|
Siostry z dna
Mam przyjaciółki na plantach,
stare żebraczki, wariatki.
W ich oczach są pierścionki,
z których wypłynęły drogie kamienie.
Opowiadamy sobie swoje życia
od dołu, od człowieczego dna.
Siostry z dna,
mówimy biegle językiem cierpienia.
Dotykamy swoich rąk,
to nam pomaga.
Odchodząc całuję je w policzek
delikatny jak woda.
Chłopka
Dźwiga na plecach
dom, ogród, pole,
krowy, świnie cielęta, dzieci.
Jej grzbiet dziwi się,
że nie pęknie.
Jej ręce dziwią się,
że nie odpadną.
Ona się nie dziwi.
Podpiera ją jak krwawy kij
umarła harowaczka
jej umarłej matki.
Prababkę
bili batem.
Ten bat
błyszczy nad nią w chmurze
zamiast słońca.
Przebudzenie
Ciąży jej głowie sto lat snu,
którego nie dospała jej matka i prababka,
gdy budzik zapieje
jak kogut za oknem
o trzeciej rano.
Życiorys wiejskiej baby
Dysząc
dźwiga na brzuchu cebry.
Dysząc
dźwiga na plecach wory.
Dysząc
ciągnie ze studni wiadra.
Dysząc
rodzi owoce męskiej żądzy.
Dysząc
umiera.
On stawia lody
Co niedziela chodzili razem na spacer.
On, ona
i troje dzieci.
Raz nocą,
kiedy nie chciała go puścić do innej,
wyciągnął spod materaca
nóż sprężynowy.
Teraz znów co niedziela
chodzą na spacer
on, ona i troje dzieci.
On stawia lody, wszyscy się śmieją.
Ona także.
Dowiedziała się
W niedzielę po południu,
gdy pomyła wreszcie garnki,
usiadła
przed lusterkiem.
I dowiedziała się
w niedzielę po południu,
że ukradziono jej życie.
Już dawno.
Szczęście
Była modna biała sukienka
urząd stanu cywilnego,
fontanna welonu i organy
w kościele.
Było bogate wesele,
szumiała wódka.
Był ból
nocy poślubnej.
Był piękny, młody mąż.
Ale nie było
jednego czułego słowa.
Dzieci się zadziwią
Cicho
zamknęły się drzwi za odchodzącym.
Nie obudziły się
śpiące dzieci.
One dopiero rankiem się zdziwią,
że tak cicho
zawalił się w nocy
ich dom.
Obiecał
Uderzył ją w zabawie
pięścią w twarz.
Upadła,
ludzie złapali go za ręce,
zataczał się.
Potem wracali razem objęci wpół.
Uśmiechała się szczęśliwie.
Była w ciąży, obiecał,
że się ożeni.
Napiętnowana
Smarowali jej drzwi
ludzkim kałem.
Milkli
kiedy wchodziła do sklepu.
Gwizdali na nią zza płotów,
jak się gwiżdże
na psa.
Spluwali jej pod nogi
przed kościołem.
Sprawca jej nieszczęścia
mijając ją na drodze
odwracał głowę.
Praczka
Pierze brudy swego chłopa,
brudy swoich synów,
brudy swoich córek.
Nieludzko czysta
jak zabite życie
ociera czasem grzeszną łzę marzenia
czystymi rękami
praczki.
Umyła podłogę
Wrócił po północy,
obalił się pod drzwiami.
Dźwigała go
przez próg.
Stoczył się na łóżko
z butami, z rzygowinami,
Dobierał się do niej, nie chciała,
uderzył pięścią w brzuch,
zachrapał.
Umyła podłogę,
zmieniła powłoczkę na pierzynie.
Zapukała do sąsiadów.
Będzie rodzić.
Powrót męża
Cofa się
krok za krokiem.
Nie zasłoni jej stół,
nie zasłoni jej łóżeczko dziecka,
nie ukryje jej ściana.
Nie obronią jej ludzie za ścianą
przed tym, który stanął
na progu.
Wieczorem po wypłacie
Wsadza rękę
do kieszeni marynarki
śpiącego.
Liczy pieniądze.
Płacze.
Oczekiwanie
Całą noc chodzi
od okna do drzwi,
okrywa śpiące dzieci,
patrzy na zegar.
A gdy skrzypnie furtka,
gdy usłyszy pijacką piosenkę,
żegna się
znakiem krzyża.
Rodzina
Idzie do niej
z pięściami.
Strzepnął portek jak muchę
dwie małe ręce,
które go chciały zatrzymać.
Spojrzenia
Młodzi chłopcy spojrzeli przechodząc
na starą kobietę.
I w oka mgnieniu
rozdeptali ją jak robaka
spojrzeniami.
Jej brzuch
Ma prawo mieć gruby brzuch,
jej brzuch urodził pięcioro dzieci.
Grzały się przy nim,
był słońcem ich dzieciństwa.
Pięcioro dzieci odeszło,
został jej gruby brzuch.
Ten brzuch
jest piękny.
Największa miłość
Ma sześćdziesiąt lat. Przeżywa
najwiekszą miłość swego życia.
Chodzi z miłym pod rękę,
wiatr rozwiewa ich siwe włosy.
Jej miły mówi:
- Masz włosy jak perły.
Jej dzieci mówią:
- Stara wariatka.
Karetka pogotowia
Drżą jej usta,
gdy niesiona do karetki pogotowia
słyszy
chrapanie męża.
Salowa
Dniem i nocą
wynosi mocz, krew i kał
człowieczy.
Gruba
gada ze śmiechem
grube kawały.
To jej sposób, aby ujarzmić
mocz, krew i kał człowieczy
który wynosi
dniem i nocą.
Zwykły poród
Dwadzieścia godzin
wyje jak zwierzę.
Lekarz chce jej pomóc.
Nacina nożyczkami żywe ciało
bez znieczulenia.
Nie zauważyła tego.
Zbyt potężna
jest tortura rozstępujących się kości.
Jaki szatan
wymyślił świat.
Położna
Chodzi wśród piekielnych płomieni,
słucha wycia potępionych,
zadomowiona
w piekle.
Zadaje ból,
głaszcze zlepione potem włosy.
Mówi mało. Krzyczy.
Jej przeraźliwie czyste ręce
są mądre i smutne
jak Pan Bóg.
Jak padlina
Obnażona ze skóry,
zhańbiona jak ta, którą gwałcą,
Jak ta, której
nie chcą już gwałcić,
jak spoliczkowany trup,
jak konający, któremu
plują w twarz,
jak żywe zwierzę, gdy
umierając w rzeźni
staje sę artykułem spożywczym,
poniżona jak padlina,
pogardzająca sobą,
jak kał padliny,
upokorzona
tak głęboko,
jak nigdy nie może być upokorzony
mężczyzna –
kobieta
na stole ginekologicznym
pod spojrzeniem
lekarzy.
Szekspir. Poskromienie złośnicy
Renesansowy aktor
wywijając batem
goni po scenie dziewczynę,
która zbuntowała się
przeciw losowi dziewczyny.
Mężczyźni dwudziestego wieku
biją brawo.
Ona nie chce
Jej matka
cierpiała całe życie.
Urodziła ją
na cierpienie.
Ale ona nie chce cierpieć.
Ona nienawidzi
matki.
Wyciąga pięści do nieba,
pięściami
pisze po niebie
od horyzontu do horyzontu:
Nie chcę.
Pod czarną gwiazdą
Urodzone pod czarną gwiazdą
urodziłyśmy
świat.
Wszystkie wiersze pochodzą z tomu „Jestem baba”, Wydawnictwo Literackie, Kraków: 1973
|