|
„Gdy zaczynałem pracę w zawodzie, wielu moich kolegów dziennikarzy uważało, że jeśli policjant bije Afroamerykanina walczącego o prawa obywatelskie, to obiektywna prawda leży pośrodku, między bitym a bijącym. Od początku wydawało mi się, że to nonsens“. Te słowa z rozmowy z Michaelem Kaufmanem, nieżyjącym już reporterem zagranicznym „The New York Timesa“, przypomniały mi się, gdy przysłuchiwałem się wczoraj i gdy czytam dziś niektóre komentarze po napaściach faszystoidów na pokojową „kolorową niepodległą“ i na funkcjonariuszy policji. Z niektórych relacji doprawdy trudno się zorientować, kto kogo zaatakował, kto odpowiada za przemoc i demolkę na ulicach Warszawy.
„Na szczęście“ – można by pomyśleć – faszystoidzi spalili wóz transmisyjny jednej ze stacji telewizyjnych. Chyba tylko dzięki temu można się było choć trochę zorientować, kto demolował – i ewentualnie domyślić, kto nie demolował. Nie było jednak jasnego przekazu: pokojowa „kolorowa niepodległa“ vs. faszyzujący brutale i zadymiarze. Dominował inny przekaz: że jedni i drudzy podobnie odpowiedzialni za przemoc i chaos. Hołdowano symetrii i „obiektywizmowi“, czyli że jedni świętowali tolerancję wobec Innego, drudzy wznosili hasła nietolerancji - ot, symetryczne, równoprawne opinie, wobec których zachowujemy równy dystans i równy krytycyzm. Jeden lubi ogórki, a drugi ogrodnika córki. Były apele w podobnym duchu Ważnych Osób: nie świętujmy jedni przeciw drugim. I utytułowane mądrości: że można było zorganizować obie imprezy tak, żeby się nie spotkały, a wtedy każda grupa w swoim gronie obeszłaby święto. Ależ właśnie chodziło o to – szanowni „symetryczni“ - żeby nacjonaliści i faszyści nie poczuli się swojsko i dobrze na ulicach stolicy! Żeby ich wrogość wobec „pedałów“, „Żydów“, „lewaków“ i „ekoterrorystów“ nie pozostała bez odpowiedzi. W królestwie symetrii to jednak bluźnierstwo, rzecz nie do pomyślenia, a co dopiero do wypowiedzenia. Niepokoją chuligani i faszystoidzi (czasem to jedno i to samo), niepokoi wsparcie dla nich wśród ludzi piszących, ale równie niepokojący jest hołd składany symetrii przez szacowne postaci w eleganckich garniturach i pseudomądrości ludzi „rozsądnych“ rodem z imienin u cioci. Dodajmy, że mowa tu także o ludziach, którzy pewnie nie przepadają za słowem „prawica“, a w każdym razie nie całkiem lub wcale nie identyfikują się z tym kierunkiem myślenia. Przypomnijmy naczelne przykazanie religii symetrii: obiektywna prawda leży między pałą białego policjanta i plecami bitego Afroamerykanina, który protestuje przeciwko rasizmowi. W tej logice ten ostatni też był odpowiedzialny za zadymę; gdyby nie przeszkadzał panoszyć się Ku Klux Klanowi, to byłby spokój, nikt by nie poczuł się urażony „radykalizmem“, prawda? Faszystoidzi w Polsce z pewnością czują, że w części establishmentu nie ma stanowczego „nie“ dla ich wrogości wobec „lewaków“, „zboczeńców“, „Żydów“ i imigrantów. Brak owego „nie“ buduje ich pewność siebie, zachęca do rozróby. Ale stało się coś jeszcze gorszego: pojawiły się banialuki o „militarystycznej lewicy“ (zajął się już nimi Jacek Żakowski), które nadają faszystoidom prawomocność, a ich niebezpiecznym dla nas wszystkich uprzedzeniom – polityczną legitymację. Następnym razem wyjdą na ulice pod hasłem walki z „militarystyczna lewicą“ – któż by im nie przyklasnął? Eleganckie garnitury na pewno. „Ludzie rozsądni“ – jak najbardziej. Już dzisiaj w jednym z mediów głównego nurtu – bynajmniej nie definiującym się jako prawicowe – główną odpowiedzialnością za zadymę obarczono “środowiska lewicowe i sprzyjające im media“. Polska nie jest samotną wyspą, wznoszącą się falę faszystoidalną widać w innych krajach Europy. Prawica głównego nurtu już nie tylko pozostaje nazbyt często obojętna wobec faszystoidów, lecz przechwytuje ich język i fobie. Europejscy premierzy i aspiranci do sprawowania władzy opowiadają niebezpieczne dyrdymały o „końcu i porażce multikulti“. O tym, że trzeba coś w końcu zrobić z „problemem imigrantów“. Legitymację odzyskuje haniebny podział na „gospodarzy“ i „gości“ - dobrze znany choćby z Polski lat 30. Tragicznym skutkiem tej fali był Breivik. Gdyby w Polsce doszło do podobnej czy nawet dużo mniejszej tragedii jak w Norwegii, można sobie chyba wyobrazić – niestety - zatroskanie “rozsądnych“ i „symetrycznych“: - To straszne, ale przecież nie doszłoby do tego, gdyby nie ekscesy „lewaków“, gdyby nie „panoszenie się zboczeńców“; prowokowali - też nie są bez winy. Cóż, w myśl takiej logiki imigranci w Norwegii, którzy nie chcą się asymilować, sprowokowali Breivika, a Afroamerykanie prowokowali białych rasistów i też nie są bez winy, że zamordowano Martina Luthera Kinga i Malcolma X. Symetryczna mentalność jest w stanie przyswoić dowolny nonsens, który owocuje etyczną ślepotą. Dlatego w królestwie symetrii faszystoidzi mogą czuć się komfortowo i bezpiecznie. Jeszcze nam pokażą.
Źródło: Krytyka Polityczna
|