Kultura Film Jakub Majmurek: Film tak zły, że aż wstyd
Jakub Majmurek: Film tak zły, że aż wstyd PDF Drukuj Email
Ocena użytkowników: / 8
SłabyŚwietny 
Kultura - Film
Wpisany przez piotrek   
poniedziałek, 03 października 2011 15:20

Chyba nawet na więziennych spacerniakach obowiązuje zasada, że leżącego się nie kopie albo przynajmniej nie powinno. Kierując się tą zasadą o Bitwie warszawskiej 1920 Jerzego Hoffmana należałoby zamilczeć, jak najszybciej o niej zapomnieć, wszystkie kopie filmu zniszczyć, zakopać, a ludzi, którzy pozwolili twórcy Prawa i pięści nakręcić coś takiego, przykładnie, surowo, publicznie ukarać. Bitwa warszawska jest jednak naprawdę złym filmem i nie można po prostu przemilczeć tej wpadki polskiego kina, udawać, że nic się nie stało. Stało się, panowie filmowcy naprawdę tym razem przegięli i przekroczyli pewną granicę. Jako widz i krytyk muszę powiedzieć: dość! Wszystkim nam, którzy po Różyczce, Popiełuszko. Wolność jest w nas, Quo Vadis, a nawet Weekendzie Cezarego Pazury byli przekonani, że gorzej już być nie może, twórcy filmu pokazują, że owszem – można. W dziedzinie filmowej żenady ani Och Karol 2, ani Karol – papież, który pozostał człowiekiem to nie ostatnie, co polskie kino ma do powiedzenia.

 

 

bitwawarszawska120.jpg Po premierze Krzyżaków (1960) Aleksandra Forda, Andrzej Wajda miał powiedzieć: „On jednym tym filmem przekreślił wszystko to, co myśmy próbowali zrobić”. „Myśmy” – czyli szkoła polska w filmie, próbująca poddać krytycznej rewizji naszą historię najnowszą, jej romantyczny, heroiczny rdzeń. Antyniemiecka agitka Forda zrobiona na chwałę polskiego oręża była krokiem wstecz wobec tego kina, jakie oprócz Wajdy tworzyli wtedy Andrzej Munk czy Kazimierz Kutz. Jednak w porównaniu z Bitwą warszawską Krzyżacy są arcydziełem rewizjonistycznego wobec narodowych mitów kina historycznego. Bitwa warszawska to nawet nie jest krok wstecz – ma się wrażenie, że polskie kino zatacza jakieś wielkie koło i raz jeszcze wraca do najbardziej tandetnego przedwojennego kina produkowanego przez samych kiniarzy – to jest dokładnie ten poziom artystyczny i myślowy. Technologia 3D pełni tu wyłącznie rolę kwiatka przyczepionego do starego, przeżartego przez mole, niezbyt świeżo pachnącego kożucha po pradziadku. Podobno przyznaje się Złote Maliny (nagrody dla najgorszego filmu roku) również w kategorii „najbardziej nieuzasadnionego użycia technologii 3D”. Gdyby ten film obszedł kogokolwiek poza Polską, miałby w tej kategorii spore szanse.

 

Film Hoffmana wygląda, jakby nie miał scenariusza, jest on pozbawiony jakiejkolwiek dramaturgii czy psychologicznie wiarygodnych konstrukcji postaci. Zbudowany jest w całości z przypadkowo do siebie podoczepianych filmowych atrakcji, „numerów”. Atrakcje dzielą się na rewiowe (Natasza Urbańska tańczy i śpiewa przedwojenne przeboje), batalistyczne, komiczne (dzielnie stająca do obrony ojczyzny arystokratka strofuje gapowatą, strachliwą, przesądną służącą i tym podobne kwiatki) oraz historyczne (Piłsudski, Lenin, Trocki, Tuchaczewski itd. zgarbieni nad mapami sztabowymi wygłaszają podniesionym głosem podniosłe przemowy). Ale nawet te poszczególne atrakcje nie działają na najprostszym poziomie filmowego widowiska. Rozczarowują zwłaszcza sceny batalistyczne, tytułowa bitwa ogranicza się do obrony jednego okopu i jednej szarży kawalerii – wszystko skręcone byle jak, niechlujnie, bez nerwu. Sceny batalistyczne ze starszego o prawie cztery dekady i nakręconego w 2D Potopu wypadają o wiele bardziej spektakularnie.

O rozpacz przyprawia także obraz II RP, jaki przedstawia ten film. Polska międzywojenna wygląda tu jak swoja własna karykatura. Tak, jakby twórcy filmu na serio wzięli szyderczo groteskowy obraz Polski z Nienasycenia Witkacego (lub jakiejś stalinowskiej pierwszej czytanki) i nadali wszystkiemu temu, z czego kpi Witkiewicz, pozytywne walory. Polskę z Bitwy warszawskiej wydają się zamieszkiwać głównie ułani i zakochane w nich piękne i dzielne panny. Główny bohater, Jan Krynicki, jest właśnie ułanem i poetą, przyjacielem Wieniawy-Długoszowskiego (który miał kiedyś powiedzieć, że jedyne dwa godne prawdziwego mężczyzny profesje to wyłącznie kawalerzysta lub poeta), pozbawionym jakichkolwiek materialnych trosk. W Polsce z Bitwy warszawskiej głównie się tańczy, śpiewa, pije, walczy i modli – nie widać, by ktoś tam pracował, by były jakieś kwestie socjalne, ktoś prowadził jakieś istotne polityczne spory, co do tego, jak ma wyglądać niepodległa Polska.

Na wezwanie premiera Witosa do obrony ojczyzny przyłączają się stawiający kosy na sztorc „bracia włościanie”, ale jest im poświęcone zaledwie kilka ujęć. Bohaterom plebejskim przypisana została rola anonimowych statystów na trzecim planie, w najlepszym wypadku (jak Pan Bóg, odwieczny porządek rzeczy i zasady arystotelesowskiej poetyki nakazują) pocieszne role komiczne planu drugiego. Jeśli wierzyć Hoffmanowi, to w Polsce roku 1920 nie było żadnego przemysłu ani proletariatu – ten pojawia się dosłownie w dwóch ujęciach. W pierwszym, gdy grupa brudnych, obszarpanych mętów stoi przed jakąś fabryką z transparentem „Łapy precz od Rosji Radzieckiej”, w drugim, gdy na apel Witosa, grupa robotników wychodzi z fabryki z łopatami i innymi narzędziami w dłoniach, włączając się w obronę kraju. A przy tym wszystkim ciągle msza (katolicka, co w wielokulturowej Polsce międzywojnia było mniej oczywiste niż dziś) się odprawia, żołnierzy do boju prowadzi padający z krzyżem w ręku pod wrażym ostrzałem ksiądz Skorupko, a tłumy po kościołach śpiewają „Ojczyznę wolną racz zachować Panie”. W porównaniu z Bitwą warszawską naprawdę zaczynam doceniać historyczną złożoność wizji prezentowaną przez serial 1920. Wojna i miłość. Tam mamy przynajmniej niekomicznego plebejskiego bohatera, polskiego oficera, chłopa z Wielkopolski. W serialu widać, że bismarckowska Rzesza co prawda uciskała narodowo, ale dała mu względny (na chłopską miarę) dobrobyt, związany z nim awans społeczny, potwierdzony stopniem oficerskim w niemieckim, cesarskim wojsku – gdzie znacznie rzadziej wypomina się mu „chamskie” korzenie, niż w wojsku polskim. Takie subtelności historycznej narracji są zupełnie nie do pomyślenia w filmie Hoffmana.

Gdy patrzy się na obraz Polski wyłaniający się Bitwy warszawskiej, aż się chce krzyknąć: „Niech wreszcie przyjdą ci bolszewicy (Niemcy, Marsjanie, reptilianie, ktokolwiek), wszystko to zaorają, zniszczą – przynajmniej skończy się ta upokarzająca nas, skropiona wodą święconą operetka”. Bolszewicy są przez Hoffmana przedstawiani rzecz jasna zupełnie groteskowo – ich elity to dyszący żądzą władzy nad światem łotry rodem nawet nie z kina klasy D, ale kiepskiej gry komputerowej, szeregowi żołnierze to niszcząca, grabiąca i gwałcąca wszystko, co napotyka na swojej drodze, dzicz. Ani słowa nie ma o ideologicznym wymiarze wojny i konfliktu. Bardziej infantylnego filmu o jednym z najważniejszych wydarzeń w naszej historii naprawdę nie dało się nakręcić.

Bywają filmy tak złe, że zyskują one z czasem kultowy status, gromadzą wokół siebie wspólnotę fanów, gotowych oglądać po raz dziesiąty jak nieudolnie reżyserowane przez Eda Wooda latające spodki próbują podbić ziemię. Jeśli cokolwiek mogłoby uratować Bitwę warszawską, to właśnie taki kultowy odbiór, los Klątwy doliny węży, czy Planu 9 z kosmosu polskiego kina historycznego. Jednak filmy Wooda czy Piestraka mają w sobie pewną bezpretensjonalną szczerość, spontaniczną miłość do tego, co w kinie najtańsze i najpiękniejsze, której żaden kinofil nie potrafi się długo opierać, nawet jeśli od latających spodków woli na co dzień w kinie eksperymenty Godarda czy Jonasa Mekasa. Film Hoffmana nie ma tego wszystkiego, nie został nakręcony z miłości do kina, sprawia raczej wrażenie cynicznej próby skoku na kasę („szkoły pójdą”). Nie wiem dlaczego do tego skoku dołożył się PISF, przecież już na etapie scenariusza (jeśli to słowo nie jest tu na wyrost) musiało być widać, co to jest. Jacy eksperci wystawili temu filmowi pozytywne oceny?!? Bitwa Warszawska jest tak zła, że jako widz nawet nie potrafię się nawet cieszyć tym, że jest aż tak zła. Żenada tego filmu naprawdę w ogóle nie jest zabawna, proszę nie idźcie na niego, wszystkiego dowiecie się ze zwiastunu.

 

Źródło: Krytyka Polityczna

Zmieniony: środa, 05 października 2011 08:15
 
Rewolucja wydaje się całkowitym szaleństwem tym, których zmiata i obala.
Lew Trocki
Reklama