Według danych instytutu Pentor 85 proc. pracujących Polaków odczuwa stres w pracy, a tylko 11 proc. uważa swoją pracę za spełnienie marzeń. Szukamy więc sposobów na odreagowanie, lub podreperowanie nastroju i zdrowia. W Polsce ciężko jest znaleźć pracę, a te, które szczęśliwie można podjąć, pozostawiają wiele do życzenia – wiążą się z wielkim stresem i wzmożoną eksploatacją pracownika. Warunki pracy są miernikiem stresu, bowiem 55 proc. pracujących uskarża się na obarczanie ich nadmiernymi obowiązkami, 43 proc. skarży się na niekomfortowe warunki pracy, w tym: hałas, zbyt niskie lub wysokie temperatury w miejscu pracy, a 25 proc. jest zmuszane do pogodzenia się z koniecznością pracy po godzinach. Rynek pracy wymusił na pracobiorcach całkowitą uległość, bowiem 49 proc. pracowników traktuje pracę po godzinach i w weekendy jako normalny stan, a praca absorbuje do tego stopnia, że znajomi 29 proc. pracujących wytykają im brak czasu na jakiekolwiek spotkania towarzyskie, a 15 proc. z pracujących nie chce powiększać rodziny ze względu na charakter ich pracy. Dla 41 proc. pracowników zły dzień w pracy odbija się na życiu prywatnym, 68 proc. odczuwa podenerwowanie, 69 proc. zmęczenie, 42 proc. bóle pleców, 40 proc. bóle głowy, 22 proc. ma problemy z zasypianiem, 17 proc. z żołądkiem oraz 8 proc. z sercem.
Odpowiedzią na tę sytuację w wielu przypadkach jest społeczna apatia oraz leki: przeciwbólowe, nasenne, antydepresanty i oczywiście alkohol. Środki te nie rozwiązują problemów, które tworzy ideologicznie uświęcony wyzysk pracowników przez pracodawców, jedynie je tłumią i mogą stwarzać nowe problemy. Europejska kultura, nie mówiąc już o polskiej, jest przesiąknięta od swojego zarania alkoholem, jest on „spoiwem kulturowym” naszych społeczeństw, pełniąc zaś liczne role stał się dla niektórych panaceum na wszystko. Problem uzależnienia od alkoholu jest powszechnie znany, a jego niszczący wpływ na człowieka również, jest on też przyczyną zachowań o charakterze kryminogennym, tak więc Polacy pod wpływem alkoholu powodują: 77 proc. morderstw, 58 proc. umyślnych podpaleń, 79 proc. pobić i zranień oraz aż 82 proc. przestępstw o podłożu seksualnym. Jednak bardziej zabójczym, bo mało widocznym wrogiem są leki, a dokładnie rzecz ujmując lekomania. Z punktu medycznego lekoman nie różni się niczym od narkomana, jednak używa on leków za aprobatą bliskich, do walki z bólem psychicznym lub fizycznym. Rzecz jasna, spożywanie leków wzrasta wraz z wiekiem – ludzie po 65 roku spożywają dziesięć razy więcej leków niż ludzie w wieku 15–35 lat. Na lekomanię najbardziej są narażone kobiety w średnim i starszym wieku, a takie rozróżnienie powodują czynniki kulturowe: mężczyźni mogą topić swoje smutki w alkoholu, a jednocześnie społeczeństwo wyjątkowo źle reaguje na picie kobiet. Gdy kwestia „wyścigu szczurów” staje się motywem przewodnim w danym państwie, zagnani pracownicy leczą się sami, bez konsultacji z lekarzem, jedynie uśmierzając swoje dolegliwości. Najgorszym przykładem są Stany Zjednoczone, gdzie aż 80 proc. obywateli zażywa w każdym tygodniu lek tego samego typu, a u połowy z tej grupy to lek na receptę. Procent lekomanów w amerykańskim społeczeństwie można określić na od 7 (przyjmujący pięć lub więcej leków na receptę) do aż 25 (przyjmujący pięć lub więcej leków, w tym leki na receptę). Negatywna reakcja na lek to główna przyczyna hospitalizacji i zgonów wśród Amerykanów. Leki pochodzą przeważnie z grup benzodiazepin oraz systematycznie wycofywanych barbituranów. Barbiturany są to leki nasenne, znieczulające, przeciwpadaczkowe, które w latach 70. często były nadużywane w celach odurzających – to w wyniku ich przedawkowania zmarli Elvis Presley oraz Janis Joplin. Leki z tej grupy są bardzo uzależniające – wywołując stany euforyczne, w momencie odstawienia po kilkumiesięcznym nałogu pojawia się bezsenność, niepokój, majaczenie, urojenia, halucynacje, wzrost temperatury ciała, drżenie ciała mogące przerodzić się w atak padaczkowy oraz możliwa śmierć. Stworzono około 2 500 barbituranów, z czego 50 stało się lekami farmaceutycznymi. Obecnie są wypisywane z narodowych spisów leków. Najbardziej znane to: Cyclobarbital, Luminal, Gardenal oraz używane w szpitalach o krótkim czasie działania Tiopental i Heksobarbital. Obecnie dominującymi lekami są benzodiazepiny, mające działanie przeciwlękowe, przeciwbólowe, uspokajające, wprawiające w stan obojętności na przykre doznania. Najczęściej zapisywanymi środkami z tej rodziny są Relanium, Oxozepam, Nitrozepam. Oczywiście powodują one łagodniejsze uzależnienie niż barbiturany i śmierć w wyniku ich zażywania należy do rzadkości. Niemniej potrafią jednak uzależnić, co objawia się w zmniejszonej aktywności życiowej, senności oraz bełkotliwej mowie. Lek lekowi nie równy, tak więc 0,5 mg Xanaxu jest równe spożyciu 10 mg Valium, do silnych benzodiazepin należą również Klonopin i Atiuan. Spora część Polaków, zmęczona trudami pracy, kuszona reklamami z telewizji, wpada w prawdziwie narkotyczny nałóg – uzależnienie od leków. Dzięki nim ich życie staje się łatwiejsze do zniesienia, niestety dopiero wtedy, gdy mają przytępioną świadomość. Następnym problemem jest kwestia zażywania przez Polaków antybiotyków, nagminnie wykorzystywanych zarówno z winy chorych, jak i lekarzy. Dla zagnanego pracą Polaka antybiotyk jest specyfikiem, który w ciągu trzech dni może postawić na nogi z np. grypy i umożliwić mu powrót do niepewnej dla chorujących pracy. W ten sposób 88 proc. Polaków przechodzących infekcję sięga po antybiotyk, który służy tak naprawdę do leczenia jedynie bakteryjnych, a nie wirusowych zakażeń. W krajach Europy Zachodniej wprowadzone są testy C.R.P, weryfikujące za pomocą wymazu z ust pacjenta, jaki rodzaj infekcji trapi pacjenta. Test C.R.P kosztuje 15 zł, a we Francji, gdzie jest wprowadzony na szeroką skalę przez państwo, równowartość jedynie 2,5 zł. Właściwa ocena choroby pozwala zredukować ilość uodparniających bakterie mutacji wobec antybiotyków, bowiem na skutek ich uodporniania lekarze nie mają już czym leczyć pacjentów. Dodatkowo antybiotyki niszczą naturalna florę bakteryjną organizmu człowieka (wyjaławiają organizm). Człowiek po terapii antybiotykowej jest narażony na szereg nowych infekcji, niejednokrotnie już uodpornionych na działanie antybiotyków. Odporność drobnoustrojów na antybiotyki poszerza się i przemieszcza wzdłuż i wszerz poprzez cały świat, na przykład kariera uodpornionego na Meticylinę gronkowca złocistego czy Stretococcus Pneumoniae odpowiedzialnego za zapalenie płuc, a odpornego obecnie na penicylinę, malikolidy i flurochinolony oraz sepsa i zapalenie opon mózgowych, których nie można wyleczyć obecnie antybiotykami. Antybiotyki w dramatycznie szybki sposób tracą swoją skuteczność, a firmy farmaceutyczne nie inwestują w produkcję nowych antybiotyków, gdyż to koszt rzędu 800 milionów dolarów, skupiając się na dających im dużo większe dochody lekach na choroby przewlekłe. Zresztą już po roku wypuszczenia nowego antybiotyku odnotowuje się drobnoustroje odporne na jego działanie. Kolejnym aspektem jest wykorzystywanie antybiotyków w weterynarii i hodowli zwierząt, dzięki czemu lekoodporne bakterie mogą poruszać się w łańcuchu żywieniowym, np. salmonella. Stosowanie profilaktycznych dodatków paszowych – AGP, antybiotyków które miały zwiększać efektywność ekonomiczną hodowli, uodporniło na antybiotyki całą rzeszę drobnoustrojów. Przemilczana jest również toksyczność antybiotyków na nerki (Poliksyny, Aminoglizydy), wątrobę (Tetracykliny), ucho wewnętrzne (Aminoglikocydy), szpik kostny (Chloramfenikol, Nowobiacyna) oraz powstałe czasami w wyniku uczulenia wysypki po nawet mogący skończyć się śmiercią wstrząs anifilatyczny. Polacy, chcąc być jak najszybciej zdrowi, by móc pracować, leczą się sami antybiotykami. Samoleczenie w 58 proc. opiera się na kupowaniu leków bez recepty w aptece, w 32 proc. to wykorzystywanie leków po poprzedniej kuracji, a w 8 proc. to antybiotyki, którymi jesteśmy obdarowani od znajomych i rodziny. W listopadzie ub.r. obchodzono Europejski Dzień Wiedzy o Antybiotykach. – Ten temat jest za mało omawiany na studiach medycznych, potem podczas specjalizacji też nie jest najlepiej. Dlatego lekarze wiedzę o antybiotykach czerpią często z ulotek, broszur i innych materiałów dostarczanych przez firmy farmaceutyczne, zamiast z publikacji naukowych i publikacji o wynikach badań klinicznych opartych o EBM. Lekarze zapominają, że lecząc antybiotykiem, za każdym razem, czyli wtedy, gdy jest on konieczny, jak i nie jest, drobnoustroje bytujące na naszych śluzówkach nosa, gardła itp. mogą nabywać oporność – stwierdziła prof. Walerią Hryniewicz, kierownik Zakładu Epidemiologii i Mikrobiologii Klinicznej Narodowego Instytutu Leków w wywiadzie dla Gazety Lekarskiej (grudzień 2008). Europejskie kraje z czołówki leczenia się antybiotykami bez konsultacji z lekarzem to Litwa, Rumunia, Hiszpania, Włochy, najrzadziej występuje to zjawisko w Holandii, Szwecji i Danii. Polska w tych statystykach nie prowadzi, jednak – co niepokojące – istotnym problemem jest wysoki stopień przepisywania antybiotyków przez lekarzy, którzy sugerują się w większości wypadków ulotkami reklamowymi firm farmaceutycznych. Lekarz ignoruje zagrożenia związane z antybiotykami, pacjent przez złe ich wykorzystywanie nadwątla sobie zdrowie, nie mówiąc już o kieszeni – bo antybiotyki w Polsce tanie nie są. "Trybuna Robotnicza" |