Historia i współczesność Antyfaszyzm i antyrasizm Paweł Michał Bartolik, Protokoły Mędrców Mekki i Medyny. Pięcioaktówka z teatru absurdu
Paweł Michał Bartolik, Protokoły Mędrców Mekki i Medyny. Pięcioaktówka z teatru absurdu PDF Drukuj Email
Ocena użytkowników: / 1
SłabyŚwietny 
Historia i Współczesność - Antyfaszyzm i Antyrasizm
Wpisany przez PMB   
niedziela, 18 maja 2008 20:10

Oto jeden z najpopularniejszych współczesnych fast-foodów dla mózgu! Żydów, masonów i cyklistów zastąpili Arabowie, masoni i cykliści. Jedno tylko się nie zmieniło: wciąż nie brak kupujących najbardziej głodne kawałki matołów.

 

POZNAJ ŚNIADE ZAGROŻENIE


Wedle amerykańskiego Census Bureau (za: Yahoo news, 4 grudnia 2003 r.) w 1980 r. żyło w Ameryce 610000 Arabów, w 1990 – 860000, w 2000 – ok. 1200000. Około 60% z nich pochodzi z trzech krajów: Libanu, Syrii i Egiptu. O ile jednak wcześniej arabska imigracja pochodziła głównie z krajów, w których spory odsetek ludności stanowią chrześcijanie, coraz więcej pojawia się imigrantów z krajów o bardzo wyraźnej muzułmańskiej większości, jak Irak czy Jemen.


W żadnym z miast, którego populacja przekracza 100000 mieszkańców, Arabowie nie stanowią więcej niż 3,7% ludności. Dearborn, w którym stanowią oni ok. 30% mieszkańców, jest miastem 98-tysięcznym.

Wracając do wyników przedstawionych przez CB – w latach 1990-2000 w 280-milionowym USA co roku przybywało średnio 34000 Arabów (nieco powyżej 0,01% populacji Stanów!). Oto straszliwa nawała, którą straszy we Wprost nr 1094 (16 listopada 2003 r.) imć Henryk Grynberg.

Znaleźć tam można artykulik „Kryptoantysemityzm”, mimo skromnej objętości istny majstersztyk. Autor biada nad wynikami przeprowadzonego w UE sondażu, w którym 59% respondentów jako zagrożenie dla pokoju wymieniło Izrael – więcej, niż jakikolwiek inny kraj.


Przerażające! W każdym razie – zgroza dla naszego trefnisia: „[...] nawet ja nie przypuszczałem, że pół wieku po Hitlerze prawie dwie trzecie Europy podziela jego poglądy. Bo to przecież ten Europejczyk głosił, że Żydzi są największym zagrożeniem dla światowego pokoju. Ależ w ankiecie chodziło tylko o Izrael - powiedzą jak zwykle kryptoantysemici. Tak, ale tam żyje najwięcej Żydów [...].”


Pusty śmiech ogarnia – słowa Grynberga, wydrukowane w wysokonakładowym kolorowym tygodniku, w swym naiwnym infantylizmie pozostają po prostu rozbrajające. Ale o co przede wszystkim chodzi w bredniach (nawiasem mówiąc, nudnego jak flaki z olejem) Grynberga? Dość wiele mówią tu takie jego słowa: „Całe szczęście, że Izrael ma jednego wiernego obrońcę, ale i to może się zmienić, bo Żydów w USA nie przybywa, przybywa Arabów [...].” Język infantylnego kretynizmu przerasta w język stalinowskiego donosu: „Wyniki ankiety potwierdzają również potęgę mediów i skuteczność wrednej propagandy, którą czuć naftą i petrodolarami.”


Jakże dziś ów agent carskiej Ochrany, Nilus, zatytułowałby swój paszkwil? Warto zapytać o to tych, którzy reprezentują moralność złodzieja, krzyczącego „łapaj złodzieja!” Grynberg maskuje swój rasizm, oskarżając o takie postawy swych – zdefiniowanych a priori – politycznych przeciwników. Żaden europejski czy amerykański negacjonista bądź umniejszacz holokaustu Żydów nie pogardziłby taką propagandową zagrywką.


Jeszcze pikantniejsze potrawy zwykł pichcić polski tabloid o rekordowym nakładzie. „W hotelach w Warszawie pojawiło się wielu Arabów z walizkami wypchanymi dziesiątkami tysięcy dolarów.” „Wielkie zaniepokojenie wywołali Arabowie, którzy kręcili się parę dni temu po jednym z centrów handlowych stolicy, robiąc zdjęcia.” „Przeszukano mieszkania kilkunastu Arabów mieszkających w Polsce.” „W Opolu jest pięć rodzin muzułmańskich.” „Trzeba uważać na obcych.” To, wedle Wojciecha Czuchnowskiego (Gazeta Wyborcza, 31 grudnia 2003-1 stycznia 2004), nie „fragmenty ulotek powielanych na kserokopiarce przez skinheadów”, lecz cytaty z bulwarowego Faktu. Wywołują one oburzenie nawet przedstawiciela burżuazyjnego dziennika, który tuż wcześniej wsławił się prowojenną kampanią w momencie amerykańskiej agresji na Irak, i w którym opublikowano – bez cienia krytycznego komentarza – jadowicie rasistowski pamflet Oriany Fallaci.


Czuchnowski stwierdza z całkiem uzasadnioną pogardliwą ironią: „Już wiemy, kogo się bać. Wróg został zdemaskowany: ma czerniawą twarz, wyznaje islam, pieniądze nosi w walizce, zakłada nawet w Polsce muzułmańskie rodziny.”


Fakt i Wprost mają chyba wyższe nakłady niż antyżydowskie broszurki rozprowadzane w ramach serii Super-Tygrys...


CO JEST ŁATWE


Hermann Göring tak mówił na procesie norymberskim: „Oczywiście, zwykli ludzie nie chcą wojny, ale w końcu to przywódcy kraju określają politykę i zawsze łatwo jest pociągnąć za sobą ludzi, niezależnie, czy jest to demokracja, faszystowska dyktatura, parlament czy dyktatura komunistyczna. Mając głos czy go nie mając, ludzie zawsze mogą być podporządkowani przywódcom. To łatwe. Jedyne, co trzeba zrobić, to powtarzać ludziom w kółko, że są atakowani, oraz potępić pacyfistów za brak patriotyzmu i narażanie kraju na niebezpieczeństwo. To działa w każdym kraju.”


Starszych sierżantów sztabowych takiej walki propagandowej nietrudno znaleźć i w Polsce. „Dziś właśnie byliśmy świadkami kolejnego podpalenia meczetu w Holandii. Na jego murach napisano »rest in peace Theo« - Theo był Holendrem który ośmielił się skrytykować islam. Został za to zabity. Nie można krytykować »religii pokoju«. Nie można krytykować palestyńskich terrorystów” – pisał 15 czerwca 2005 r. główny administrator islamofobicznego portalu, uhonorowanego jako Złota Strona przez wspomniany już tygodnik Wprost.


„Islam w Polsce – kiedy pierwszy polski Theo Van Gogh zostanie zabity przez islamskiego radykała” – krzyczał nagłówek owego dziełka. Kolejny raz mamy do czynienia z odbijaniem piłeczki: materiał ów stanowił odpowiedź na krytykę (m.in. ze strony Viva Palestyna, jak również bliższej mainstreamu Arabia.pl) obecnych na jego portalu treści rasistowskich, o których poniżej. Leitmotivem jego wynurzeń pozostają próby utożsamienia własnej nienawistnej kampanii z walką o świat wolności i swobód przeciw totalitarnemu zielonemu zagrożeniu. Trzeba przyznać, mocny początek!


Oto bowiem człowiek zdający się być, gdyby przeczytać wszystkie akapity jego artykułu poza pierwszym, nieprzejednanym maksymalistą moralnym, tu, na samym wstępie, pozwala sobie zobrazować terrorystyczny atak na mniejszość wyznaniową jako akt protestu, oporu, coś, o czym nie można mówić nie rozumiejąc motywów sprawcy. Nieważne, że histeria antymuzułmańska w Holandii przerosła w serię podobnych haniebnych aktów przemocy. Nieważne, jak ma się to do „zachodnich wartości”, przywiązanie do których ów osobnik deklaruje: wolności słowa, sumienia, wyznania. Symbolika i kod językowy, którymi posługuje się autor, pozwalają bezwarunkowo przedstawić nawet podpalacza meczetu jako obrońcę wyższej cywilizacji, rycerza słusznej sprawy, dysponującego niezbywalną przewagą moralną nad „barbarzyńcami”. Oto hipokryzja: w zależności od tego, w czym ma się interes, pozwalać sobie naprzemiennie raz na najskrajniejszy relatywizm moralny, raz na iście kleszą pryncypialność!


„Wśród 20 tysięcy przybyszów z krajów arabskich i ich polskich sympatyków z radykalnej lewicy nie ma tolerancji. Jest jedna prawda i jedna świętość” – można dowiedzieć się od tego facecika. Skąd zatem – należy zapytać – na polskiej lewicy antykapitalistycznej i radykalnie reformistycznej, w owym ciągle niestety mikroskopijnym środowisku tyle sprzecznych ze sobą opinii, sporów, debat, wzajemnie się wykluczających postulatów programowych? Niestety, ludzie jego pokroju nigdy nie zdołają przyjąć do wiadomości, że różnice programowe między choćby trockistami a anarchistami świadczą o przyprawiającej o zawrót głowy różnorodności i bogactwie programów lewicowych, których burżuazyjny mainstream od wielu dziesięcioleci mógłby tylko pozazdrościć!


Człowiek, o którym piszę, raczył sugerować, że po drugiej stronie barykady, wśród radykalnej (i mniej radykalnej) lewicy spotkać można ludzi, którzy gotowi są urządzić istne auto-da-fe każdej publikacji w jakikolwiek sposób krytycznej wobec islamu. Nic tylko drżeć: wolność w niebezpieczeństwie!


Mogę tylko pęknąć ze śmiechu, gdy wspomnę tłumaczenia artykułów zagranicznych, jakie mam na koncie – choćby napisany przez członków Antyklerykalnej Grupy Roboczej z Salzburga, poświęcony sprawie Rushdiego esej „Bluźnierstwo to oświecenie”, czy napisany przez Davida Randa artykuł „Sąd nad Bogiem. Dziwny wszechświat homoseksualnego chrześcijanina”, gdzie możemy przeczytać: „Część kobiet dobrowolnie przyjmuje islam, najbardziej mizoginiczną z religii [...]”, wreszcie list otwarty Azar Majedi do Oriany Fallaci, która, krytykując ją za jej rozpasany rasizm, zaznacza zarazem, że wobec islamu pozostaje równie krytyczna jak autorka „Wściekłości i dumy”. Wszystkie te pozycje ukazały się na portalu Viva Palestyna.


„Bo warto się temu zamieszaniu przyjrzeć – czemu i kto krzyczy” – przekonuje tymczasem nasz milusiński. No właśnie.


Nie przyjmuję do wiadomości takiego jego argumentu: „Za co Eurojihad [taką nazwę nosiła wówczas owa strona] oburza naszych kochanych fundamentalistów i radykalną lewicę? Za krytykę doktryny islamu? Za przedstawianie niewygodnych hadisów i fragmentów koranu? Za przypominanie że życie proroka Mahometa nie wyglądało w pełni niewinnie a wojna była zajęciem któremu oddawał się z prawdziwą pasją?” Pisałem bowiem dotąd głównie nie o treściach prezentowanych na stronie, na której znaleźć można „Islam w Polsce...”, lecz o zarzucie pretendowania do jedyniesłuszności i narzucenia własnego obrazu świata przez zduszenie wszelkiej debaty. Gdyby tak miało być, czy możliwe byłoby ukazanie się wzmiankowanych materiałów na takim portalu jak Viva Palestyna? Odpowiedź narzuca się sama.


Media, w które autor kieruje ostrze swej krytyki, w żadnym momencie tekstu nie zostają sprecyzowane tak, by ich zbiór dał się jednoznacznie ustalić. Nie przeszkadza to jednak w miotaniu najwścieklejszych oskarżeń: media te celowo igrają z ogniem, zapewne pragnąc doprowadzić do tragedii podobnej do zamachów w Madrycie.


Dowiadujemy się o ludziach „promujących terroryzm oraz alterglobalistyczną wizję świata” – jedno i drugie zostaje z łatwością utożsamione. Wynika to z „prostej” wizji świata, jaką wyznają ci, w których wymierzony jest ten stek oszczerstw i zniesławień. I pozostaje mi przyznać, że wizja świata Busha, mówiącego: „albo jesteście z nami, albo z terrorystami” nie przemawia do mnie jako najwyraźniej nazbyt skomplikowana.


Autor nie wnika w motywy, dla których atakowani przezeń ludzie przyjmują takie a nie inne poglądy. „Potępienie dla polskiej polityki sojuszu z Waszyngtonem” – to pogląd „prosty”, bez względu na to, jak kompleksową argumentację może przedstawić jego zwolennik. Stanowisko antyizraelskie czy pewnie tym bardziej antysyjonistyczne to a priori „wściekły antysemityzm” i dogmatyzm. Wszystko to oznacza afirmację krwawego terroryzmu i nienawiść do Wielkiego Szatana.


Dalsze występy świadczą już o debilizmie i nikczemności prowadzącego uhonorowaną przez Wprost stronę osobnika – czytamy o ludziach działających „niczym agenci sowieckiego reżimu”, wspierani przez tych, którzy określani są mianem „użytecznych idiotów”. Zimnowojenna retoryka wykorzystywana w nieparalelnym konflikcie polityczno-ideologicznym: gdy nawet Samuel Huntington mówi o bezużyteczności starych paradygmatów!


Podobnie jak w wypadku Grynberga, tak i w tym trudno oczekiwać jakichkolwiek oporów przed posłużeniem się językiem kapusia. Oto „sprawdziliśmy”, kto ośmiela się występować przeciwko nam w sposób nieugłaskany: to ludzie „powiązani” – nie, nie związani – „z »viva palestyna« oraz »czerwonym kolektywem«”. Stąd jako islamofobia portretowane jest przedstawienie zdjęcia islamskiego fundamentalisty z kałachem w ręku. Totalitarny polit-popraw jak na dłoni!


O co tymczasem szło? Szło o następujące umieszczone na owej stronie enuncjacje: „Powiem tylko tak: jestem szczęśliwy, że nie ma u nas w Polsce - póki co - problemu z emigrantami z krajów arabskich. Pewnie wielu chciałoby nazwać mnie rasistą?? I mają rację!! Jestem rasistą i nie cierpię Arabów!! A jednocześnie uważam, że mam do tego prawo bo znam ich jak niewielu ludzi w Polsce.” Kto sprzeciwia się im jako rasistowskim, ten – zgodnie z przedstawianą logiką – pragnie posłać do Gułagu dzielnych obrońców wolności słowa.


Cytowane tu zwierzenia nie dadzą się zredukować do nieszczęsnego postu na forum dyskusyjnym: ich autor został w swoim czasie zaakceptowany na owym portalu jako jeden z administratorów. I tacy ludzie mają czelność oskarżać innych o rasizm!


Nie dziwi zatem, że autor „Islam w Polsce...” potrafi się serdecznie uchachać ze stwierdzeń o masakrze w Dżeninie na Zachodnim Brzegu, gdzie barbarzyńska soldateska Ariela Szarona posunęła się w kwietniu 2002 r. do jednego z najohydniejszych aktów destrukcji w historii wojen kolonialnych. Przecież kilkudziesięciu martwych Arabów to żadna masakra!


Może pobawimy się w podobne dywagacje nt. Jedwabnego? To dopiero się można serdecznie uchachać!


Dalej nasz doktryner pisze o szacunku dla polskich żołnierzy w Iraku. Dlaczego? Ot, dlatego, że to polscy żołnierze. Najwyraźniej autorowi bliższy jest etos Piusa XII, mówiącego o żołnierzach Wehrmachtu: „Oni przysięgli. Oni muszą być posłuszni” niż etos pastora Niemöllera. Werbalnie broni demokracji – obiektywnie jednak jego pisanina służy logice tępego posłuszeństwa rozkazom.


Nie jest człowiekiem z mojej bajki Herbert Spencer – pozwolę sobie jednak na przytoczenie jego słów: „Parę lat temu dałem wyraz swym odczuciom, antypatriotycznym odczuciom, można to tak nazwać bez wątpienia – w cokolwiek wstrząsający sposób. Było to w czasie drugiej wojny afgańskiej, gdy, starając się zrealizować to, co uważaliśmy za »nasze interesy«, najechaliśmy na Afganistan. Nadeszły wiadomości, że niektóre z naszych oddziałów znajdują się w niebezpieczeństwie. W Athenaeum Club znany wojskowy zwrócił mą uwagę na telegram zawierający tę wiadomość, i przeczytał mi ją w sposób wskazujący na to, że uznawał, że winienem podzielać jego niepokój. Zadziwiłem go odpowiedzią: »gdy ludzie stają się najemnikami, strzelającymi zgodnie z rozkazem do innych, nie pytając o słuszność ich sprawy, nie dbam o to czy sami nie zostaną zastrzeleni«.”


Krócej ujęli to na swym transparencie uczestnicy pewnej demonstracji antywojennej w którymś z krajów zachodnich: „Poprzemy naszych chłopców, gdy zaczną strzelać do swych oficerów.” To nie kwestia schadenfreude – to kwestia indyferencji wobec losu ślepo spełniającego rozkazy czy kierowanego nienawiścią do Arabów najemnika. Have I been understood?


Jeśli „użytecznym idiotą” ma być ten, kto nie nazwie terrorystą kogoś, kto atakuje żołnierzyka, z racji tego, że to polski żołnierzyk – za którym panny i podobni naszemu bohaterowi redaktorkowie sznurem – to bardzo mi przykro, ale ani myślę należeć do grona nie-użytecznych mędrców. Mam bowiem „prostą” wizję rzeczywistości.


Stąd też każdy, kto potrafi tylko straszyć możliwością ataku terrorystycznego ze strony jakiegoś arabskiego imigranta – wobec to którego zagrożenia wszelkie inne, nade wszystko zaś zagrożenia socjalne, po prostu się chowają – sprawia, że przypomina mi się szyderstwo Nietzschego z antysemitów: „Nie wpuszczać nowych Żydów! Zamknąć wrota zwłaszcza od wschodniej strony (i od strony Austrii)!” I jakże wzruszające są słowa wzmiankowanego typka, że jego krytyka islamu wypływa z jego troski o zachowanie chrześcijańskiego charakteru Europy! Przywołuje też nasz starszy sierżant sztabowy do posłuszeństwa, przypominając o obecności polski w NATO i Unii Europejskiej. Do szeregu marsz! Do tego szeregu maszeruje się obowiązkowo z racji chwalebnego wyzwolenia Polski spod czerwonego buta – ku bezrobociu, zagrożeniu socjalnemu, klechom w szkołach, rozpasanemu wyzyskowi takiemu jak ten w Biedronce i ku tragedii w Halembie!


Co tu wiele gadać, sposób, w jaki utożsamia się z fundamentalizmem Osamy ben Ladena wszystkich przeciwników polityki imperialistycznej, uprawianej pod hasłem „wojny z terroryzmem”, przywodzi na myśl najbardziej haniebne klisze propagandy stalinowskiej.


Zaś przypraw, służących upichceniu bardziej pikantnej potrawy, zawsze dostarczy nieocenione Przedsiębiorstwo Holokaust.


OPERETKA MAKABRY


Dobrze rzecz oddaje artykuł George'a Gurely'ego „The Rage Of Oriana Fallaci”, opublikowany 27 stycznia 2003 r. w The New York Observer. Czytamy w nim m.in.:


„Opowiadała, jak w kwietniu ubiegłego roku zadzwonił do niej Ariel Szaron, by pochwalić artykuł, który opublikowała we włoskim tygodniku »Panorama« nt. problemu europejskiego i arabskiego antysemityzmu.


Opowiadała, że odebrała telefon i rzekła: »Hej, Szaron! Jak się masz? Jesteś taki gruby?« Bo go znam. Szaron powiedział: »Oriano, dzwonię do ciebie, by powiedzieć: ‘Cholera, masz jaja; cholera, jesteś dzielna; cholera, dziękuję ci’.« Powiedziałam: »Ariel, ty mi dziękujesz, ja cię przepraszam. Byłam zbyt oschła dla ciebie dwadzieścia lat temu«. I był, jak zwykle, dżentelmenem.


Noc przed tym, jak zadzwonił telefon, miał miejsce atak na kibuc.


Powiedziałam: »Słuchaj, mój drogi, wiem, co stało się ostatniej nocy w tym kibucu. Pozwolisz, bym przekazała tobie i twemu narodowi me kondolencje?«. Szaron rozpłakał się. Nie wiem, nie widziałam łez. Lecz był to głos płaczącego człowieka, i zaczął krzyczeć: »Oriano! Jesteś jedyną osobą, która wypowiedziała słowo kondolencje. Wiesz, te cholerne głowy państw, właśnie rozmawiałem z Brytyjczykami i Amerykanami« – miał na myśli Blaira i Busha – »oni nie powiedzieli mi tego słowa«. I wtedy rzekł łamiącym się głosem: »Wiesz, kim byli zabici ostatniej nocy? Babcia, która była w Dachau i która ciągle miała numer na ramieniu. Kolejna była jej córka, w ciąży od siedmiu miesięcy. Trzecie było dziecko córki, miało pięć lat. I wszyscy nie żyją! Nie żyją! Nie żyją!« – płakał.


Wśród innych, niewinnych ofiar – ofiar kolonialnego reżimu, do którego głównych architektów należy wszak Ariel Szaron – nie znajdzie się (tacy jak Fallaci każą dopowiedzieć: jeszcze) babcia z wytatuowanym numerem. Choćby dlatego trudniej je sprzedać na targu szmirowatego agit-propu.


LA FALLACI DECAPITATA


Nieoceniony komik polityczny Bronisław Geremek stwierdził swego czasu: „W pewnym sensie rozumiem jej emocje. Fallaci jest przecież śmiertelnie chorym człowiekiem.”


Mówią, że walczą o demokrację, oświecenie i cywilizację. Ale w imię rzekomej obrony tych wartości gwałcą je wszystkie. Wszelkie uczucia, myśli, odczucia mają odejść w cień, zastąpione ustawionymi przez nich tablicami imperatywów. Wobec tych tablic nie liczy się nikt, w końcu nawet ci, którzy je ustawili. Prezentują dokładnie tę mentalność, którą przypisują palestyńskim zamachowcom-samobójcom: dowodzą tego tym bardziej, im głośniej krzyczą o jego dzikości i barbarzyństwie.


Każdego, kto przeciwstawia się ich obłędowi, pragną zniszczyć. Zachowują się przy tym jak dzieci, którym zgruchotano zabawkę – i rzecz jasna należy im życzyć, by mieli jak najwięcej po temu powodów.


19 stycznia 2006 r. otwarto w Mediolanie wystawę, na której zaprezentowano m.in. obraz 34-letniego Giuseppe Veneziano „Occidente, Occidente”, przedstawiający odrąbaną głowę Oriany Fallaci. Wedle artysty jest to „personifikacja zbiorowego strachu Zachodu przed Islamem”.

Veneziano nie spotkał się jednak ze szczególnym entuzjazmem. Reakcja fanów pisarki jest oczywista; jednakowoż niechętnie zareagował na obraz również zażarcie polemizujący z chomeinizmem Fallaci Dario Fo, określając pracę jako „zbyt mocną prowokację”. Unia Wspólnot i Organizacji Muzułmańskich we Włoszech (UCOII) również bardzo niechętnie przyjęła ekspozycję; jej przedstawiciele oskarżyli Veneziano, że szkodzi islamowi, upowszechniając taki właśnie jego obraz, jaki popularyzuje Fallaci.


Tak to skomentowano na jednym z polskich forów dyskusyjnych: „Jestem zaskoczony pozytywnie postawą muzułmanów. Trzeba powiedzieć, że są konsekwentni w tym co robią. Najpierw protesty w Danii, o obrażanie ich religii, a teraz protesty w obronie swego wroga. Trzeba przyznać, że jest to godne podziwu”.


Oczywiście, nie brak dosadnych stwierdzeń dotyczących kobiety chorej na raka i raka islamofobicznej nienawiści. Tak o niej 1 kwietnia 2006 r. pisze Islamophobia Watch: „Szczerze nam przykro z powodu jej stanu zdrowia; im dłużej Oriana Fallaci jest na tej ziemi tryskając swą brudną rasistowską trucizną, tym prawdziwe motywacje islamofobów są bardziej widoczne” (przypomina się Salvador Dali, który po tym, jak dowiedział się, że Franco ma raka, odparł: „Biedny rak!”).


I rzeczywiście, stara wariatka zaczęła grozić wysadzeniem w powietrze meczetu, mającego stanąć w Colle Val d'Elsa: „Nie chcę widzieć tego meczetu, to bardzo blisko mojego domu w Toskanii. Nie chcę widzieć minaretu wysokości 24 metrów w miejscowości Giotta, skoro ja w krajach muzułmańskich nie mogę nosić krzyżyka ani mieć Biblii. Jeśli będę dalej żyć, pojadę do przyjaciół w Carrarze, miasta marmurów. Tam jest wielu anarchistów: razem z nimi wezmę materiały wybuchowe i wysadzę ten meczet w powietrze”. Nic to, że Fallaci nie tak dawno grzmiała na alterglobalistów – jej zaciekła, chora nienawiść do świata „Orientu” każe jej o pomoc w ograniczaniu wolności wyznania w Europie zwracać się nawet do podmiotów kojarzonych z radykalną lewicą.


Ale spokojny i zrównoważony Geremek rozumie jej paroksyzmy...


Zapewne tym bardziej, że Oriana Fallaci mówi o byłych anarchistach.


Gdyby znana na cały świat dziennikarka, znana z wywiadów przeprowadzonych m.in. z Henrym Kissingerem, Lechem Wałęsą, Jaserem Arafatem, Arielem Szaronem i Ruhollahem Chomeinim oraz reportaży wojennych, zagroziła wysadzeniem synagogi, z pewnością po świecie rozległby się niesłychany krzyk oburzenia. Adamowi Michnikowi z pewnością nie byłoby wszystko jedno i nie rzekłby o kimś takim, że „może czasem zbyt przesadnie rejestruje nasze lęki i fobie. Ale to dziennikarka odważna, niezależna i z namiętnym stylem pisarstwa”. Wprawdzie naczelny Gazety Wyborczej nie ze wszystkim, co Fallaci pisze, się zgadza, lecz trudno znaleźć dziś ważnego publicystę, o którym mógłby tak powiedzieć.


Tymczasem w imieniu Oriany Fallaci, na jej prośbę, odebrał przyznaną jej (wedle fundatorów za odwagę w głoszeniu prawdy) nagrodę, Orła Jana Karskiego, którą w bieżącym roku poza nią otrzymał jeszcze Tygodnik Powszechny. To ustanowione przez kuriera rządu londyńskiego oznaczenie wcześniej otrzymali m.in. Jacek Kuroń, ks. Józef Tischner, Wiktor Juszczenko i Tadeusz Mazowiecki. Ten ostatni, obecnie, jak pozostali laureaci, w kapitule nagrody, rzekł: „To kontrowersyjna decyzja, więc nie byliśmy jednomyślni”.


Haniebny upadek Michnika i Mazowieckiego sprawia, że aż żal pisać o zdradzie rewolucji proletariackiej 1980 r. Rzecz świadczy też o reakcyjnym charakterze niemal całego kościoła rzymskokatolickiego w Polsce; kolektyw reprezentującego jego „umiarkowane” skrzydło Tygodnika Powszechnego nie tylko nie odmówił przyjęcia nagrody, którą wraz z nim uhonorowano osobę wypowiadającą nazistowskie opinie. Jego redaktor naczelny, „niekwestionowany autorytet moralny” ks. Jan Boniecki w takim kontekście potrafił jeszcze powiedzieć, że, jak to ujęła Polska Agencja Prasowa, „w jego rozumieniu odwaga, za którą tygodnik otrzymał nagrodę, polega na przeciwstawieniu się poprawności politycznej i schematom, które usypiają”.


Niepoprawne politycznie są dziś chyba Protokoły Mędrców Syjonu – Protokoły Mędrców Mekki i Medyny są jak najbardziej politycznie poprawne.


Co na to wszystko inny laureat Orłów, prof. Feliks Tych, szef Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie, badacz historii wielokulturowości i wielowyznaniowości Polski? Chyba pytanie o to, czy i jego dotknęła gangrena islamofobii, pozostaje pytaniem retorycznym.


Na forum internetowym „Gazety Wyborczej” ktoś zaproponował konsekwencję w działaniu: nagrodzenie Davida Irvinga bądź Stanisława Michalkiewicza, nadmieniając: „Wyżej wymienieni panowie w dziedzinie szerzenia nienawiści, kłamstwa, rasizmu i ksenofobii nie dorastają pani Fallaci do pięt. Widocznie Michnik jest wrażliwy tylko w jedną stronę, podobnie jak autorzy nagrody. Pisałem i będę pisał do znudzenia: zamieńcie w tekstach Fallaci muzułmanów na żydów, a potem spróbujcie to opublikować. Powodzenia!”.


Albo na chrześcijan. Rzecz jasna nie mieści się w granicach akceptowanych zachowań Michnika, Bonieckiego czy Mazowieckiego zachowanie przewodniczącego Związku Muzułmanów Włoch, Adela Smitha, który nazwał swego czasu wizerunek ukrzyżowanego Jezusa „ukrzyżowanymi zwłokami”, czy wedle innych tłumaczeń wręcz „ukrzyżowanym trupkiem”, i który wyrzucił krucyfiks przez okno sali szpitalnej.


Wedle pewnej anegdoty przedstawiciel plemienia ludożerców w Polinezji, dowiedziawszy się o grzebaniu trupów podczas drugiej wojny światowej, zakrzyknął z oburzeniem: „Tyle dobrego mięsa!”. Fallaci, która określa się jako „chrześcijańska ateistka”, należałoby niewątpliwie tę anegdotę opowiedzieć. Sprawia bowiem całym swym jestestwem, że, bez względu na to, czy to prawdziwa anegdota – z pewnością jest to legenda prawdziwa.


Nie wiem, czy Smith mówił kiedyś, że warunkiem stawiania kościołów w krajach arabskich jest swoboda kultu religijnego muzułmanów w Europie. Jeśli nie, miałby moralne prawo mówić o „ukrzyżowanym trupku” w kontekście zinstrumentalizowanego Jezusa, skarykaturalizowanego Jezusa, niby-Jezusa – pieska na smyczy Fallaci i jej podobnych.


Ów chrześcijański ateizm Fallaci pozostaje opium ludu i duszą bezdusznych stosunków – nie jest tylko krzykiem duszy w bezdusznym świecie, gdyż sam pozostaje bezduszny.


Na liście hańby – osób, które podpisały się pod listem solidarności z tą rasistką, znajdują się obecnie m.in. Henryka Bochniarz, ks. Adam Boniecki, Zbigniew Bujak, prof. Janusz Degler, Kamil Durczok, Władysław Frasyniuk, Grzegorz Gauden, prof. Bronisław Geremek, prof. Maria Janion, Bogdan Lis, Katarzyna Kolenda-Zaleska, prof. Stefan Meller, Tadeusz Mazowiecki, Adam Michnik, Jan Miodek, Piotr Najsztub, Monika Olejnik, Janusz Onyszkiewicz, Jerzy Pilch, Justyna Pochanke, prof. Adam Rotfeld, Barbara Skarga oraz Magdalena Środa. Nic dziwnego, że przy takich „autorytetach moralnych” – przywołując publicystę „Tygodnika Powszechnego”, Pawła Bravo, od obrońców Częstochowy po obrońców Parady Równości – w sondażu CBOS z grudnia 2005 r. 70% respondentów zadeklarowało niechęć do Arabów.


Z listy sygnatariuszy wycofał się Lech Wałęsa. Pozostałym brak nawet pospolitego rozsądku chłopka-roztropka.


FINIS MALORUM


Nie sposób orzec, co o śmierci Oriany Fallaci rzekłby Salvador Dali. Faktem bezspornym pozostaje jednakże, że spotkała się za życia z masowym poklaskiem.


Jeśli – załóżmy na chwilę – słusznie, znaczyłoby to: „Większość ludzi właściwie rozpoznaje obecne i nadchodzące zagrożenia. W takim razie w przyszłość należałoby patrzeć dość optymistycznie i obecny kurs naszej pięknej planety uznać za »z grubsza właściwy«.


Nierozsądna radykalna opozycja we wspaniałych oazach wolności jest w takim razie zmarginalizowana. Posiada wiele bastionów – skrajną lewicę i islamistów – są oni jednak już dobrze rozpoznani i w związku z tym należałoby mieć nadzieję na odnalezienie zadowalająco skutecznego remedium. Szczególnie po dalszym zbliżeniu oficjalnych elit Europy z Izraelem po wojnie w Libanie i pewnej dezintegracji środowisk kontestujących amerykańską doktrynę neokonserwatywną.


Są przecież wyraźnie słabsi. To oni ubiegają się o głos. Na przykład w Polsce list solidarności z Orianą Fallaci zyskał kilkadziesiąt razy więcej sygnatur niż list jej krytyków. Prawie każdy słyszał o Adamie Michniku, Bronisławie Geremku, Janie Miodku, Henryce Bochniarz, Tadeuszu Mazowieckim, Tomaszu Lisie czy Monice Olejnik. Niewielu słyszało o Zbigniewie Marcinie Kowalewskim – jeszcze mniej o Pawle Michale Bartoliku.


W wielu krajach Europy sytuacja jest gorsza, ale istnieją bastiony, dzięki którym można prowadzić skuteczną walkę z obecnymi problemami, rozszerzać ją zgodnie ze wskazaniami wielkich strategów takich jak Sun Zi czy Clausewitz. Wprawdzie ten drugi wskazał, że dyplomacja jest przedłużeniem frontu, co byłoby w sprzeczności ze stwierdzeniami Fallaci, ale dorobek którego wielkiego myśliciela nie wymagał korekt?


Słowem, nie ma co się przejmować głosami niesprawiedliwej krytyki, nawet jeśli momentami są bolesne.”


Jednakowoż, taki optymizm byłby przedwczesny. Oriana Fallaci była błędnym prorokiem.


Dowodem niesłuszności wielkiej części jej sądów było to, że stała po stronie ludzi, którzy mordowali i mordują – z równą zajadłością i o wiele skuteczniej niż Al-Kaida – w Iraku, Libanie, Palestynie. Tych bestialsko pomordowanych już nikt nie przywróci do życia.


Dowodem niesłuszności wielkiej części jej sądów jest to, że właściwie jawnie uznawała stwierdzenie: „Lepiej, żeby zginął jeden niewinny Palestyńczyk niż dwudziestu niewinnych Żydów”; z pewnością oburzyłaby się zaś na stwierdzenie: „Lepiej, żeby zginął jeden niewinny Żyd niż dwudziestu niewinnych Palestyńczyków”.


Dowodem niesłuszności wielkiej części jej sądów jest to, że złu w świecie arabskim i islamskim nadawała charakter ekskluzywny. Warto wspomnieć, że w ciągu ostatnich dziesięcioleci kilkudziesięciu procent wszystkich zamachów samobójczych na świecie dokonały... Tygrysy Wyzwolenia Tamilskiego Ilamu pod wodzą Vellupillaia Prabhakarana, bynajmniej nie muzułmanina.


Dowodem niesłuszności wielkiej części jej sądów jest to, że za główną przyczynę fali zamachów samobójczych, z którymi zmierzyły się społeczeństwa zachodnie, uznała islam, gdy np. wśród palestyńskich zamachowców-samobójców odsetek ateistów był zapewne większy niż wśród ogółu społeczeństwa.


Dowodem niesłuszności wielkiej części jej sądów jest stwierdzenie o cywilizacji, która w żaden sposób na świat Zachodu nie wpłynęła – a wszak na nią samą, człowieka Zachodu, wpłynęła tak przemożnie, że poświęciła jej swoje trzy ostatnie książki.


Dowodem niesłuszności wielkiej części jej sądów jest dobry gust wielu białych kobiet i mężczyzn, którzy poszli do łóżka z osobą pochodzenia arabskiego.


Itd. Ale po cóż jeszcze to ciągnąć?

 

Zobacz też:
Kogo bronią obrońcy Oriany Fallaci
Azar Majedi, Antyislamizm nie usprawiedliwia rasizmu. List otwarty do Oriany Fallaci
Paweł Michał Bartolik, Faszyzm we Włoszech: nowa odsłona

Zmieniony: wtorek, 20 maja 2008 07:39
 

Kiedy daję biednym chleb, nazywają mnie świętym. Kiedy pytam, dlaczego biedni nie mają chleba, nazywają mnie komunistą

Dom Helder Cámara biskup Recife i Olindy (Brazylia)

Reklama