Historia i współczesność Antyfaszyzm i antyrasizm Edward Said, Freud, syjonizm i Wiedeń
Edward Said, Freud, syjonizm i Wiedeń PDF Drukuj Email
Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 
Historia i Współczesność - Antyfaszyzm i Antyrasizm
Wpisany przez PMB   
piątek, 16 maja 2008 18:31

Warto poświęcić kilka zdań memu dziwacznemu doświadczeniu osobistemu, które wzbudziło niecodzienną i zupełnie nieproporcjonalną uwagę mediów i opinii publicznej. Nie lubię pchać się z doświadczeniami osobistymi na afisz, lecz tym razem sposób, w jaki zmanipulowano fakty, rzuca szczególne światło na walkę Palestyńczyków z syjonistami, w kontekst której zdarzenie owo się wpisuje.

 

Na przełomie czerwca i lipca 2000 r. odwiedziłem w Libanie moją rodzinę, a także udzieliłem tam dwóch publicznych wykładów. Tak jak większość Arabów, moja rodzina, a także ja sam, bardzo pragnęliśmy odwiedzić południowy Liban, ową „strefę bezpieczeństwa”, znajdującą się przez 22 lata pod butem izraelskiego okupanta, któremu libański ruch oporu nareszcie bezceremonialnie pogonił kota.

Nasza wizyta miała miejsce 3 lipca, gdy w trakcie całodziennej wycieczki spędziliśmy czas w zbudowanym przez Izraelczyków w 1987 r., okrytym ponurą sławą więzieniu w Chiam, gdzie bestialsko torturowano i przetrzymywano w potwornych warunkach 8000 ludzi. Zaraz potem dotarliśmy na opuszczony przez siły izraelskie posterunek graniczny, znajdujący się na obecnie opustoszałym obszarze, gdzie Libańczycy celebrują zwycięstwo, miotając kamieniami w nadal ciężko ufortyfikowaną granicę. W polu widzenia nie było Izraelczyków – ani wojskowych, ani cywilów. Całe mile puste.

Cisnąłem maleńki kamyczek, współzawodnicząc z jednym z obecnych tam młodych ludzi i podobnie jak wszyscy inni nie mając żadnego szczególnego celu na oku – i wówczas, z czego nie zdałem sobie sprawy, sfotografowano mnie. Dwa dni później moje zdjęcie ukazało się w gazetach w Izraelu i na całym Zachodzie. Zostałem opisany jako miotający kamieniami „terrorysta”, gwałtownik, itd., itp., w zgodnym chórze zniesławień i fałszu znanym każdemu, kto ściągnął na siebie wrogość syjonistycznej propagandy.

Podwójna ironia. Po pierwsze, mimo że napisałem co najmniej osiem książek nt. Palestyny i zawsze opowiadałem się za oporem wobec syjonistycznej okupacji, nigdy nie występowałem na rzecz czekogolwiek innego niż pokojowe współistnienie nas i Żydów Izraela, gdy tylko skończą się represje militarne ze strony Izraela i wydziedziczenie Palestyńczyków. Moje prace obiegły świat, przetłumaczone na co najmniej 35 języków, trudno zatem podejrzewać, by nie znano mego stanowiska, zaś przekazuję je bardzo jasno. Ruch syjonistyczny posunął się do najbardziej brudnych sztuczek, aby tylko rzucić mi kłody pod nogi, wiedzą bowiem, że nie są w stanie zaprzeczyć faktom, które zaprezentowałem, ani też podważyć ich interpretacji, wreszcie – co najważniejsze – nie są w stanie powstrzymać coraz szerszego kręgu odbiorców przed sięgnięciem po me prace. Dwa lata temu najęli podrzędnego izraelsko-amerykańskiego prawnika, by „zbadał” pierwszych dziesięć lat mego życia oraz „dowiódł”, że nigdy nie znalazłem się w Jerozolimie, choć właśnie tam się urodziłem; w ten sposób chciano dorobić mi gębę kłamcy, konfabulującego na temat własnego prawa powrotu, choć – i to kładzie całą ich sprawę – niesprawiedliwe izraelskie Prawo Powrotu oznacza, że każdy Żyd ma „prawo” przybyć do Izraela i tam osiąść, choćby nigdy wcześniej nie postawił tam stopy.

Metody śledcze owego prawnika były przy tym tak prostackie i tak wadliwe, że jego tezom publicznie zaprzeczyło wiele z indagowanych przezeń osób; tylko jeden z wielu dzienników, którym zaproponował swe wynurzenia, wydrukował go – tyle nagiął faktów, tylu dopuścił się zafałszowań. Kampania ta była nie tylko próbą zdyskredytowania mnie osobiście (wydawca dziennika, który puścił w obieg śmieci owego najemnego indywiduum otwarcie przyznał, że jedynym celem była dyskredytacja mnie z racji poczytności mych pism), lecz nade wszystko chodziło o zasugerowanie w efekciarski sposób, że wszyscy Palestyńczycy, mówiący o prawie powrotu, to kłamcy, którym nie można wierzyć.

Sprawa rzutu kamieniem miała miejsce tuż po tamtym zaaranżowanym skeczu. I znów – cóż za ironia! Nie liczyło się to, że Izrael przez 22 lata pustoszył południowy Liban, niszcząc całe wsie, nasyłając najemników, by plądrowali i stosowali represje, stosując najhaniebniejsze i najbardziej nieludzkie metody tortur w więzieniu w Chiam i w innych miejscach – bez względu na to wszystko, propaganda izraelska, którą wspierają i spijają z jej ust media zachodnie, skupiła się na mym niewinnym geście, w absurdalny sposób nadając mu monstrualne rozmiary, sugerując, że jestem gwałtownikiem, fanatykiem i żydożercą. Zupełnie zatarto kontekst – a przecież tylko rzuciłem małym kamyczkiem, w miejsce, w którym nie znajdował się żaden Izraelczyk, nikomu nie groził z mej strony najmniejszy fizyczny uszczerbek. Na domiar złego, w ramach tej zaaranżowanej nagonki usiłowano doprowadzić do usunięcia mnie z uniwersytetu, na którym nauczałem od 38 lat. Od artykułów prasowych i komentarzy, poprzez pełne obelg listy aż po groźby śmierci – aby tylko zastraszyć mnie i uciszyć, co nieraz czynili w nagłym porywie lojalności wobec państwa Izrael moi koledzy. Cała ta farsa jednakże zdała się na nic – w owych usiłowaniach, by związać trywialne zdarzenie na południu Libanu z całym mym życiem i pracą, nie było bowiem krztyny logiki. Duża część moich kolegów, jak też opinii publicznej, stanęła po mojej stronie. Co najważniejsze, w godny podziwu sposób broniła mego prawa do własnych opinii i działań administracja uniwersytecka, jasno stwierdzając, że prawdziwym powodem nagonki na mnie nie był ów rzut kamyczkiem (które słusznie odebrano jako protest), lecz z mym stanowiskiem politycznym i działalności, oznaczających sprzeciw wobec izraelskiej polityki okupacji i represji.

Ostatnia odsłona tego, jak przejawia się nacisk środowisk syjonistycznych, w pewien sposób pozostaje najsmutniejsza i najbardziej haniebna. Pod koniec lipca 2000 r. skontaktował się ze mną dyrektor Instytutu Freuda i Muzeum w Wiedniu, pytając, czy przyjmę zaproszenie i w maju 2001 r. wygłoszę doroczny wykład nt. Freuda. Wyraziłem zgodę, i 21 sierpnia otrzymałem oficjalne pismo od dyrektora Instytutu, z zaproszeniem ze strony zarządu. Ponieważ dobrze znam dzieła Freuda oraz od lat pozostaję wielkim entuzjastą jego życia i jego dzieła, nie miałem żadnych rozterek z przyjęciem propozycji. (Nawiasem mówiąc, Freud, z początku antysyjonista, zmienił swe zapatrywania, gdy naskutek prześladowań Żydów europejskich przez nazistów państwo żydowskie zdało się jedyną odpowiedzią na rozpasany i śmiercionośny antysemityzm. Sądzę jednak, że zawsze zachował wobec syjonizmu pewną ambiwalencję.)

Zaproponowałem temat „Freud a nie-Europejczycy”; moim pragnieniem pozostawało dowieść, że choć Freud pracował dla Europy i mówił o Europie, dowodził jednakże uniwersalizmu swej wizji i ogólnoludzkiego charakteru jego pracy choćby przez sposób, w jaki przejawiał swe zainteresowanie cywilizacjami starożytnymi: egipską, palestyńską, grecką, afrykańską. Sądzę, że należy docenić jego myśl, wybijającą się poza zaścianek – w przeciwieństwie do jego współczesnych, szkalujących inne, nieeuropejskie kultury jako mało ważne czy niższe.

I nagle, 8 lutego, przewodniczący Instytutu, wiedeński socjolog Schalein ni stąd ni zowąd oznajmia mi, że zarząd zadecydował o odwołaniu mego wykładu, ze względu na (jak to powiedział) sytuację polityczną na Bliskim Wschodzie „oraz jej konsekwencje”. Żadnego wyjaśnienia ponadto. Godny najwyższego pożałowania gest amatorszczyzny, w najwyższej sprzeczności z duchem i literą dzieła Freuda! Prowadzę wykłady na całym świecie od 30 lat, lecz dotąd nic takiego mi się nie przytrafiło – natychmiast więc odpowiedziałem Schaleinowi w jednozdaniowym liście, żądając wyjaśnienia, co też mój wiedeński wykład nt. Freuda ma wspólnego z „bliskowschodnimi uwarunkowaniami politycznymi”. Rzecz jasna nie doczekałem się odpowiedzi.

Nie dość tego: 10 marca The New York Times opublikował dotyczącą owego epizodu relację, wraz z groteskowo powiększoną wersją osławionej fotografii z południowego Libanu sprzed roku z lipca, na długo wszak przed zaproszeniem mnie na sierpień przez Instytut Freuda. Odpytywany Schalein nagle okazał się dość rezolutny, i znalazł odwagę, której nie miał wobec mnie bezpośrednio: przyznał oto, że właśnie owa fotografia (i w ogóle mój krytycyzm wobec okupacji izraelskiej) stanowi powód odwołania wykładu, gdyż jak to określił, wobec sukcesów Jörga Haidera, holokaustu i historii austriackiego antysemityzmu jego przeprowadzenie godziłoby w uczucia Żydów w Wiedniu. Przechodzi ludzkie pojęcie, że szanowany akademik papla takie brednie, i tylko świnia może sobie na coś takiego pozwolić, gdy Izrael utrzymuje bezlitosne oblężenie, codziennie mordując Palestyńczyków.

Niesłychanie tchórzliwy gang „freudowskich” akademików nie był w stanie wyrzucić z siebie, że odwołując niespodziewanie mój wykład, przekupili w ten sposób swych donorów z Izraela i USA. Po prezentacji przygotowanej przez Instytut wystawy rękopisów Freuda w Wiedniu i w Nowym Jorku, żywią oni nadzieję, że zostanie ona zaprezentowana też w Izraelu. Potencjalni sponsorzy postawili warunek, że opłacą wystawę w Tel Awiwie, jeśli mój wykład zostanie odwołany. Pozbawiony kręgosłupa moralnego wiedeński zarząd ugiął się – nie odwołano mojego wykładu, gdyż opowiadam się za przemocą i nienawiścią, wręcz przeciwnie, uczyniono to, gdyż tego nie robię!

W swoim czasie przypomniałem o tym, jak naziści i większość narodu austriackiego poszczuła z Wiednia Freuda. Przez takie samo tchórzostwo i brak zasad intelektualnych dziś nie może przeprowadzić wykładu Palestyńczyk. Bagno syjonizmu po prostu cuchnie, jest tak nędzne, że nie stać go na legitymowanie się za sprawą otwartej debaty i rzeczywistego dialogu. Egzekwuje więc ciszę i ustępstwa, korzystając z ciemnych mafijnych taktyk zastraszenia i wymuszenia. Tak desperacko szuka akceptacji, że w efekcie Izrael i jego sojusznicy obnażają się ze swym celem całkowitego uciszenia palestyńskiego głosu – raz, tak jak w Birzejt, niszcząc całe palestyńskie społeczności, innym razem nie dopuszczając do dyskusji i kneblując usta krytykom, ilekroć tylko ich wspólnicy i tchórze zatańczą w rytm ich haniebnego koncertu życzeń. W takim klimacie nie dziwi, że izraelskim przywódcą jest ktoś taki jak Ariel Szaron.

Koniec końców jednakże, owe bandyckie taktyki przynoszą skutek odwrotny do zamierzonego – nie każdy da się zastraszyć i uciszyć. Palestyńczycy wciąż walczą, mimo 50 lat syjonistycznej cenzury i przekłamań. I wszędzie, bez względu na kiepskie sprawozdania medialne, bez względu na sprzedajność instytucji takich jak Towarzystwo Freuda, bez względu na tchórzostwo intelektualistów, którzy każą spać swemu sumieniu, ludzie wypowiadają się na rzecz sprawiedliwości i pokoju. Zaraz po tym, jak odwołano mój wykład w Wiedniu, otrzymałem podobne zaproszenie od Londyńskiego Muzeum Freuda. (Po wygnaniu z Wiednia w 1938 r., Freud spędził ostatnie lata swego życia w Londynie.) Dwie austriackie instytucje, Instytut Nauk Humanistycznych raz Austriackie Towarzystwo Literatury, zaprosiły mnie na wykład w Wiedniu w dogodnym dla mnie terminie. Grupa autorytetów i krytyków w dziedzinie psychoanalizy (w tym Mustafa Safouan) przedstawiło Instytutowi Freuda list protestacyjny. Publicznie wypowiedziało się wiele kolejnych osób, zdumionych takim jawnym aktem dyskryminacji. Zaś opór Palestyńczyków ani chwili nie cichnie.

Wciąż wierzę, że naszą narodową rolą pozostaje poszukiwanie sprawiedliwego pokoju, odnalezienie wizji alternatywnej wobec syjonistycznej, opartej o równość i zjednoczenie, nie zaś apartheid i odtrącenie. Każdy epizod taki jak opisany powyżej umacnia me przekonanie, że Izraelczycy i Palestyńczycy nie mają alternatywy wobec podzielenia się ziemią, której jedni i drudzy żądają. Uważam ponadto, że należy doprowadzić do końca Intifadę al-Aksa, porowadząc żywiołowo opór polityczny i kulturowy wobec zbrodniczej izraelskiej polityki oblężenia, upokorzenia, zagłodzenia i zbiorowej odpowiedzialności. Codziennie armia izraelska zadaje Palestyńczykom straszne szkody: zabija kolejnych niewinnych, niszczy i konfiskuje ziemię, bombarduje i wyburza domy, ogranicza bądź pozbawia swobody przemieszczania się. W rezultacie działań izraelskich tysiące cywilów nie może znaleźć pracy, iść do szkoły, otrzymać pomocy medycznej. Ta arogancja wściekłość na Palestyńczyków są samobójcze – przyniosą jedynie coraz więcej cierpienia i nienawiści, dlatego też Szaron bezustannie przegrywa, a jego zbrodnie i rabunek nie są w stanie przynieść żadnego pożytku. Dla własnego dobra musimy wznieść się ponad bankructwo syjonizmu i nadal artykułować nasze własne przesłanie pokoju i sprawiedliwości. Choć to trudne, nie można tego zaprzestać. Gdy powstrzymają jednego z nas, na jego miejsce znajdzie się dziesięciu nowych. Oto probierz naszej walki – i najhaniebniejsza cenzura nie powstrzyma jej zwycięstwa.



Tłumaczenie: Paweł Michał Bartolik.

 
Mimo dużych zróżnicowań wewnętrznych, które w końcu stanowią jedno z wielkich bogactw galaktyki alterglobalistycznej, i wobec głównego niebezpieczeństwa, którym jest możliwość wszczęcia przez Stany Zjednoczone kolejnych wojen "prewencyjnych", cały wachlarz sił alterglobalistycznych, od najbardziej radykalnych po najbardziej umiarkowane, powinien połączyć swe siły. To jedyny sposób, aby w końcu zbudować ten inny możliwy świat, którego każda z tych sił gorąco sobie życzy.

Samir Amin
Reklama