Kraj Historia Solidarności Zbigniew Marcin Kowalewski Sierpień – zdradzona rewolucja
Zbigniew Marcin Kowalewski Sierpień – zdradzona rewolucja PDF Drukuj Email
Ocena użytkowników: / 3
SłabyŚwietny 
Historia Solidarności
Wpisany przez piotrek   
piątek, 22 sierpnia 2008 20:59

 „Rewolucja może ponieść klęskę na dwa sposoby – zostać zdławiona albo zdradzona. Tragedia polskiej rewolucji 1980-81 r. polega na tym, że poniosła podwójną klęskę. Najpierw została zdławiona, a następnie zdradzona. Zdradzili ją ci wszyscy, którzy w łonie dzisiejszych elit politycznych powołuję się na Sierpień 80 r. i na swój «rodowód solidarnościowy». Restaurując kapitalizm sprzeniewierzyli się do cna interesom społecznym, które rewolucja ta wyrażała i od a do zet wyrzekli się wszystkiego, do czego dążyła.” Tak napisałem w „Robotniku Śląskim” w 20-lecie Sierpnia 1980 r.

 

„Dziś, w ramach generalnego fałszowania charakteru i historii Sierpnia i wydarzeń 16 następnych miesięcy, robi się z nich «narodowy zryw antykomunistyczny», z którym nie miały absolutnie nic wspólnego. Zaciera się zarazem wszelkie możliwe do zatarcia ślady (na szczęście sporo z nich zatrzeć się nie daje) tego, że wydarzenia te były typową i klasyczną rewolucją robotniczą. Od ponad 150 lat, czyli odkąd zapanował kapitalizm, takie rewolucje przetaczają się co pewien czas jak świat długi i szeroki, wszczynane przez robotników w imię obrony praw, godności i interesów ich klasy społecznej.

„To, że rewolucje te wymierzone są w kapitalizm, podczas gdy ówczesna rewolucja w Polsce była wymierzona w reżim określający się jako socjalistyczny, nie ma nic do rzeczy. Tzw. «realny socjalizm» powstał w wyniku dwoistego procesu – z jednej strony obalenia kapitalizmu, a z drugiej zagarnięcia władzy politycznej i ekonomicznej, która powinna była przypaść klasie robotniczej, przez pasożytniczą warstwę biurokratyczną. Siedziała ona tej klasie na karku i żyła z wyzysku jej pracy, choć – w przeciwieństwie do kapitalizmu – stosunki wyzysku nie miały już podstaw w społecznych stosunkach produkcji.”

Była szansa, aby obalić dyktaturę biurokratyczną, ale zachować znacjonalizowaną i planową gospodarkę i na jej podstawie ustanowić władzę robotniczą oraz przystąpić do budowy socjalizmu robotniczego, samorządowego i demokratycznego. Taka jest – dziś ukrywana – prawda. Dlaczego więc NSZZ „Solidarność” kojarzy się dziś z restauracją kapitalizmu, która rozpoczęła się w 10 lat po Sierpniu i klasie robotniczej przyniosła brutalnie wzmożony wyzysk, znów tożsamy ze stosunkami produkcji, bezwzględną dyktaturę kapitału, w której nawet można nie wypłacać pracowników wynagrodzenia za wykonaną pracę, utratę wszystkich zdobyczy społecznych, masowe bezrobocie i masowe ubóstwo, emigrację w poszukiwaniu pracy i chleba?

Nikt się nie zastanawia, czy między posierpniową „Solidarnością” a dzisiejszą naprawdę istnieje ciągłość. Przecież to wcale nie jest oczywiste. Jest pewna ciągłość, ale jest również bardzo wyraźna nieciągłość. Rzecz w tym, co przeważa, a przeważa nieciągłość. Dlatego dzisiejsza „Solidarność” z jednej strony powołuje się na Sierpień jako swój rzekomo oczywisty rodowód, a z drugiej w żaden sposób nie potrafi zdać sprawy z prawdziwej historii „Solidarności” 1980-81 r. i ją zakłamuje.

Dlatego tak bardzo nagłaśniane przez media obchody 25-lecia Sierpnia odbywają się w tak nielicznych gronach, nie uczestniczy w nich przytłaczająca większość działaczy tamtej „Solidarności”, a przytłaczająca większość klasy robotniczej odnosi się do nich obojętnie. Dlatego nie ma na nich przedstawicieli tych związkowców i komitetów solidarności z „Solidarnością” z Europy Zachodniej, którzy w stanie wojennym z klasowych i internacjonalistycznych, a nie antykomunistycznych pobudek, z narażeniem własnego bezpieczeństwa spieszyli tamtej z pomocą.

Rozbita w stanie wojennym „Solidarność” nigdy nie odrodziła się jako ruch masowej autonomii robotniczej i demokracji robotniczej. To, co się z nią stało, w istocie nietrudno wyjaśnić. Podczas gwałtownych przypływów fali masowych walk robotniczych taki ruch może przez pewien czas rozwijać się o własnych siłach. Lecz aby przetrwać klęski i się po nich odbudować – nie mówiąc już o odniesieniu decydującego zwycięstwa, którym może być tylko ustanowienie władzy robotniczej – trzeba mu nieodzownie partii, która byłaby politycznym skrzepem i gwarantem jego niezależności klasowej oraz uzbroiłaby go we właściwy program i skuteczną strategię walki.

Taki przynajmniej z grubsza zarysowany program – program robotniczej rewolucji antybiurokratycznej i demokracji rad robotniczych – powstał w Polsce 15 lat przed Sierpniem. Mam na myśli „List otwarty do partii”, którego autorami byli Jacek Kuroń i Karol Modzelewski. Po Marcu 1968 r. skupione wokół nich środowisko opozycyjne razem z samymi autorami dyskretnie wyrzekło się tego listu, a wraz z nim również marksizmu.

Program z „Listu otwartego” był już obcy działaczom KOR, gdy uzyskali pewne wpływy w środowiskach robotniczych. Jesienią 1980 r Kuroń, pytany o stosunek do marksizmu, skwitował sprawę stwierdzeniem, że był on „dziewiętnastowieczną filozofią ruchu społecznego i już dawno się przeżył”. Pod koniec życia, piętnując skutki restauracji kapitalizmu, do której walnie się przyczynił, znów twierdził, że jest marksistą. W kuluarach komisji programowej I Zjazdu „Solidarności” Kuroń powiedział o mnie, że jestem „frajerem, który ciągle wierzy w głupstwa, jakie z Karolem wypisaliśmy w liście otwartym”.

Jeśli z perspektywy historycznej patrzy się na ewolucję „opozycji demokratycznej”, rzuca się w oczy jej czysto instrumentalny stosunek do klasy robotniczej, który jako żywo przypomina stosunek Piłsudskiego i jego zwolenników. Kazimierz Kelles-Krauz, broniąc w PPS poglądu, że „niepodległość Polski jest dla proletariatu”, przestrzegał przed tymi w partii, którzy faktycznie uważali, że „proletariat jest dla niepodległości”. Chcieli go wykorzystać jako siłę uderzeniową, aby jego rękami utorować drogę budowie państwa burżuazyjnego. Stąd później osławiona wysiadka piłsudczyków z czerwonego tramwaju. Te rewindykowane przez Adama Michnika „cienie zapomnianych przodków” były inspirującym precedensem.

Programu porzuconego przez Kuronia i skupione wokół niego środowisko opozycyjne nie podjęła żadna organizacja czy grupa polityczna. To niezwykły paradoks – przecież wielkie walki klasowe z reguły wywierają ożywczy wpływ programowy i polityczny na środowiska lewicowe. Skutkują rozwojem istniejących już organizacji rewolucyjnych, narodzinami takich organizacji tam, gdzie ich dotychczas nie było, radykalizacją lewych skrzydeł partii reformistycznych. Grudzień 1970 r. był tak ogromnym wstrząsem, że mimo – w istocie bardzo względnego: patrz strajk łódzki – rozładowania napięcia przez Edwarda Gierka, nowego przywódcę PZPR, powinien był zaowocować przynajmniej powstaniem opozycji lewicowo-radykalnej, jeśli nie od razu pojawieniem się choćby zalążka partii rewolucyjnej.

Tymczasem nic takiego się nie stało, również po Czerwcu 1976 r., który przecież należało – a w każdym razie można było – odczytać jako zwiastun wielkiej burzy. Co gorsza, nawet Sierpień nie przyniósł na tym polu żadnej zmiany.

To prawda, że opozycja z lewa była narażona na intensywną inwigilację bezpieki i na represje policyjne. Proces Kuronia i Modzelewskiego i „proces trzech trockistów” czy represje wobec zwolenników schizmy chińsko-albańskiej w latach 60. mówią same za siebie. Tak było do końca, o czym świadczy np. pewne opracowanie, które w 1987 r. powstało w MSW i zachowało się w aktach STASI. Wynika z niego, że do rozpracowania trockistów angażowano siły i środki zupełnie niewspółmierne do ich liczebności i wpływów, a nawet walce z nimi poświęcono naradę służb specjalnych „bratnich krajów”, która odbyła się w Moskwie.

Lecz dużo ważniejsze było coś innego. Otóż reżimowa „ideologia marksistowsko-leninowska”, niemal powszechnie kojarzona wówczas w Polsce z marksizmem, była dokumentnie wyprana z treści klasowych. Nie nadawała się do tworzenia programu postulatów bieżących i przejściowych na użytek realnego ruchu autonomii robotniczej, do pracy nad jego taktyką i strategią. Trzeba więc było zerwać z tą ideologią i odkryć marksizm na nowo – jako teorię warunków, form i skutków walki klas i jako program polityczny.

Marzec 1968 r. miał pewien niezmiernie i dalekosiężny ważny skutek, który z reguły umyka z pola widzenia. Na mocy porozumienia Piaseckiego z gen. Sierowem, przez cały okres powojenny prawica narodowo-klerykalna miała mocne, legalne zaplecze instytucjonalne i organizacyjne. Moczarowska kampania marcowa ogromnie ją zaktywizowała i rozszerzyła jej wpływy. W klimacie ideologicznym, jaki stworzyła, rozkwitła ona również po stronie opozycyjnej, zresztą często w rozlicznych powiązaniach ze swoim odpowiednikiem po stronie „reżimowej”.

Wybuch w 1980 r. kolejnego ciężkiego kryzysu „realnego socjalizmu” napędzał rozwój tendencji restauratorskich wśród biurokracji, zwłaszcza gospodarczej, i części inteligencji. Liczne elementy restauratorskie tej ostatniej krążyły między biurokracją a „Solidarnością”, obydwu stronom doradzając rynkową reformę gospodarczą. Były wpływowe na szczeblu „krajówki”, nad którą – a tym bardziej nad jej aparatem i agendami – dużo trudniej było sprawować oddolną kontrolę demokratyczną niż nad komisjami zakładowymi i zarządami regionalnymi. Na tym szczeblu doradcy i eksperci nagminnie nadużywali swoich pozycji do kształtowania polityki „Solidarności”.

Ogromny rozmach samoorganizacji i niezależnej działalności robotniczej, stopniowa akumulacja doświadczeń w dziedzinie demokracji robotniczej i walki klasowej, wzrost samoświadomości, rosnące dążenia do kontroli robotniczej nad działalnością przedsiębiorstw, samorządności robotniczej, demokratycznego planowania – to była jedna strona medalu. Drugą, z biegiem czasu coraz bardziej grożącą impasem, był brak klasowej partii politycznej.

Ta sfera nie znosi próżni i siłą rzeczy obsadzają ją nurty polityczne reprezentujące inne – obce – interesy społeczne. Na krajowym zjeździe toczyła się podskórna, rzadko i na krótko wybuchająca otwarcie walka między korowcami, prawicą nacjonalistyczną i przeważającymi liczebnie, ale rozproszonymi elementami, które kierowały się świadomością klasową lub przynajmniej instynktem klasowym, między radykalnym skrzydłem ruchu samorządowego załóg a elementami nie tylko ugodowymi wobec władzy biurokratycznej, ale również reprezentującymi mniej czy bardziej wykrystalizowane, choć maskowane tendencje restauratorskie, między zwolennikami i przeciwnikami demokracji robotniczej, niezależności od Kościoła katolickiego, walki o władzę robotniczą.

Na ogół, w najważniejszych sprawach, wygrywała tendencja klasowa. Gorzej, gdy z takiego demokratycznego zgromadzenia, jak zjazd delegatów, sprawy przechodziły w ręce aparatu „krajówki”. Bodaj najbardziej zaciętą walkę na tym zjeździe stoczono w sprawie właśnie uchwalonych przez Sejm ustaw o samorządzie załogi i przedsiębiorstwach państwowych. Zjazd, dezawuując kompromis zawarty za jego plecami przez Lecha Wałęsę z Sejmem, uchwalił, że „postanawia poddać pod referendum w zakładach pracy te przepisy obu ustaw, które w rażący sposób odbiegają od stanowiska związku, a tym samym zagrażają samorządności”, zapewnił, że „w walce o samorząd pracowniczy i przedsiębiorstwo uspołecznione nadal będzie postępował zgodnie z wolą załóg” i wezwał do „tworzenia autentycznych samorządów pracowniczych na zasadach zgodnych ze stanowiskiem związku”, a nie z przepisami wspomnianych ustaw. Po głosowaniu, którego wynik większość delegatów przyjęła owacją, Jacek Merkel, jeden z czołowych wałęsowców w Prezydium Komisji Krajowej (a później jeden z czołowych liberałów gdańskich) powiedział mi: „Co z tego, że wygraliście? Po zjeździe i tak upieprzymy to referendum.” No i upieprzono, broniąc kompromisu Wałęsy. Mimo uchwały zjazdu, sprawa wymagała więc dalszej walki wewnętrznej. Gdyby nie stan wojenny, byłaby poważna szansa na jej wygranie. W „Solidarności” trudno było sobie poradzić z wolą załóg wielkich zakładów pracy. Kto miał ją za sobą, mógł śmiało liczyć, że wygra nawet z Wałęsą.

Gdy w stanie wojennym rozbito klasowy ruch masowy, wszystko się zupełnie zmieniło. Wkrótce wola robotników przestała się liczyć i decydować. „Solidarność” przeżyła gruntowną metamorfozę. Masową organizację zastąpiły grupy i niewielkie struktury, które w wielkiej mierze dały się zepchnąć do kościołów i zostały opanowane przez prawicowe – konserwatywne, narodowo-klerykalne i liberalne – grupy polityczne. Ich wspólnym programem były antykomunizm, sojusz z imperializmem i restauracja kapitalizmu.

Odrodzona na takim gruncie „Solidarność” zatraciła klasową niezależność. Omotana interesami wrogimi interesom robotników, mogła tylko pozorować ich obronę, a faktycznie nimi frymarczyć, odgrywając haniebną rolę związkowej osłony transformacji kapitalistycznej i neoliberalnej. Nic dziwnego, że przestała być organizacją większości klasy robotniczej i skupiła w swoich szeregach tylko jej stosunkowo nieliczną mniejszość.

 

W 1981 r. autor był działaczem łódzkiej „Solidarności” i ruchu na rzecz samorządności pracowniczej oraz delegatem na I Krajowy Zjazd Delegatów.

 

„Nowy Robotnik” nr 7 (22), lipiec – sierpień 2005 r.
 
Żadna część społeczności ludzkiej nie może żyć całkiem na własnej planecie, wedle własnych praw dynamiki, odcięta od reszty ludzkości.
Hugo Chávez Frías
Reklama