|
Jestem w Paryżu. Idę poznać parę przyjaciół znajomej dziennikarki z Berlina. On uniwersytecki historyk-mediewista, ona z redakcji niszowego miesięcznika. Ich niewielkie mieszkanie pod bazyliką Sacre-Coeur, jemy kolację, gadamy o polityce i historii, opowiadam o Polsce. Philippe sprawia wrażenie rozczochranego naukowca, w oczach żywa inteligencja, zaciekawienie. Szybko się zaprzyjaźniamy. Kilka dni później znowu długa, gadano-serdeczna kolacja, dopytuję się o szczegóły jego kariery. Nagle jego żona pyta: „Więc Manue (ta dziennikarka z Berlina) nic ci o nas nie powiedziała?”. „Nic szczególnego” – odpowiadam zaskoczony. „Philippe był skazany na karę śmierci, wyszedł z więzienia po 23 latach”. No i wiecie, szczęka w takim momencie opada sama, odczułem to fizycznie.
Gdy w końcu wybełkotałem „za co?”, Philippe zaczął mówić o jakiejś strzelaninie, ale, ciągle zszokowany, niemal go nie słuchałem. Marie-Christelle wychodzi do pokoju obok i przynosi książkę, to ona robiła zdjęcie na okładkę. Autor: Philippe Maurice, tytuł „Od nienawiści do życia” („De la haine a la vie”). Coś do mnie mówi, a ja czytam szybko początek noty z tyłu książki. Mój gospodarz był znanym gangsterem, zabił policjanta z karabinu maszynowego. Dość chaotycznie rozmawiamy o więzieniu. Do końca wieczoru huczy mi w głowie. Następnego dnia żegnamy się, wracam do Polski. Już w samolocie zacząłem czytać książkę. Moja szczęka znowu, tym razem wielokrotnie, swobodnie podlegała prawu ciążenia. Jak zrozumieć taki kontrast?
Książka jest połączeniem opowieści o własnym życiu z esejem o „socjologii penitencjarnej”. Philippe zaczął jako młody chłopak od pomocy swemu bratu w ucieczce z więzienia. Potem kradzieże luksusowych samochodów, produkcja fałszywych pieniędzy. Z najbliższym kompanem i dziewczynami jedzie do Hiszpanii na wakacje. Kiedy wracają ściga ich policja, taranowanie policyjnych blokad drogowych na południu Francji, w końcu więzienie. Próbuje uciec, nie daje rady, na pierwszą przepustkę (śmierć babki) wychodzi dopiero po dwóch latach. Nie wraca z niej. Zdobywa fałszywe dokumenty, broń, obrabia banki. Potem znowu kilkumiesięczne szampańskie wakacje w hiszpańskim kurorcie, w willi wynajmowanej przez brata, który schronił się przed francuską policją.
Postanawia wrócić do Francji, by komuś pomóc w ucieczce z więzienia. Potem zamieszkuje w samym środku Paryża. Napada na banki. Szuka go cała francuska policja. On szykuje kolejny napad. Ze swoim przyjacielem z dzieciństwa spokojnie jadą zaparkować ukradziony samochód jako tzw. „drugi wóz”, na który przesiądą się z pierwszego po napadzie. Ale nagle zaczyna się policyjny pościg, kierowca myli ulice, to impas, wpadają w pułapkę. Wyskakują z samochodu, policjanci też. Strzelanina. Kompan Philippe’a zabija policjanta i wkrótce sam pada zabity, Philippe zabija drugiego, zostaje ranny, ale udaje mu się uciec.
Lekarz gangsterów opatruje mu rany. Następnego dnia na pierwszych stronach gazet „Rzeź na ulicy Monge!”. Wraca do swego hotelu po rzeczy. Ale za późno orientuje się, że na ulicy „coś jest nie tak”. Wsypał go jeden z dostawców broni. W hotelu czeka na niego oddział specjalny. Potem specjalny oddział więzienia. Proces i skazanie na gilotynę, mimo najlepszych adwokatów. Miesiące w celi śmierci, gdzie dwóch strażników non-stop obserwuje go przez wielką szybę. Ale przyjaciele brata (zgadnijcie jak to zrobić) przemycają mu do tej celi rewolwer. Obmyśla plan ucieczki, ale kiedy strażnicy wchodzą do celi nie reagują jak przewidział. Strzela i rani jednego z nich. Zostaje opanowany. Trzymają go w karcerze, informują, że instalacja do zmywania krwi po egzekucji jest już na miejscu. Ale nieoczekiwanie Francuzi wybieraja na prezydenta Mitterranda, a ten zmienia mu karę śmierci na dożywocie. Nie będzie już zabijania więźniów.
Dożywocie pozbawia nadziei. Potem kolejne próby ucieczki (krótka piła do przecinania krat w odbycie), kolejne kary karceru, przenoszenie do kolejnych więzień. W dwóch z nich doszło do buntów, to on reprezentuje buntowników w negocjacjach z władzami. W połowie lat 80 uspokaja się. Ciągle się uczy, potem studiuje. W 1995 broni pracę magisterską, trzy lata później doktorat z historii średniowiecza. W 2000 przestaje być uznany za niebezpiecznego i wychodzi na zwolnienie warunkowe. Pisze swoją książkę, cały dochód dla rodziny ofiary. Pisze kolejne, już o francuskim i brytyjskim średniowieczu. Zostaje uznanym naukowcem, jeździ na sympozja międzynarodowe, uczy czytania wielowiecznych dokumentów.
Z kim się spotkałem? Mam przed oczami półki ze starymi książkami w jego mieszkaniu i myślę o jego losie. Philippe pisze, że więzienia bez gruntownej reformy to szkoły przestępczości. Ale najwidoczniej i w tej szkole nie trzymał się programu. Nie ukrywa, że nienawidził policjantów i strażników. Pewnie do dziś za nimi nie przepada. I oto spotkałem sympatycznego naukowca, który okazał się byłym bandytą, zabójcą, ocalonym skazańcem. Czy państwo powinno było go zabić?
Parę godzin wcześniej opowiedziałem komuś historię życia Philippe’a. „A może szykuje po cichu jakiś numer, może jakiś skok stulecia?”. Hm. Trudno mi w to uwierzyć, ale czyż nie jesteśmy nieco bezbronni wobec takich historii? Trudno nam uwierzyć w przemianę, choć przecież bardzo chcemy. Philippe Maurice, może nie wierząc, że da się uwierzyć, nie udziela wywiadów, nawet w rocznicę zniesienia kary śmierci. Zajmuje się inną historią. Na początek wydał biografię Wilhelma Zdobywcy, człowieka, który zanim zmienił swój świat, był uważany za godnego pogardy.
Tekst ukazał się w 2006 r. na blogu autora (http://blog.wirtualnemedia.pl/index.php?/authors/54-Jerzy-Szygiel/archives/452-Z-kim-sie-spotkalem.html). |