|
Młodzi i prężni stali się wizytówką nowego marszu w stronę demokracji mierzonej blichtrem i pełnymi półkami w sklepach. Atuty tego młodego aktora społecznego są skonstruowane na zasadzie przeciwieństwa wobec schodzącego „homo sovieticusa”. Zatem homo sovieticus się „domaga”, a młody i prężny „zarabia”, ten pierwszy marnotrawi czas u cioci na imieninach, a drugi inwestuje w samotności w swoją biografię. Bo liczy się w zasadzie to ile znaczy się na rynku pracy, ale w rzeczywistości ciągłej sprzedaży równie istotne jest uzyskiwanie aprobaty i podziwu w oczach innych, czego wymierną walutą jest zazdrość a czasem nawet zawiść.
Duże miasto to ciągła gonitwa, tłumy ludzi na ulicach, każdy podąża przed siebie, nie ogląda się na innych, nie wpatruje w inne twarze. Bary i kawiarnie to nie miejsce, w którym poznaje się nowych ludzi, raczej wpada się ze znajomymi i trzyma swego towarzystwa. Inaczej zdarza się jednak późnymi wieczorami w weekendy. Niektóre kluby stanowią wręcz inkubatory romansów, choć często intencją przesiadujących w nich ludzi jest poznanie „prawdziwej miłości”. W jednym z nich o artystycznym wystroju nadającym pozory odcięcia się od plastikowej konsumpcji panuje nastrój iście frywolny. To swoiste targowisko próżności przyciąga dobrze sytuowanych, zapracowanych na co dzień yappiszonów poszukujących w weekend trochę relacji społecznych. Ten instynkt społeczny przeistacza się jednak w swoistą ucztę dla osobowości z middle class, których indywidualizm jakże wychuchany i podkręcany przez media polega przede wszystkim na przeglądaniu się w lustrach wiszących na ścianach jak i tych na kształt oczu innych. Zatem czynność społeczna jaką zazwyczaj jest rozmowa to wyliczanka zasług i walorów osobistych. Oczywiście muszą się w jej ramach znaleźć deklaracje o wymiernych czynnikach statusu, które stanowią dopełnienie stosownego stroju. A więc stanowisko pracy, pozycja w hierarchii zatrudnienia, ilość spłacanych kredytów to wskaźniki tego, że jest się kimś. Wszystko gładko idzie, a jeśli dyskutują osoby zainteresowane sobą erotycznie lub matrymonialnie, to wzajemne pomiary i kalkulacja ewentualnych kosztów odbywają się równolegle niemalże niepostrzeżenie. Bo to właśnie mechanizm oparty na prezentacji wdzięków i walorów oraz ocena są podstawą wzajemnych kontaktów. Zanim człowieczeństwo wyjdzie z tych dwojga, maniera zabije potrzebę naturalnej bliskości. I tak się reprodukujemy w nowym wspaniałym świecie konsumpcji. Problem się jednak może pojawić. Problem w postaci rozsadzenia narcystycznego konstruktu, co odbiera młodym prężnym osobowość, czyni ich bezradnymi, no bo czym tu teraz handlować w toku interakcji? Wystarczy poddać choćby nihilistycznie w wątpliwość celowość i racjonalność świata kredytów i zaszczytów, snobistycznych hobby i „nietypowych” zainteresowań. Wystarczy zapytać: „a po co ci to wszystko” aby odkryć pustkę tego świata pozorów, próżnię aksjologiczną jakby powiedzieli nielubiani socjolodzy. Narcyz bowiem odczuwa stany przygnębienia w postaci niekiedy dokuczliwej samotności. Choć bardzo pragnie więzi z innymi, nie potrafi ich nawiązać, co nazywa szumnie indywidualizmem. Nachalny kult samorealizacji i partykularyzmu wiedzie go na manowce indywidualistycznych interpretacji swej sytuacji życiowej i swych doświadczeń. Problem jednakże polega na tym, że takich jak „on/ona” jest wielu/wiele, a ideologia samorealizacji jest jedną ze strategii socjalizacyjnych współczesnego kapitalizmu. Jak zauważa Anthony Giddens: „Nastawiony na standaryzację konsumpcji i kreowanie smaków przez reklamę, kapitalizm konsumpcyjny znacząco przyczynia się do rozwoju narcyzmu. Idea stworzenia wykształconego i rozeznanego człowieka publicznego dawno upadła pod naporem konsumeryzmu czyli „społeczeństwa pozorów”. Konsumpcja odwołuje się do alienacji nowoczesnego życia i obiecuje jej przezwyciężenie. Wszystko, czego pragnie jednostka narcystyczna – a pragnie ona być atrakcyjna, piękna i lubiana – może mieć jeśli tylko będzie konsumować odpowiednie dobra i usługi” Zainteresowanie sprawami publicznymi – jeśli istnieje w przypadku narcyzów – to w sposób koncesjonowany za sprawą mediów. Można więc dowiedzieć się od nich, że mamy rozwój gospodarczy, demokrację i w ogóle „jest super”. Nawet jeśli czują się niekiedy dyskomfortowo na przykład za sprawą rządów PiS-u, podczas których czuli się obrażani, wyzywani od „wykształciuchów”, to potrafią sobie z tym poradzić i zagłosować na Platformę. Bo polityczność jest w ich głowach dokładnie tym czego chcą spece od inżynierii społecznej. Pozorami dyskursu, bezideowym biciem piany. Są więc wszyscy pod sztampę, dokładnie identyczni w swej niemożności przekroczenia roli, którą dla nich wymyślono. A preludium do skończenia tej swoistej urawniłowki w alienacji zaczyna się w momencie odrzucenia ideologii samorealizacji jako „ściemy” .Być może paradoksalnie powrót do prawdziwego siebie musi być poprzedzony powrotem do polityki rozumianej jako krytyka społeczna. Aby przenieść punkt ciężkości z siebie na sprawy publiczne nie potrzeba nam ani hipermarketów, ani ekskluzywnych butików. Potrzeba nam innych ludzi. |