Historia i współczesność Alienacja Społeczna Sławomir Czapnik, Bliżej São Paulo niż Kopenhagi?
Sławomir Czapnik, Bliżej São Paulo niż Kopenhagi? PDF Drukuj Email
Ocena użytkowników: / 2
SłabyŚwietny 
Historia i Współczesność - Alienacja społeczna
Wpisany przez piotrek   
niedziela, 25 grudnia 2011 00:17

W cieniu zachwytów i głośnych (pseudo)wydarzeń toczy się cichy bój o duszę Wrocławia i wrocławian. Czas zewrzeć szeregi, by nie przegrać go przez nokaut, ale wyprowadzić lewy sierpowy, który – jak uczy Walter Benjamin – ostatecznie rozstrzyga historyczne walki społeczne.

„Nigdy nie byłem w San Francisco, ale byłem we Wrocławiu – stolicy regionu dolnośląskiego i mieście ufundowanym na dwóch filarach – kulturze i wiedzy. To wystarczy, by zrozumieć fenomen innowacyjnej gospodarki, opartej na aktywności intelektualnej człowieka” – tak zaczyna się artykuł w sierpniowej Gazecie Finansowej. Tekst, kuriozalnie zatytułowany Polska dolina krzemowa – narodziny megalopolis, trafnie identyfikuje przesłanki dużego potencjału Dolnego Śląska: od położenia geograficznego i atrakcyjności terenu przez bogactwo złóż mineralnych i potencjał intelektualny po dziedzictwo kulturowe i wysoki poziom przedsiębiorczości. Ocierające się o bałwochwalstwo pochwały regionu – a tego typu diagnoz, najczęściej dość powierzchownych, jest mnóstwo – a zwłaszcza jego stolicy, wiele mówią o postrzeganiu Wrocławia jako symbolu sukcesu transformacji kapitalistycznej. Nie są jednak w stanie uczciwie przyznać, jaki charakter ma mieć w przyszłości miasto i jego mieszkańcy. Należy się nad tym poważnie zastanowić, zanim będzie za późno i obudzimy się w rzeczywistości marnej kopii Disneylandu, równie efektownej, co pustej w środku. Zobaczymy miejsce, które nie zaspokaja naturalnej ciekawości innych ludzi, zainteresowania okazywanego odmiennym obyczajom i tradycjom, lecz alienuje ludzi – od siebie nawzajem i od przyrody.

Miasto – tworzywo i twórca

80 lat temu socjolog Robert Ezra Park zauważył, że miasta najgłębiej wyrażają próby zmiany świata wedle naszych pragnień, a zatem kształtując miasta, ludzie koniec końców przekształcają samych siebie. Ma to daleko idące konsekwencje – miasto jest najpierw tworzywem w rękach człowieka, lecz następnie współtwórcą charakteru jego mieszkańców. W chwili obecnej Wrocław zdaje się być raczej wizytówką neoliberalnej reguły tworzenia dobrej atmosfery dla biznesu niż służenia mieszkańcom, bez względu na zasobność ich portfela. Paradoksalnie, bliżej mu pod pewnymi względami do São Paulo czy Los Angeles niż Kopenhagi i Amsterdamu. Jego niezaprzeczalny urok i piękno mają wyspowy charakter, podobnie jak zamożność ludności. PKB Wrocławia, około  150 proc. średniej krajowej, podobnie jak jego czar, są niezwykle nierówno podzielone. Budowanie przestrzeni przyjaznej dla miłośników nieprzyzwoicie drogich restauracji koreańskich, zagranicznych turystów, a wrogiej dla żyjących na i poniżej poziomu minimum socjalnego, a nawet zarabiających średnią krajową, niesie za sobą konsekwencje ciągnące się przez pokolenia.

Jedną z bardziej niepokojących cech rozwoju stolicy Dolnego Śląska jest przemożne pragnienie włodarzy miasta, aby wywrzeć wrażenie na innych, zyskać rozgłos i podziw: w skali kraju i poza nim. Dzieje się tak nawet wtedy, kiedy mieszkańcom przychodzi drogo płacić za sny o potędze. Wrocław staje się miastem widowiska: niestety, niewiele ma to wspólnego z budowaniem silnych oddolnych organizacji i instytucji, wyrosłych z naturalnej aktywności, a bliższe jest raczej tworzeniu spektaklu. Spektakl ten, bez względu na to, czy w formie wyrafinowanej – jak superprodukcje operowe, czy też bardziej popularnej – jak pokazy paliwożernych monster trucków, jest przeznaczony dla osób wystarczająco bogatych, aby go oglądać. Swoistym ukoronowaniem wizji miasta-spektaklu jest nowo wybudowany Stadion Miejski: inwestycja, która przez dziesiątki lat będzie rokrocznie drenować miliony złotych z budżetu miasta. Idąc śladem obserwacji Dwighta D. Eisenhowera, prezydenta USA i czterogwiazdkowego generała, że każda wystrzelona rakieta zabiera jedzenie głodnym, można stwierdzić, że każda cegła stadionu jest zabrana z budowy przedszkola lub mieszkania socjalnego, a przyjemność oglądania meczów Euro 2012 zuboży   księgozbiory miejskich bibliotek i powiększy tłok  w klasach.

Toksyczne wzorce

Wrocław – pamiętając o zachowaniu proporcji – kroczy nazbyt blisko ścieżki wydeptanej przez takie metropolie, jak brazylijskie São Paulo, które również aspiruje do miana miasta ulubionego przez biznes, centrum nowych technologii. To siedziba czołowych globalnych korporacji i lokalizacja wielu górujących nad miastem wieżowców.

Paulistanos doświadczają miasta na dwa sposoby. Dla jednych to raj, pełen eleganckich kompleksów mieszkalnych, fascynującego życia nocnego, okazałych parków, butików z perłami designu i zapierających dech w piersi biurowców. Dla drugich to piekło, pełne śmierdzących wyziewów fabrycznych, obrzydliwych slumsów, niebezpiecznych zaułków i policji, która niekiedy przewyższa brutalnością gangsterów. Ci pierwsi już dawno przestali kupować opancerzone bmw – już 10 lat temu w mieście znajdowało się 240 lądowisk dla helikopterów i szacowano, że o każdej porze dnia i nocy w powietrzu znajdowało się przynajmniej 100 maszyn. Wedle szacunków Programu Narodów Zjednoczonych ds. Osiedli Ludzkich (UN-HABITAT), co roku nad São Paulo odbywa się ok. 70 tysięcy prywatnych lotów śmigłowcem. Ci drudzy skazani są na własne nogi, zdezelowane jednoślady i auta, a także równie drogi, co niewydolny system transportu publicznego. W miejskim autobusie łatwiej o dźgnięcie nożem niż o dotarcie na czas do miejsca przeznaczenia. Wyspy bogactwa od morza nędzy oddzielają grube mury, skomplikowane systemy bezpieczeństwa i uzbrojeni strażnicy. Jak zauważa brazylijska badaczka, cytowana przez Zygmunta Baumanaw Razem – osobno, „Zamknięte społeczności mają w założeniu tworzyć osobne światy. Ich twórcy obiecują »totalny sposób na życie«, który ma być alternatywą dla jakości życia oferowanej przez miasto i jego podupadłą przestrzeń publiczną”; mieszkańcy strzeżonych osiedli skrupulatnie oddzielają się od tych, których uznają „za gorszych pod względem społecznym”.

Rewitalizacja zdekapitalizowanych miejsc staje się pretekstem do wypchnięcia niepożądanych kategorii osób. Rosnące czynsze mają na celu wyczyszczenie terenu z niechcianego elementu zajmującego atrakcyjne przestrzenie, które można utowarowić i sprzedać na rynku. Co gorsza, idee segregacji klasowej i zawłaszczania przestrzeni publicznej przedstawiane są jako niezbędny warunek modernizacji i europeizacji Wrocławia. Doskonale wpisuje się w ten trend szokująca wypowiedź prof. Michaela Fleischera, który podczas dyskusji o rewitalizacji Nadodrza stwierdził, że wszystkie tamtejsze kamienice należy sprzedać – „trzeba po prostu brutalnie oczyścić dzielnicę z ludzi, których w niej nie chcemy” i ściągnąć „do niej kreatywnych i młode przedsiębiorstwa. Za nimi pojawiają się knajpy, sklepy, w których można kupić francuskie sery i wina. Oni napędzają rozwój całego kwartału”.

W skrócie: napędzanie rozwoju wymaga uprzedniego wypędzenia biednych, a przynajmniej – nie dość bogatych. Złośliwi mogliby zauważyć, iż brutalne czystki nawiązują do tak opiewanej, nie tylko w postaci komisarza Mocka, przedwojennej tradycji miasta: Breslau słynęło w całej Rzeszy z umiejętności pozbywania się niechcianych ludzi, czego ukoronowaniem stała się Kristallnacht.

Najdziwniejsze, że we Wrocławiu ignoruje się wzorce rozwoju, które są bliższe kulturowo i geograficznie. I tak lekarstwem na korki i zawał komunikacyjny, jest poszerzanie istniejących i  budowanie kolejnych dróg. Taki zabieg zachęca do wzmożenia ruchu samochodowego i uniezależnienia od marnej jakości transportu publicznego. Miejskie autobusy i tramwaje, nie wspominając o rowerach, są z premedytacją upośledzane w ruchu miejskim: to, co zbiorowe, wspólne i egalitarne, ma się podporządkować prywatnym autom, pochłaniającym coraz więcej miejskiej przestrzeni. Uprzywilejowanie transportu publicznego i wyprowadzanie ruchu kołowego z centrum, żelazne reguły w dziesiątkach miast Skandynawii czy Beneluksu, pozostaje w sferze marzeń.

Odzyskać prawo do miasta

Miasto, poprzez zaplanowane działania czy też zaniechania (skądinąd nieraz też celowe), skłania jego mieszkańców do przyjęcia określonej postawy względem innych mieszkańców, a także samego miasta. Z tego względu żyjący w Los Angeles, gdzie wiele ulic pozbawionych jest chodników, przesiąkają ideologią prywatyzmu – brak własnego samochodu upośledza społecznie i zawodowo, natomiast żyjący w Kopenhadze uwewnętrzniają kanony nordyckiego egalitaryzmu, codziennie pokonując ponad milion kilometrów na rowerze. Nieco ponad półmilionowa Kopenhaga dysponuje grubo ponad setką stacji rowerowych (jednoślad można wypożyczyć za symboliczną kaucję zwrotną), świetnie rozwiniętą koleją miejską, metrem i siecią autobusów. Na tym tle Wrocław, gdzie na serio traktuje się pomysły budowy podwodnych parkingów dla samochodów, jawi się jako relikt epoki neoliberalnego projektu, traktującego miasto jako przestrzeń pielęgnowania indywidualnych egoizmów.

Walka o kierunek rozwoju miasta wymaga podjęcia szeregu działań. Pierwszym z nich jest uświadomienie sobie konieczności stworzenia całościowej, alternatywnej wobec dominujących obecnie trendów, wizji Wrocławia i wrocławian. Wizji obejmującej coś więcej niż Rynek, zwolnienia podatkowe dla globalnych korporacji i trampolinę do ogólnopolskiej kariery politycznej. W mieście Pomarańczowej Alternatywy, potrzeba alternatywy czerwonej, a przynajmniej różowej. Jeśli tak się nie stanie, to po parkingach, w niedalekiej przyszłości, zaczniemy budować lądowiska dla śmigłowców.

 

Źródło: Le Monde diplomatique - edycja polska (Dolnośląski Dodatek Kulturalny)

Zmieniony: niedziela, 25 grudnia 2011 00:18
 

Człowiek niezainteresowany widzi wyraźnie bezpodstawność sylogizmu zmieniającego utratę czyichś przywilejów w niebezpieczeństwo dla całej społeczności.

Mikołaj Czernyszewski
Reklama