|
Bańki mydlane ideologii, albo jak Fukuyama zderzył się z rzeczywistością Rok 1999. W Seattle rozpoczynają się obrady kolejnej rundy rokowań w ramach Światowej Organizacji Handlu czyli WTO. Przybyli wielcy tego świata, politycy przedstawiciele biznesu, jedynie słuszni eksperci ekonomiczni spod znaku neoliberalnej restauracji a’la Chicago boys, wreszcie media i etatowe autorytety intelektualne. Spotykają się oni by celebrować kolejny milowy krok w ustanawianiu ogólnoświatowego panowania wolnego rynku. Czyż można się zatem dziwić, że rokowania ochrzczono „skromnym” mianem Rundy Tysiąclecia? Jej efektem miał być prawdziwy skok w nową epokę, której emblematem stało się modne od paru lat słowo globalizacja. Wraz z jej urzeczywistnieniem dokonać się miał koniec dziejów zaplanowany dekadę wcześniej przez urzędowego myśliciela Białego Domu Francisa Fukuyamę. Oznaczało to zaś ni mniej ni więcej tylko osiągnięcie przez ludzkość optymalnej formy organizacji społecznej i gospodarczej. Zglobalizowany świat miał być nie tylko rynkowy i demokratyczny, ale także wolny od wszystkich plag dotychczasowej historii. Odrzuciwszy niebezpieczne utopie, bunty i aspiracje klas podporządkowanych obywatele zglobalizowanej wioski mieli oddać się przyjemnościom niezakłóconej konsumpcji i masowej rozrywki.
Tym razem jednak uśmiercona przez Fukuyamę i jego następców historia pokrzyżowała plany WTO. Powróciła na scenę w formie wielotysięcznej manifestacji sprzeciwu. Oto ci, którzy wedle miarodajnych rachunków ekonomistów i politologów winni tkwić przed telewizorami, a w najgorszym razie w kolejkach do kas hipermarketów ośmielili się powiedzieć „nie” rajskiej rzeczywistości, jaką w pocie czoła wypracowywali dla nich uczestnicy obrad WTO. Tym, co rzuciło się od razu w oczy co bystrzejszym obserwatorom była oszałamiająca wręcz różnorodność demonstrujących tłumów. Na ulicach Seattle zebrali się reprezentanci wszystkich niemal nurtów oporu przeciw panującej zasadzie rzeczywistości. Kogóż tam nie było? Związkowcy i studenci, feministki i obrońcy kultur lokalnych, radykalna lewica i ekologowie, bezrobotni i kontrkulturowcy, obrońcy praw człowieka i pacyfiści, solidarni z Trzecim Światem i amerykańscy farmerzy. Jednym, a do tego powszechnie zrozumiałym głosem przemówiły rozproszone dotąd dyskursy krytyczne. Było to o tyle zaskakujące, że od przynajmniej dziesięciu lat wydawały się one rozbrojone. Triumfujący kapitalizm zepchnął je do akademickich bądź subkulturowych nisz, a dominująca kultura postmodernizmu skazała dodatkowo na smętną wegetację w krainie wiecznej różnicy. To samo można powiedzieć o czołowych dysydentach, którzy stanęli na czele masowych protestów. Media głównego nurtu zapomniały już, że taka kategoria ludzi istnieje. Jeśli nawet ich dostrzegano to uważano, że zasługują co najwyżej na miano wyalienowanych intelektualnych frustratów, nie rozumiejących ducha nowych czasów bądź oderwanych od rzeczywistości poszukiwaczy rządowego spisku. W tym kontekście można sobie wyobrazić jaki szok wywołały tłumy wykrzykujące hasła wzięte wprost z tekstów Noama Chomsky’ego , Gora Vidala czy Williama Bluma. W ten jakże efektowny sposób na scenę historyczną wkroczył nowy podmiot. Stało się to przy wtórze policyjnych syren i rozrywających się granatów gazowych albowiem przerażone rozmiarami protestu władze lokalne i federalne ogłosiły w Seattle stan wyjątkowy i wsparły policję oddziałami Gwardii Narodowej wyposażonymi w pojazdy opancerzone. Najbardziej wstrząsające dla przyzwyczajonych do łatwych sukcesów neoliberalizmu mediów było jednak to, że owym niewdzięcznym tłumom udało się niemal dosłownie rozpędzić szanowne gremium, zrywając kolejną rundę rokowań WTO. Uważni obserwatorzy nie jednak już tak bardzo zaskoczeni. Wszak dwa lata wcześniej, w roku 1997 podobne wydarzenia miały miejsce w nieco mniej efektownych dekoracjach. Grupy internetowych krytyków wśród których wyróżniała się organizacja ukrywająca się pod kryptonimem Public Citizens Global Watch dotarły do tajnych dokumentów MAI czyli Wielostronnego Porozumienia o Wolności Inwestycji (Multuilateral Agreement on Investment) i opublikowały je w sieci. Akcja ta doprowadziła do prawdziwego trzęsienia ziemi po obu stronach Atlantyku. Po pierwsze postawiła pod znakiem zapytania wartość tak celebrowanej przez rządzące elity demokracji. Wyciągnięcie na światło dzienne tajnych rokowań, których celem było narzucenie rozwiązań mogących zasadniczo wpłynąć na życie obywateli krajów sygnatariuszy umów MAI pokazało, że pojęcie społecznej kontroli stało się we współczesnych demokracjach parlamentarnych wydrążoną z jakichkolwiek treści formą. Po drugie działania grupy Public Citizen Global Watch i całego mnóstwa podobnych organizacji wywołały poważną debatę nad linią polityczno-gospodarczą, która dotychczas pozostawała poza horyzontem zasadniczych wątpliwości. Neoliberalizm, który od czasów Reagana i Thatcher stał się ideologicznym wyznaniem, wiary całego kapitalistycznego establishmentu niezależnie czy reprezentował on prawicę czy lewicę stracił nagle nimb objawionej prawdy, której nie trzeba żadnych uzasadnień ani racji, bo sama stanowi rację ostateczną wszelkich działań przez ów establishment podejmowanych. Utrącając inicjatywę Wielostronnego Porozumienia o Wolności Inwestycji w samym zarodku nie tylko rzucono wyzwanie świętym zasadom wolnego rynku, ale przede wszystkim objawiono ich zupełnie nieświętą genezę i takiż charakter. Nie skończyło się jednak na dwóch incydentach. Wszyscy, którzy mieli nadzieję, że w kwestii MAI i obrad WTO w Seattle doszło jedynie do jakiegoś społecznego krótkiego spięcia, do jakiejś lokalnej czkawki po roku 1968 stracili ją gdy przez świat zaczęła się przewalać fala protestu. Po Seattle elity globalnego kapitalizmu musiały coraz częściej rozstawać się z dobrym samopoczuciem. Psuto im je wszędzie tam, gdzie odbywały się zjazdy światowych decydentów. W Waszyngtonie, Nicei, Davos, Pradze, Goeteborgu, Genui, Cancun... Cóż się takiego stało? Dlaczego w dziesięć lat po pokonaniu swego systemowego rywala zwanego Blokiem Wschodnim światowy kapitalizm stał się celem tak niewybrednych ataków i to w dodatku ze strony tych, dla dobra których rządzące elity przeprowadzały wszystkie te restrukturyzacje i deregulacje, o których trąbią wciąż serwisy informacyjne? Czy był to tylko szum sztucznie podsycany przez rządne nowych tematów media, czy też globalny porządek rzeczywiście znalazł się na zakręcie?
Opium globalizacji Polskie życie publiczne nie cierpi od nadmiaru inteligencji. Jeżeli nawet są od tej reguły wyjątki, to z pewnością próżno by szukać ich wśród polityków i dziennikarzy. Trwająca od jakiegoś czasu debata o globalizacji w swym nadwiślańskim wydaniu daje wystarczająco dużo dowodów, aby oczyścić obydwie te grupy od zarzutu przeintelektualizowania. Prawdę powiedziawszy obraz globalizacji, jaki wyłania się z enuncjacji demokratycznie wybranych reprezentantów narodu oraz relacji tzw. wolnych mediów sugeruje coś wręcz odwrotnego. Pojęcie to pojawiło się mniej więcej pięć lat temu, za sprawą wspomnianych manifestacji w Seattle. Niemal natychmiast nowe hasło stało się przebojem używanym bez umiaru w wielkonakładowej prasie. W spragnionych nowych słów-gadżetów mediach globalizacja zastąpiła mocno już zużyte i skompromitowane kategorie w rodzaju postmodernizmu czy końca historii. Także i sposób, w jaki słowo to funkcjonuje w dyskursie publicznym nie różni się specjalnie od przejawów kulturowych mód podlegających banalizującej logice przemysłu pop. Gdyby wsłuchać się w głos prominentnych uczestników sceny polityczno-kulturalnej III RP należałoby potraktować globalizację jako coś w rodzaju dopustu, czy też jak kto woli daru bożego. Jak wszystko co boskie zjawiła się nagle, spadając na nasz padół z niebiańskich wysokości. Tak jak inne pojęcia z firmamentu poprawnej politycznie publicystyki globalizacja jest bytem idealnym. Podobnie jak wolny rynek czy prywatyzacja pretenduje do samooczywistości i niczym słowo klucz otwierać ma bramy do absolutnej prawdy o świecie. Nie trzeba jej usprawiedliwień, genezy ani broń boże jakichkolwiek ocen. Dla większości lokalnych autorytetów i ekspertów globalizacja jest po prostu tym samym co postęp technologiczny. W wydaniu polityków wiara ta objawia się cokolwiek karykaturalnie. Dla nich globalizacja to po prostu telefony komórkowe, telewizja satelitarna, postępująca komputeryzacja, turystyka międzynarodowa i rozwój sieci internetu. Tak właśnie przedstawiają problem liderzy największych ugrupowań parlamentarnych. Co ciekawe, celują w tym działacze oficjalnej lewicy, którzy najwyraźniej uważają, że proglobalizacyjny entuzjazm może być kolejnym dobrym sposobem uwiarygodnienia na liberalnych salonach warszawki. Po antyglobalizacyjnych demonstracjach w Genui słynący z patetycznych oświadczeń premier Cimoszewicz poczuł się w obowiązku pryncypialnie potępić przemoc protestujących (sic!) w telewizyjnym studiu oświecając przy okazji zgromadzoną przed odbiornikami publiczność co do korzyści jakie spływają na nią za sprawą komputeryzacji i rozwoju technologii telekomunikacyjnych. Nie wymagajmy jednak zbyt wiele od polityków skoro tzw. intelektualiści wpadli na pomysł utożsamienia globalizacji li tylko z zalewem hollywoodzkiej popkultury zaś całkiem niedawno pewien osobnik podający się za eksperta ekonomicznego z całą powagą stwierdził, że jest ona tak samo nieuchronna jak codzienne wschody i zachody słońca. Przekonanie o tożsamości telewizji satelitarnej i globalizacji ma dokładnie taka samą wartość jak stwierdzenie, iż kolonializm to samo co sklepy kolonialne zaś faszyzm to ni mniej ni więcej tylko volkswageny. Z pewnością na tym gruncie nie da się ani opisać ani zrozumieć procesów ekonomicznych, które naprawdę ukrywają się pod chwytliwym mianem globalizacji. Podejście to, choć ignoranckie, fałszywe i bezdennie głupie ma wszelako jedną poważną zaletę, która sprawia, że nasz establishment jest do niego tak przywiązany i zapewne także w przyszłości będzie się go kurczowo trzymał. Rozbraja ono mianowicie wszelką racjonalną krytykę. Redukcja globalizacji do nieuchronnych procesów cywilizacyjnych pozwala zdyskredytować jej przeciwników o wiele skuteczniej niż przy pomocy policyjnej przemocy, po którą skondinąd w walce z nimi bardzo chętnie się sięga. Czyż bowiem ktoś o zdrowych zmysłach przeciwstawiałby się postępowi? Czy można zgodzić się z przeciwnikami rozwoju technologicznego? Czyż można wreszcie brać poważnie antyglobalizm ludzi którzy sami korzystają z dobrodziejstw globalizacji? W szczerym przekonaniu polskich publicystów antyglobaliści to w najlepszym razie ludzie niepoważni, chcący zawracać kijem bieg rzeki historii albo, co gorsza odebrać zdrowej większości narodu rozkosze korzystania z usług telefonii komórkowej i stołowania się u Mcdonaldsa. Korzyści płynące z rozpowszechniania globalizacyjnej religii są zatem niebagatelne. Niczym klasyczne opium dla ludu pozwala ona dobrze ukryć rzeczywiste interesy rzeczywistych klas stojące za rzekomą koniecznością dziejową. Zapewne beneficjenci globalnego systemu liczą, że po latach rozmiękczania zachodniego rozumu roztworami z różnych postmodernizmów, new age'ów i reewangelizacji może się ona stać niezłą startegią propagandową. Problem w tym, że nawet w szczególnie podatnej na podobne manipulacje nadwiślańskiej ojczyźnie papieża Wojtyły jest coraz mniej ludzi, którzy wierzą, iż grożące im piekło bezrobocia, nędzy i przemocy to konieczne koszty postępu na drodze do zglobalizowanego raju. *** Globalizacyjna mitologia rozwija się jednak nie tylko w mediach. Gdyby ograniczała się do nich można by ją było być może zaliczyć do jednej z wielu pseudointelektualnych mód lansowanych przez przemysł rozrywkowy. Tymczasem w latach 90. minionego wieku wyrosła ona na bodaj najważniejszą ideologię współczesnego kapitalizmu. Oczywiście także w jej wyrafinowanej wersji spotykamy to samo przesłanie, które artykułują politycy i masowe media. Niemniej teoretyczna, a nierzadko nawet krytyczna fasada w jakiej globalizacja funkcjonuje w dyskursie współczesnych nauk społecznych sprawia, że warto potraktować ją odrębnie. Wśród poważnych analityków dominują z grubsza biorąc dwa ujęcia. Pierwsze i bardziej popularne sprowadza się do przekonania o tożsamości globalizacji i uniwersalizmu oraz narzuca perspektywę, którą trzeba nazwać kulturalistyczną. Drugie podejście koncentruje się na analizie mechanizmów rynkowych i karze sytuować problematykę globalizacyjną w obrębie dyskursu akademickiej ekonomii. Afirmatywny charakter tych koncepcji nie polega na bezkrytycznym przekonaniu o zbawiennym wpływie globalizacyjnych procesów na życie ludzkości, ale na przyjęciu milczącego założenia, że ich społeczna treść w rzeczywistości odpowiada pojęciowemu określeniu. Fast Food dla wszystkich Założenie takie łączy na przykład ujęcia dwóch tak różnych a zarazem chcących uchodzić za krytycznych intelektualistów jak Benjamin Barber i Zygmunt Bauman. „Dżihad kontra Mcświat” Barbera i „Globalizacja” Baumana niezależnie od swego krytycznego charakteru zawierają cały asortyment globalizacyjnych mitów. Obaj autorzy eksponują znaczenie wspomnianego już skoku technologicznego. Obaj też skłaniają się w stronę kulturalizmu. Rzecz jasna nie ignorują całkowicie ekonomicznego aspektu zachodzących na świecie procesów. Przeciwnie podkreślają znaczenie tego co znany ekonomista ze Stanfordu Paul Krugman nazywa pogodzeniem się rządów „z systemem, który pozwala rynkowi na uzyskanie hegemonii” (cyt. za B. Barber „Dżihad kontra Macświat”, s.308). Świadomość ekonomicznego wymiaru globalizacji nie zmienia jednak teoretycznych założeń proponowanej przez nich perspektywy. Zgodnie z nim autorzy ci kładą zatem nacisk na kulturowy wymiar analizowanych zjawisk, a ponadto w sferze szeroko rozumianej kultury poszukują najważniejszych przesłanek i genezy globalizacyjnej fali. W wypowiedziach Barbera i Baumana znajdziemy zatem refleksję nad postępującą gwałtownie uniwersalizacją kulturową. Globalizacja oznacza tu przede wszystkim rozkwit i upowszechnienie rzekomo najbardziej demokratycznej amerykańskiej kultury masowej. Ekspansja Hollywood, Disneya, MTV i Ruperta Murdocha skutecznie wdziera się w ikonosfery kultur lokalnych podporządkowuje je jednemu, i odtąd jedynie dopuszczalnemu językowi symbolicznemu. Na poziomie życia codziennego odpowiada temu kariera skrajnie konsumpcyjnych wzorców egzystencji. Odbywa się tu proces, który amerykański socjolog George Ritzer nazwał dobitnie macdonaldyzacją społeczeństwa. Oznacza ona nie tylko rozwój fast foodów, które niszczą tradycyjne smaki i tradycyjną kulturę jedzenia zastępując ją taśmowym pochłanianiem kulinarnych erzatzów. Fast food stał się symbolem i modelem całego życia konsumenta. Ten ostatni z kolei wypiera dawnych obywateli, a wraz z nimi zmacdonaldyzowane społeczeństwo wyzbywa się sporów, debat, wspólnych przedsięwzięć, solidarności klas podporządkowanych, wymiany myśli, czyli wszystkiego tego co wypełniało przestrzeń publiczną mieszczańskiej demokracji. Zindywidualizowany, odspołeczniony konsument nie potrzebuje już nawet tradycyjnych przestrzeni miejskich z parkami, ławkami, chodnikami, ogródkami kawiarnianymi. U siebie czuje się za to w gigantycznych centrach handlowych i parkach tematycznych z ich piętrowymi parkingami, zadaszonymi alejami, zapachem popcornu i górami towarów z promocji. Zamiast tracić czas na dokonywanie wyborów między prawicą a lewicą korzysta ze szczęsnego daru wolności decydując się na zakupy raczej Wal-Mart-cie niż Auchan, wrzucając do koszyka taki a nie inny z dostępnych na supermarketowych półkach stylów życia. Przerobienie całego świata w jeden wielki hipermarket oraz opór śmiertelnie zagrożonych tym procesem kultur lokalnych mają wyznaczać ramy globalizacyjnej dialektyki. Z jednej strony wygenerowany przez kulturowy przemysł Macświat z drugiej zachowawczy, przywiązany do lokalności i marzący o kulturowej autarkii dżihad to z grubsza biorąc dwie strony globalnej barykady. Niezależnie od dramatycznego przebiegu starcia tych dwóch sił wynik konfrontacji jest z góry przesądzony. Nie da się zatrzymać biegu historii, nawet jeśli jej rozpędzony walec miałby zgnieść rzeczy naprawdę wartościowe. Nie pomogą tu żadne utyskiwania nad niepowtarzalnością dziedzictwa kulturowego poszczególnych narodów czy grup etnicznych. Wszak to także ich przedstawiciele przedkładają coca-colę, rap i filmy ze Schwarzeneggerem nad ich lokalnych konkurentów. Natura ludzka, a właściwe jej słabości, okazują się zatem najlepszym sojusznikiem globalizacji. Najzagorzalsi jej rzecznicy w rodzaju słynnego felietonisty New York Times’a Thomasa Friedmanna przekonują, że przy wszystkich pojawiających się przy okazji problemach ta gra warta jest świeczki. Wprawdzie macdonaldyzacja świata odbywa się na zasadzie zgodnie z którą gorszy pieniądz wypiera lepszy, ale wszystko wskazuje na to, że taka jest cena jaką trzeba zapłacić na drodze do urzeczywistnienia nowej postaci uniwersalności. Bo przecież obok triumfu kultury masowej globalizacja to także kurs na zniesienie granic, a zatem obalenie barier między narodami i gospodarkami. Niczym w znanej przepowiedni Alvina Tofflera proces ten przyniesie powstanie jednej globalnej wioski, w ramach której zapanuje praworządność a nacjonalizm i nierówności ekonomiczne nieodwołalnie przejdą do historii. Uniwersalizacja polityczna będzie naturalnym dopełnieniem przezwyciężenia ostatnich archaicznych barier celnych, jakie jeszcze tu i ówdzie blokują rozwój wolnego rynku. Niewidzialna ręka zadba o sprawiedliwe, czyli promujące przedsiębiorczych alokowanie zasobów. Emancypacyjna moc mechanizmów rynkowych zabezpieczy społeczeństwa przed zachłannością fiskusa i wszelkimi pokusami etatyzmu. Organiczny związek rynku i demokracji sprawia, że globalizacja stanie się najlepszym sposobem na upowszechnienie wysokich standardów praw człowieka, które dotychczas poświęcano na ołtarzu suwerenności narodowego państwa. Odesłanie tego ostatniego do lamusa historii doprowadzi w konsekwencji do ustanowienia trwałego pokoju w skali światowej oraz ograniczenia przestępczości i przemocy w poszczególnych krajach. Zauroczeni krytycy Z innym wydaniem tej samej wiary w zbawienne skutki globalizacji mamy do czynienia w dyskursie ekonomistycznym. Trzeba mu oddać sprawiedliwość - jest on bowiem nieporównanie bliższy rzeczywistości i bardziej szczery od swego kulturalistycznego konkurenta. Rozwijają go przecież gremia w rodzaju tych, które zebrało się w San Francisco w hotelu Fairmont we wrześniu 1995. Na zaproszenie Michaiła Gorbaczowa przybyło wówczas 500 osób z Margaret Thatcher, Georgem Bushem starszym, Georem Schultzem, Tedem Turnerem, Davidem Packardem , Jeremym Rifkinem i Zbigniewem Brzezińskim na czele. Szacowne towarzystwo obradowało kilka dni, aby na koniec oznajmić światu, że przyszłością kapitalizmu jest stworzenie społeczeństwa wedle formuły 80/20. Oznacza to, że w niedalekiej przyszłości gospodarka będzie potrzebowała tylko 20% populacji zdolnych do pracy, aby działać sprawnie. Reszta tzn. 80% skazana jest na bezrobocie. Prognoza ta zaprezentowana została przy tym niemalże w formie dobrej nowiny. Dla tych, którzy nie będą mogli wsiąść do rozpędzonego pociągu dla uprzywilejowanych posiadaniem stałego zajęcia przewidziano wszak danie składające się z „mieszanki z odurzającej rozrywki i wystarczającej ilości pożywienia” pozwalające „jakoby sfrustrowaną ludzkość utrzymać w ryzach” (Martin, Schumann, „Pułapka globalizacji”, ss. 8-9). Pozostałe elementy tej układanki miały być jeszcze bardziej ponętne. Mieszanka krytyki, autentycznego przerażenia i równie szczerego podziwu dla potęgi uwolnionego z państwowych pęt rynku stanowi główne przesłanie dające się odczytać z ekonomistycznych analiz w rodzaju tych wypełniających prace George’a Sorosa, Josepha Stiglitza, Jeffrey’a Schsa czy Johna Graya. Autorzy, którzy jeszcze kilka lat temu byli głównymi rzecznikami najostrzejszego kursu na prywatyzację, restrukturyzację i globalizację dzisiaj radykalnie zmienili ton. Wszelako prezentowany przez nich krytycyzm wpisuje się znakomicie w to, co Karol Marks nazywał ideologią ekonomii politycznej. Wydaje się, że mamy tu do czynienia z jej klasycznym wydaniem. W analizie globalizacji, zupełnie jak w czasach autora „Kapitału” fetyszyzuje się abstrakcyjne, oderwane od konkretnej rzeczywistości kategorie ekonomiczne obdarzając je samodzielną egzystencją, cechami i właściwą im dynamiką rozwojową czyniąc wrażenie jakby istniały poza swą społeczną treścią. Nawet jeśli analizie czysto ekonomicznej towarzyszy opis społecznych konsekwencji rozwoju różnych trendów w gospodarce nie zostaje on włączony ale ledwie dołączony do głównego nurtu analizy. Stanowi raczej efektowny ornament niż treść ekonomistycznych wywodów. Zakładana z góry autonomia rynku, cyrkulacji walorów finansowych i w ogóle gospodarki oraz opisujących ją kategorii ekonomicznych decyduje o tym, że pozornie krytyczne wypowiedzi w rzeczywistości spełniają funkcję afirmatywną. Dzieje się tak nawet wówczas, gdy Soros pisze, że wolnorynkowy fundamentalizm groźniejszy jest od komunizmu. Zarzut ten można postawić obfitej literaturze, której autorzy chcą uchodzić, i często się im to udaje, za bezlitosnych krytyków aktualnej postaci kapitalizmu. Sztandarowym przykładem jest tu wspomniany już George Soros, którego prace znane są także w naszym kraju. Oddzielając globalizacyjną formę od ludzkiej treści autorzy tacy jak amerykańsko-węgierski magnat finansowy, ukazują procesy zachodzące w dzisiejszej gospodarce jako coś nie tylko zupełnie autonomicznego względem interesów i interwencji państwa oraz klas rządzących, ale i zupełnie nowego (przynajmniej na taką skalę) w dotychczasowej historii gospodarczej. Oczywiście globalizacja się im nie podoba. Jej grzechem jest jednak tylko to, że destabilizuje rynki, zaostrza konkurencję, obala dotychczasowe reguły biznesu, a zatem stanowi zagrożenie dla wszelkich prognoz dotyczących ewentualnych zysków przedsiębiorstw. Co więcej ograniczając możliwości ustabilizowania sytuacji podrywa fundamenty działania wielkich korporacji, których ekspansję wcześniej umożliwiła. Proponowane przez liberalnych ekonomistów, którzy przejrzeli na oczy panacea odpowiadają tej wizji. Nie wykraczają one poza mieszaninę moralizatorskich napomnień udzielanych zarządom korporacyjnym oraz pomysły większego zaangażowania środków publicznych dla ochrony i gwarancji dochodów wielkich firm. O ile pierwszy z tych pomysłów w ogóle nie zasługuje na uwagę, to w drugim przypadku ujawnia się cała sprzeczność podejścia ekonomistycznego. Walka z globalizacją na miarę Sorosa czy Sachsa musiałaby bowiem wyglądać jak działania podjęte przez międzynarodowe instytucje finansowe podczas słynnego krachu meksykańskiego w roku 1994. Bank Światowy, Międzynarodowy Fundusz Walutowy i amerykański rząd wyasygnowały wówczas aż 50 mld. dolarów w celu ratowania zagrożonych zysków wielkich giełdowych funduszy inwestycyjnych. Operacja ratunkowa za którą zapłacili podatnicy z USA i Europy zachodniej zakończyła się spektakularnym sukcesem, z tym drobnym wyjątkiem, że przywrócenie dobrego samopoczucia inwestorów kosztowało meksykańskich pracowników obniżeniem ich dochodów o 50%, bankructwo kilkunastu tysięcy firm oraz wyrzucenie na bruk ponad pół miliona ludzi. Oczywiście celem jest uniknięcie podobnych, zdecydowanie zbyt kosztownych i podejmowanych ad hoc działań. Wszelako tak naprawdę jedyna różnica, jaka wyłania się z ujęć nawróconych neoliberałów polega na tym, że chcieliby oni ustanowić taki międzynarodowy ład finansowy, który nie zrywając z kapitalistycznymi pryncypiami łagodziłby skutecznie konsekwencje wynikające z ich wcielania w życie. Koncepcję te można nazwać ratunkowym keynesizmem. Miałby on działać permanentnie dla ograniczenia skutków globalizacji systemu bez naruszania strukturalnych przyczyn owej globalizacji. Jego przeznaczeniem byłoby zatem zapewnienie miękkiego lądowania firmom giełdowym bez konieczności zasadniczego zerwania z praktykami neoliberalnymi. Politycznym odpowiednikiem winno zań być coś co mgliście acz szlachetnie nazywa się globalnym społeczeństwem otwartym. Drogą do realizacji tego planu ma być przy tym ni mniej ni więcej tylko moralne przebudzenie przedsiębiorców i rządzących elit. Ten ostatni aspekt najlepiej pokazuje ile warte są krytyki i koncepcje tych rzekomo stojących twardo na ziemi autorów. * * * Obraz globalizacji, jaki wyłania się z wszystkich tych dyskursów ukazuje ją jako proces fascynujący i przerażający zarazem, jako obraz przyszłości, za którą trzeba będzie zapłacić pewną, wcale nie tak małą cenę, ale której nadejście zrekompensuje nam wszystkie niedostatki i dolegliwości zaciskania pasa, przede wszystkim jednak jako coś absolutnie wyjątkowego i niemożliwego do zatrzymania. Kłamstwo zawarte zarówno w kulturalistycznej, jak i ekonomistycznej teorii globalizacji nie polega na tym, że przedstawiają one nieprawdziwy obraz sytuacji, ale na tym, że obraz ten jest niepełny. W tym sensie obydwa te ujęcia zasługują na miano klasycznych ideologii w znaczeniu, jakie nadał temu pojęciu Louis Althusser. Co prawda ukazują one istotne elementy otaczającej nas rzeczywistości, ale fałszują obraz naszego do owej rzeczywistości stosunku i w konsekwencji nie są zdolne do uchwycenia jej całokształtu ( zob. L. Althusser „Ideologie i aparaty ideologiczne państwa”). Wbrew pozorom wyjście nie tkwi zatem w prostym połączeniu persepektywy kulturalistycznej i ekonomistycznej, ale w ich całkowitym odrzuceniu. Tylko tak możliwe jest bowiem przezwyciężenie ograniczeń które są im wspólne. Niezależnie od tego czy ujmować będziemy globalizację jako zjawisko czysto ekonomiczne czysto kulturowe czy też kulturowo-ekonomiczne ignorujemy aspekt społeczny, który jest kluczowy zarówno dla jej historycznej genezy jak i funkcji spełnianej w ramach istniejącego porządku. Dopiero ukazana w świetle stosunków społecznych globalizacja zostaje zwrócona historii. Dopiero jako proces historyczny staje się fenomenem podatnym na ludzką interwencję. Bez tego zaś pozostajemy na poziomie skutków jej rozwoju, owszem bardzo efektownych, ale jednak tylko skutków. Przeznaczenie kapitalizmu O ile jednak establishmentowi mędrcy widzący globalizację tam, gdzie pojawiają się zaledwie jej odległe skutki zasługują na pogardę lub co najwyżej politowanie, to samo pojęcie jak i fakt, że stało się ono szczególnie nośne dziś domagają się najwyższej uwagi. Nie jest przypadkiem, że w ciągu minionej dekady globalizacja stanęła na porządku dnia. stało się tak ponieważ warunki jakie zapanowały po roku 1989 gwałtownie spotęgowały jej konsekwencje odczuwane przez społeczeństwa całego świata. Mamy dziś mianowicie do czynienia z sytuacją, którą Róża Luksemburg opisywała jako stan wyczerpania się energii rozwojowych systemu w momencie jego triumfu. Procesy, które przed rokiem 89 blokowane były wymogami rywalizacji supermocarstw ujawniły się w całej okazałości po zwycięstwie jednego z nich. Dzisiejszy kapitalizm z turbodoładowaniem nie wynalazł wprawdzie globalizacji jednakże posiadł zdolność do niesłychanie brutalnego narzucania światu jej neoliberalnej postaci. Mamy do czynienia zarówno z rosnącą dynamiką polaryzacji między centrum a peryferiami światowego systemu jak i z narastaniem sprzeczności w obydwu jego segmentach. Nie notowany nigdy wcześniej wzrost nędzy w Trzecim świecie, obniżenie o 50% PKB krajów Afryki i Ameryki Łacińskiej, powrót chorób, które w końcu lat 70. uznano za zwalczone, postępująca korupcja państwa przez kapitał skutkująca dramatycznym zawężeniem politycznego spektrum demokracji mieszczańskiej, polaryzacja społeczeństw bogatych, zanik klasy średniej, która przez kilka dekad była stabilizatorem systemu, wzrost represyjności wyrażający się powszechną w krajach anglosaskich kryminalizacją nędzy oraz jej eksterminacją na biednym południu zachodniej półkuli, rosnące bezrobocie i deregulacja pracy, obniżanie płac realnych to tylko najbardziej rzucające się w oczy konsekwencje neoliberalnej restrukturyzacji gospodarek. Już tylko ten, wielce przecież niekompletny katalog pozwala na stwierdzenie, że stoimy przed zasadniczą alternatywą socjalizm albo barbarzyństwo. O ile skutki tych tendencji z wolna przenikają do opinii publicznej nawet w III RP to przyczyny w dalszym ciągu pozostają okryte mgłą tajemnicy na podobieństwo fetyszyzmu towarowego przed jego Marksowską demaskacją. Tymczasem zarówno zachodzące dziś procesy ekonomiczne jak i narastająca w skali międzynarodowej ich kontestacja domagają się przejścia od wyliczania kapitalistycznych grzechów, naiwnego moralizowania i jeszcze bardziej naiwnych apeli pod adresem możnych tego świata, do poszukiwania uwarunkowań coraz bardziej nieznośnego stanu rzeczy. Ruch taki stanowi zarazem zasadniczą przesłankę wypracowania krytycznej, a zatem naprawdę godnej miana teorii globalnego charakteru systemu. Jej punktem wyjścia musi być zerwanie z globalizacyjnym fetyszyzmem zaśmiecającym zarówno publicystykę jak i wypowiedzi wielu przedstawicieli nowych ruchów antysystemowych. Niezależnie od dramatycznych okoliczności, które stały się udziałem miliardów ludzi w ostatnich latach stwierdzić wypada, że globalizacja jest co najmniej tak stara jak kapitalizm. Stąd wszelkie próby zrozumienia procesów się na nią składających z konieczności muszą stanąć wobec potrzeby zmierzenia się z naturą tego systemu w ogóle. W takiej sytuacji na aktualności zyskują jego klasyczne ujęcia. Nic w tym zaskakującego, bo o międzynarodowym charakterze tego systemu pisali zarówno Adam Smiths jak i Karol Marks tak wspomniana już Róża Luksemburg jak i Lew Trocki. To właśnie obalanie granic etnicznych, kulturowych i politycznych stanowiło dla wszystkich tych myślicieli cechę wyróżniającą kapitalizm na tle innych ekonomicznych formacji społeczeństwa. Praktyczne konsekwencje tego odkrycia bez trudu da się odnaleźć w programach najradykalniejszych nurtów rewolucyjnej lewicy minionego stulecia. Bez wielkiej przesady można powiedzieć, że leninowska teoria imperializmu jako najbardziej zaawansowanej fazy rozwoju kapitalistycznego sposobu produkcji była jedną z pierwszych prób sformułowania politycznego programu antyglobalizacyjnego. Z kolei teza Trockiego o niemożliwości zbudowania socjalizmu w jednym kraju stanowiła konkretne zastosowanie tego programu. Nota bene właśnie w politycznej praktyce autora "Zdradzonej rewolucji" widać najlepiej, że rewolucyjnej kontestacji nie podlega sam fakt uniwersalizacji, ale jej konkretna forma historyczna. W latach 60., pod wpływem procesów dekolonizacyjnych i towarzyszącej im neokolonialnej reakcji na gruncie krytycznej myśli społecznej ukształtowała się teoria zależności. Jej czołowi reprezentanci tacy jak Andre Gunder Frank, Celso Furtado czy Samir Amin wskazali na nieekwiwalentny charakter wymiany między krajami centrum światowego kapitalizmu a jego peryferiami jako na główną zasadę kształtującą globalne struktury panującego systemu. Ich badania pozwoliły na ujawnienie systemowych podstaw chronicznego niedorozwoju obszarów Trzeciego Świata. Zależność między światem Pierwszym (byłe metropolie) a Trzecim (byłe kolonie lub strefy wpływów) biegnie zresztą w obie strony. o ile bowiem obszary peryferyjne spętane są gospodarczą monokulturą i warunkami narzucanymi przez centralne rynki zbytu to, z drugiej strony państwa wysokorozwinięte potrzebują peryferyjnych rezerwuarów taniej siły roboczej, surowców oraz "terrorystycznego zagrożenia" pozwalającego na stałą mobilizację kompleksów militarno-przemysłowych. Analizy z kręgu teorii zależności stały się punktem wyjścia dla skupionej wokół Immanuela Wallersteina grupy historyków, ekonomistów, socjologów, etnologów i archeologów, którzy już w latach 70. podjęli próbę opisania historycznych oraz strukturalnych przesłanek nowych postaci kapitalistycznej wymiany i akumulacji. Wypracowana przez nich teoria nowoczesnego systemu-świata odwołuje się zarówno do Smithsoniańskiej idei rynku, Marksowskiej analizy sposobów produkcji jak i do koncepcji gospodarek-światów Fernanda Braudela. To właśnie od tego ostatniego teoretycy systemów-światów zapożyczyli kluczowe kategorie swej aparatury pojęciowej. Braudelowskie rozumienie gospodarek-światów jako samodzielnych gospodarczo fragmentów globu, w zasadzie samowystarczalnych i odznaczających się," (2) dzięki swym wewnętrznym powiązaniom i wymianie, pewną organiczną jednością" zostało poważnie rozwinięte przez Wallersteina w definicji systemów-światów. Niezależnie od wielu kontrowersji rodzących się wokół prymatu jaki Wallerstein czy Frank przyznają strukturom wymiany przyznać trzeba, iż zaproponowane przez nich ujęcie stanowi jedną z najgłębszych i najciekawszych interpretacji genezy, przebiegu i możliwej przyszłości globalnego porządku, w którym przyszło nam żyć. Wśród jej licznych zalet bodaj największą jest to, że pozwala na zrozumienie, iż ten szczególny pod wieloma względami moment posiada też wymiar uniwersalny. W świetle studiów nad cyklami i trendami ostatnich kilkuset lat okazuje się, że aktualna neoliberalna faza kapitalizmu jest zarazem wyjątkowa jak i najbardziej typowa. Jej przebieg zależy od szczególnych okoliczności historycznych, ale jednocześnie wyraża pewną ogólną tendencję. Dzięki zepchnięciu realsocjalistycznych konkurentów na gospodarcze peryferie hegemoniczny kapitalizm ujawnia swe niszczycielskie skłonności. Jeszcze nigdy w dotychczasowej historii akumulacja kapitalistycznych sprzeczności nie była tak wielka i tak niebezpieczna choć przecież samo istnienie owej akumulacji wpisane było w logikę systemu od jego zarania. Dopiero zestawienie tych dwóch faktów odkrywa przed nami możliwość uchwycenia rzeczywistego sensu tego wszystkiego, co nieco zbyt efekciarsko nazywamy globalizacją. Co więcej, bez tego nie ma nawet co marzyć o rzeczywistym przekroczeniu zaklętego kręgu jej barbarzyńskich konsekwencji. (1) Fernand Braudel "Kultura materialna, gospodarka i kapitalizm XV-XVIII wiek", tom III "Czas świata", s.12, W-wa 1992. Fragment książki P. Wielgosza, „Opium globalizacji”, Warszawa, Wydawnictwo Akademickie DIALOG, seria Tematy Dnia 2004. |