockistów zwolniono z więzienia.

Na odsiecz rewolucji kongijskiej

W dziewiętnaście dni po powrocie z Afryki, 2 kwietnia 1965 r., Che, ucharakteryzowany nie do poznania, wraz z dwoma towarzyszami kubańskimi wyleciał z Hawany. W liście pożegnalnym do Fidela złożył formalną rezygnację z członkostwa w kierownictwie partii rządzącej, stanowiska ministra, stopnia komendanta i obywatelstwa kubańskiego, które zaraz po zwycięstwie przyznała mu rewolucja. Zapewnił, że uwalnia Kubę od wszelkiej odpowiedzialności za swoje czyny, ale gdziekolwiek się znajdzie, będzie poczuwał się do odpowiedzialności, która spoczywa na nim jako rewolucjoniście kubańskim, i jako taki zawsze będzie działał. „Na nowe pola walki zabiorę wiarę, którą mi zaszczepiłeś, rewolucyjnego ducha mojego narodu, poczucie spełnienia najświętszej ze wszystkich powinności: walki z imperializmem gdziekolwiek jest.”

Jeszcze w kwietniu Che przedostał się z Tanzanii na drugi brzeg pogranicznego jeziora Tanganika, do strefy partyzanckiej we wschodnim Kongo. Dołączyła do niego ponad setka wojskowych kubańskich. Na miejscu okazało się, że rewolucja już pada – z jednego podstawowego powodu: bo wśród jej przywódców i bojowników prawie zupełnie nie było… rewolucjonistów! W swojej książce Epizody wojny rewolucyjnej: Kongo Che przedstawił katastrofalny obraz ruchu partyzanckiego, który nie miał żadnego kierownictwa politycznego ani wojskowego. Jego przywódcy siedzieli za granicą, wiodąc tam wygodne życie i zajmując się wszystkim, tylko nie swoim ruchem. Guevarze nie pozwalali objąć dowodzenia na polu walki; obawiali się, że gdyby się zgodzili, sami zdezawuowaliby swoje własne „przywództwo”. Działacze powracający ze szkoleń ideologicznych w ZSRR, Bułgarii i Chinach wyznawali zasadę, którą tam im zaszczepiono, że należy „chronić kadry”, czyli po prostu własne tyłki i trzymać się jak najdalej od pola walki.

Partyzantów nikt nie nauczył walczyć, a nawet posługiwać się bronią palną i zamiast tego wierzyli, że odpowiednie zabiegi magiczne uodporniają ich na kule. Nie prowadzili żadnych działań bojowych, a gdy już dochodziło do starcia, uciekali z pola walki. Między poszczególnymi oddziałami nie istniała żadna koordynacja. Bodaj najgorsze i szokujące dla Che było to, że kongijska Armia Ludowo-Wyzwoleńcza zachowywała się niezgodnie z najbardziej elementarnymi zasadami, które powinny obowiązywać armię rewolucyjną, dosłownie pasożytując na chłopstwie, a nawet je terroryzując.

Che dwoił się i troił, aby wraz z Kubańczykami przebudować ten ruch od podstaw, a właściwie zbudować go niemal od zera – stworzyć małą, bitną, zdyscyplinowaną i ideową siłę zbrojną, która dałaby przykład i stopniowo skupiła wokół siebie zdrowe elementy i siły rewolucyjne. Zadanie okazało się nadludzkie. Powstanie dogorywało. Fidel gotów był posłać do Konga znacznie większą liczbę wojskowych kubańskich, ale Che po pierwsze nie potrzebował ludzi, lecz, jak odpowiedział Fidelowi, nadludzi, a po drugie uważał, że nie można przeprowadzać rewolucji za samych Kongijczyków. Po siedmiu miesiącach musiał skonstatować fiasko tego niezwykłego przedsięwzięcia. „Jest to historia fiaska” – tymi słowami zaczynała się książka, którą napisał w Dar es Salaam, zaraz po wyjeździe z Konga. Śpiesząc z drugiego końca świata na odsiecz rewolucji kongijskiej zainaugurowaliśmy „metodę dotychczas nie stosowaną w nowoczesnych wojnach wyzwoleńczych”, pisał, toteż „zainaugurowanego przez nas doświadczenia nie można zmarnować i inicjatywa budowy Międzynarodowej Armii Proletariackiej nie może upaść w obliczu pierwszego fiaska”.

Zeszyty praskie

Na początku 1966 r. kubańskie służby specjalne potajemnie przerzuciły Che – człowieka najbardziej poszukiwanego na całym świecie przez amerykańskie służby specjalne – z Dar es Salaam przez Kair i Belgrad do Pragi. Che ukrywał się tam przed bratnimi przecież władzami czechosłowackimi i radzieckimi. Nie miał do nich zaufania, podobnie jak one – nastawione na „pokojowe współistnienie odmiennych systemów” i pomstujące na „rewolucyjne wybryki” kubańskie, nie żywiły absolutnie żadnej sympatii do jego działalności i myśli politycznej. W marcu wysłał jednego ze swoich najbliższych współpracowników, oficera kubańskich służb specjalnych José María Martineza Tamayo, z Pragi do Boliwii, gdzie już od dawna przebywała „Tania”, aby przygotował tam grunt pod jego przyjazd i stworzenie ruchu partyzanckiego.

W Pradze intensywnie pracował, przygotowując się do pisania książki, która miała być bezlitosną, generalną rozprawą z podręcznikiem ekonomii politycznej Akademii Nauk ZSRR. Podręcznik ten powstał z inicjatywy Stalina, pod jego osobistą kontrolą. Biurokracja radziecka chciała zastąpić nim Kapitał Marksa i uważała go za biblię swojego „marksizmu-leninizmu”. W oczach takiego niezależnie myślącego, krytycznego i rewolucyjnego marksisty, jakim był Che, podręcznik ten stanowił bezwartościową apologetykę „realnego socjalizmu”, który ciągle był obiektem jego coraz bardziej radykalnej krytyki i dla którego coraz śmielej szukał socjalistycznej alternatywy. Świadczą o tym jego zeszyty praskie, opublikowane dopiero w 40 lat później.

Reformom rynkowym, które w ZSRR i Europie Wschodniej miały zażegnać narastający kryzys gospodarki „realnego socjalizmu”, zdecydowanie przeciwstawiał gospodarkę planową. „Idea planowania jest stanem ducha uwarunkowanym przez [społeczne] posiadanie środków produkcji i świadomość możliwości kierowania rzeczami, wyzbycia się przez człowieka kondycji rzeczy ekonomicznej”, pisał. Bodaj najważniejsza w tych zeszytach była myśl, że prawdziwa gospodarka planowa to taka, w której planowanie jest uspołecznione, demokratyczne. Postulował „koncepcję planu jako ekonomicznej decyzji mas świadomych swojej roli”, wskazując, że „masy muszą mieć możliwość kierowania swoimi losami, rozstrzygania, ile idzie na akumulację, a ile na konsumpcję”. Jak widać, doszedł do samego sedna sprawy. Przecież o późniejszym krachu biurokratycznej „gospodarki planowej” przesądziło to właśnie, że fundusz akumulacji był nieustannie rozdęty kosztem funduszu konsumpcji. O proporcjach w tej dziedzinie nie rozstrzygało demokratycznie społeczeństwo, a rządy biurokracji cechowała permanentna tendencja do nadakumulacji hamującej wzrost stopy życiowej.

Dwa, trzy… wiele Wietnamów

W końcu Fidel przekonał Che, aby zamiast ukrywać się w Pradze, powrócił na Kubę i stamtąd, w sprzyjających warunkach, przygotował nową fazę swoich działań rewolucyjnych w skali międzynarodowej – tym razem w Boliwii. Guevara opuścił Pragę w lipcu 1966 r. Na początku listopada przyleciał z Kuby, okrężną drogą, do stolicy Boliwii, skąd wyjechał do bazy partyzanckiej na wschodzie kraju. Był uzbrojony w niezwykle ambitną, śmiałą i dalekosiężną strategię rewolucji kontynentalnej, którą postrzegał jako część składową rewolucji trójkontynentalnej. Zgodnie z tą strategią, osią całej sytuacji światowej była wojna wyzwoleńcza narodu wietnamskiego z imperializmem amerykańskim. Należało zrobić wszystko, aby mały, lecz niezwykle bohaterski naród wygrał tę wojnę tak, jak 12 lat wcześniej wygrał wojnę z kolonializmem francuskim.

Che potępiał postawę przywódców radzieckich i chińskich. Wyjeżdżając do Boliwii pisał bez ogródek: „Imperializm amerykański jest winien agresji; jego zbrodnie są ogromne i rozrzucone po całej kuli ziemskiej. Wiemy już o tym, panowie! Winni są jednak również ci, którzy w decydującej chwili wahali się uczynić z Wietnamu nienaruszalną część terytorium socjalistycznego.” Na rozległych obszarach trzech kontynentów Trzeciego Świata trzeba teraz, pisał w swoim ostatnim orędziu, „stworzyć dwa, trzy… wiele Wietnamów”, wzniecając na nich wojny wyzwoleńcze, zmusić najpotężniejszą armię świata do rozproszenia sił, uwikłać ją w wyczerpujące boje i zadać Stanom Zjednoczonym historyczną klęskę.

Ruch partyzancki w Boliwii miał stać się rozsadnikiem ruchów partyzanckich w sąsiednich krajach, ruchy partyzanckie w sąsiedzkich krajach miały stać się rozsadnikami ruchów partyzanckich w kolejnych krajach Ameryki Łacińskiej, połączyć się z ruchami partyzanckimi działającymi już w Gwatemali, Wenezueli, Kolumbii, skoordynować swoje działania bojowe, ująć je w ramy jednolitej strategii, stworzyć kolumny kontynentalne Międzynarodowej Armii Proletariackiej działające pod hasłem: „Ameryka Łacińska jest jedną ojczyzną”… Jak ktoś słusznie zauważył, chyba nigdy w dziejach tak niewielu – kilkudziesięciu rewolucjonistów kubańskich, boliwijskich i peruwiańskich – wzięło na swoje barki tak wiele!

Przyczyny porażki boliwijskiej

Nie udało się. Bazę partyzancką założono na dalekiej, bardzo słabo zaludnionej prowincji, z dala od społeczności chłopskich i od skupisk zawsze rewolucyjnego proletariatu górniczego. Miała to być tylko baza szkoleniowa; z biegiem czasu oddział partyzancki miał przenieść się stamtąd gdzie indziej – na tereny, na których mógłby znaleźć szerokie oparcie w chłopstwie i uzyskać wsparcie górników, ich bojowych organizacji związkowych. Bazę nad rzeką Ñancahuazú szybko jednak wykryło wojsko i partyzanci musieli podjąć walkę zbrojną w bardzo niekorzystnym terenie.

Kierownictwo proradzieckiej Komunistycznej Partii Boliwii zerwało porozumienie, które zawarło w Hawanie i które gwarantowało partyzantom tak ważne dla nich wsparcie miejskich aparatów partyjnych i dopływ bojowników. Partyzantka nagle znalazła się w izolacji. Zemściło się poleganie na tej jednej partii zamiast szukania oparcia w różnych środowiskach lewicy boliwijskiej – także u komunistów prochińskich, lewicowych nacjonalistów, trockistów. Podczas dramatycznego rozłamu między partyzantką a partią wszyscy komuniści boliwijscy, którzy zaciągnęli się wcześniej do partyzantki, opowiedzieli się po stronie Che, przeciwko swojemu sekretarzowi generalnemu Mario Monje. Było to opowiedzenie się po stronie konsekwentnej polityki rewolucyjnej, przeciwko politycznemu kunktatorstwu. Żaden nie zdezerterował, gdy partyzantom śmierć zaczęła zaglądać w oczy.

Zapewne najbardziej fatalne skutki miało – w założeniu chwilowe, przewidziane na co najwyżej parę tygodni – rozstanie się większości oddziału z „grupą Joaquina” dowodzoną przez Kubańczyka Vilo Acuña. Che i jego partyzanci, kierując się zasadami solidarności ze swoimi towarzyszami, przez pół roku szukali ich bezskutecznie, nie godząc się z koniecznością pozostawienia ich na łasce losu, która oznaczałaby dla nich niemal pewną śmierć. Z czysto wojskowego punktu widzenia było bardzo poważnym błędem, gdyż poszukiwanie „grupy Joaquina” kazało im pozostać w terenie, który należało możliwie jak najszybciej opuścić, i niemal zupełnie wyczerpało ich siły w sytuacji, gdy z powodu obstrukcji ze strony kierownictwa partii komunistycznej świeżymi siłami nie mogli zasilić ich nowi bojownicy.

Rozbicie wycieńczonego i okrążonego oddziału przez wojska boliwijskie zakończyło się 9 października 1967 r. pojmaniem i zamordowaniem Che. Miał wtedy zaledwie 39 lat. Trzy lata młodszy od Fidela, mógłby żyć do dziś. Ruchom wyzwoleńczym, ruchowi robotniczemu, konsekwentnej i radykalnej lewicy światowej bardzo go później brakowało i nadal brakuje. Pozostała pamięć o jego ideach i czynach – znakomity oręż dla tych, którzy walcząc o inny, lepszy świat potrafią uświadomić sobie jego wartość i zrobić z niego użytek.

 
Rewolucja wydaje się całkowitym szaleństwem tym, których zmiata i obala.
Lew Trocki
Reklama