Kraj Krajowy Indeks Wyzyskiwaczy Trybuna Robotnicza, Śmierć człowieka pracy. Część 2
Trybuna Robotnicza, Śmierć człowieka pracy. Część 2 PDF Drukuj Email
Ocena użytkowników: / 7
SłabyŚwietny 
Kraj - Krajowy Indeks Wyzyskiwaczy

Napisali: MR, PK, J.Augustyniak, M.Radziechowski, M.Prusiewicz, Yvan, L.Acone

W fabryce Opla w Gliwicach (General Motors Manufacturing Poland) pracuje ok. 3 tysiące ludzi. Jedną trzecią z nich zatrudnia agencja pracy tymczasowej Adecco. Ci zmieniają się często. Agencja podpisuje z każdym pracownikiem umowy na trzy miesiące. Do ostatniego dnia obiecuje się im, że przejdą na umowę z General Motors. Podobno są tacy, którym się to udało. Trzeba jednak spełnić kilka warunków. Informują ich o tym group leaderzy.

 

Wypadek? Nie ma wypadku

 

Przykładowo: w firmie nie może dochodzić do wypadków. Statystyki są rewelacyjne: w zeszłym roku w gliwickim Oplu nic się nikomu nie stało, mimo że firma Adecco nie ma w zwyczaju organizować szkoleń. Spawacze zatrudnieni przez Adecco na ogół nie mają specjalnych uprawnień.

Wypadki oczywiście się zdarzają. Jest ich nawet sporo, bo normy są takie, że wszystko w tej fabryce pędzi, łącznie z ludźmi, którzy muszą przez osiem godzin biegać za taśmą, chodzącą na wysokich obrotach. Kierownictwo nauczyło się jednak odpowiednio postępować ze statystykami. Wypadki chodzą po ludziach, ale ci z Adecco się nie liczą, bo to firma zewnętrzna, a te, które przytrafiają się pracownikom z umową z GMMP, to zawsze „wypadki bez utraty dnia roboczego”. Nieszczęśnikowi składa się wtedy propozycję nie do odrzucenia, zwaną „pracą alternatywną”. Ze złamaną nogą, czy szwami na głowie można jeszcze tego samego dnia pracować w innym miejscu, na przykład siedząc. A kiedy jedna ręka jest w gipsie, zostaje przecież druga. Ostatnie pół roku w Oplu to prawdziwa sielanka – nie było żadnego wypadku. Dyrekcja chwaliła się tym nawet, kiedy był nalot kierownictwa koncernu z Anglii. W Adecco za niezgłoszenie wypadku dostaje się obietnice. Nie zgłosisz – za trzy miesiące przejdziesz do GMMP. Nadzieje, że człowiek przejdzie do Opla, albo, że chociaż przedłużą z nim umowę o kolejne trzy miesiące, podtrzymuje się w nich do ostatniej chwili. Po zejściu ze stanowiska, w ostatnim dniu, informują, że firma nie jest jednak zainteresowana.

Przejście do GM obiecano pracownikowi, w którego uderzył element dźwigu. Na głowę założono mu pięć szwów. Już po godzinie pracował dalej. Przydzielono mu „pracę alternatywną”. Zwolnili go po trzech miesiącach zapisanych w kontrakcie. Tak na wszelki wypadek. Firma nie lubi pechowców. Jeżeli komuś coś się stanie, nie ma szans na przedłużenie umowy z Adecco. Taki zwyczaj.

Wiele do życzenia pozostawia też zakładowy lekarz. – Bywa i tak, że jak ktoś ulegnie wypadkowi w pracy i jedzie do szpitala, to mimo wystawionego tam przez specjalistę zwolnienia lekarskiego, i tak jest wyciągany z domu na zakład – mówi jedna z zatrudnionych w Oplu osób. – Wiele wypadków, do których dość często u nas dochodzi, jest i tak poza statystykami – stwierdza.

Rozpaczliwie wygląda sprawa środków ochrony osobistej. Ludzie przy produkcji pracują w starych, wieloletnich szmatach, które łatane łata na łacie krępują ich ruchy. Tajemnicą poliszynela jest to, że firma, która zajmuje się konserwacją tzw. odzieży roboczej, ma płacone od łaty. – Kiedyś sprawdziliśmy. Są dwie dziury na rękawicy, a łat dwadzieścia – opowiada szef zakładowego „Sierpnia 80”, Zbigniew Pietras. Jemu udało się uzyskać obietnicę, że firma zmieni dostawcę odzieży roboczej i środków ochrony osobistej.

MR, PK

 

 

Indesit: Szybciej pracować!

W stan oskarżenia postawiono głównego dyrektora oraz czterech kierowników zakładu Indesit w Łodzi. Prokuratura stawia im zarzut nieumyślnego spowodowania śmierci pracownika zakładu, Tomasza Jochana. Między rozprawami Indesit zwija manatki. Właściciel zakładu, włoska spółka Merloni, wystąpiła o ochronę przed wierzycielami.

O tragicznej śmierci Tomasza Jochana, oraz warunkach pracy w łódzkim zakładzie Indesitu pisaliśmy w ubiegłym roku. Przypomnijmy: Tomasz Jochan zginął tragicznie 2 września 2005 r. Prasa do blach, o nacisku 2 ton, zmiażdżyła  mu głowę. Urządzenie uruchomiło się samo, gdy je czyścił.

Wstępne wyniki śledztwa wykazały, że prasa i taśma miały zdemontowane zabezpieczenia, co było główną przyczyną śmierci Tomasza. Kierownictwo Indesitu zrzuciło winę na robotników – podobno sami zdejmowali zabezpieczenia.

Pogrzeb Tomasza Jochana odbywa się pod bacznym okiem policji. Pojawiają się na nim nawet przedstawiciele kierownictwa Indesitu. Pracownicy produkcyjni odnoszą wieniec pod zakład i wieszają na płocie wraz z płonącymi zniczami.

Żona Tomasza traci również dziecko, które poroniła po pogrzebie męża. Nie wierzy w wyjaśnienia kierownictwa firmy. Rozpoczyna walkę o ustalenie prawdy. Próbuje sama zatrudnić się tam, gdzie pracował Tomasz. Zmienia wygląd i poddaje się rekrutacji. Ustala, że „szkolenia” w Indesicie przeprowadzane są pobieżnie, a zabezpieczenia na taśmie nadal są blokowane. Robi kilka zdjęć z pracy taśmy przy feralnej prasie, jednakże prokuratura i PIP odrzucają dowody jako mało wiarygodne. Firma zauważa ścisły związek Joanny ze śmiertelną ofiarą procesu produkcji i odmawia jej zatrudnienia.

Joanna odrzuca propozycję Indesitu wypłacenia „odszkodowania” (Tomasz Jochan nie został przez firmę ubezpieczony, mimo niebezpiecznych warunków pracy). „Życzliwi” próbują wybić jej z głowy spór z zakładem. Odbiera telefony z pogróżkami.

O ustalenie prawdy walczy również ojciec zmarłego  – Jerzy Jochan. Nie zgadza się na polubowne załagodzenie sprawy. Zatrudnia kancelarię prawną:  – Mimo karygodnych zaniedbań, dyrektor jedynie przychodził i cały czas ponaglał pracowników do jeszcze szybszej pracy. Wiedzieli i widzieli to również wszyscy kierownicy.

Już dziesięć dni po śmierci Tomasza Jochana orzeczenie w sprawie warunków pracy w fabryce wydała Państwowa Inspekcja Pracy. W myśl orzeczenia, kadra zarządzająca w zakładzie nie dopełniła obowiązków m.in z zakresu szkolenia pracowników, kontroli ich stanu zdrowia, oraz kontroli zabezpieczeń i właściwego nadzoru sfer zagrożenia przy taśmie produkcyjnej.

W sprawę angażuje się Komitet Pomocy i Obrony Represjonowanych Pracowników oraz Nowa Lewica. Działacze organizują pikietę pod bramą zakładu. Dyrekcja odpowiada, że ich zdaniem manifestacja pod zakładem „nie przyniesie nic dobrego miastu, ani Polsce, jako krajowi otwartemu na inwestycje zagraniczne”.

Oskarżenie pięciu pracowników nadzoru produkcyjnego fabryki lodówek łódzkiego Indesitu prokuratura przygotowywała przez 14 miesięcy. Są to zarzuty „niedopełnienia obowiązków w zakresie bezpieczeństwa i higieny pracy, skutkiem czego było narażenie kilkunastu pracowników na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, jak również zarzuty nieumyślnego spowodowania uszkodzeń ciała u jednego z pracowników i nieumyślnego spowodowania śmierci Tomasza Jochana”.

Znane nam wyniki śledztwa dowodzą, że stanowisko pracy Tomasza Jochana nie spełniało norm bezpieczeństwa, a kierownictwo firmy nie egzekwowało przestrzegania przepisów oraz zasad BHP. 20 osób, pracujących przy prasie, było niedostatecznie przeszkolonych, przez co oskarżeni narazili ich na utratę życia lub ciężki uszczerbek na zdrowiu. Ostatnie zeznania potwierdzają, że winny tragedii jest zakład. Jak zeznają świadkowie, o braku zabezpieczeń w fabryce wiedział cały personel, a dyrektor firmy widział to i nie interweniował.

Rozprawa, której termin wyznaczono na 9 stycznia 2007 r. nie dochodzi do skutku, z powodu absencji jednego z adwokatów. W drugim terminie, 8 marca 2007 r., oskarżeni nie przyznają się do winy. Zeznania jednego z nich świadczą na jego niekorzyść.

Wniosek obrony o ustalenie wcześniejszego terminu następnej rozprawy sugeruje chęć szybkiego zakończenia procesu. Tymczasem włoska spółka Merloni, właściciel Indesitu, wystąpiła o ochronę przed wierzycielami. A zyski polskiej spółki spadły o 25 procent. Swego czasu głośno zapowiadano otwarcie fabryki w Radomsku, ale już kilka razy odkładano jej inaugurację.

Rodzina Tomasza wierzy, że sprawa zmierza do końca i będą w niej skazani.  – Nie wyobrażam sobie, by było inaczej  – podkreśla Jerzy Jochan.

Kolejna rozprawa w sprawie śmierci Tomasza Jochana odbędzie się 5 grudnia.

Jarosław Augustyniak, Michał Radziechowski

 

 

 

 

 


 

 

 

Tragedia w Vobro....i co dalej...

 

Image
Co cię człowieku może spotkać, jeśli pewnego dnia dowiesz się, że twój krewny zginął w wypadku, do którego doszło w miejscu pracy?

Magdalena Prusiewicz

Ano wszystko – od zawodowej znieczulicy sprzedawcy trumien, poprzez proboszcza oferującego łapówki w imieniu zakładu, w którym miał miejsce wypadek; przez krzywdzące plotki i pomówienia, według których za śmierć (!) dostałeś człowieku tyle pieniędzy, że ci się w głowie przewróciło; po niekończącą się walkę z urzędami, sądami, szpitalami i innymi dziwnymi instytucjami funkcjonującymi w naszym państwie.

Krzysztof Prusiewicz zmarł 16 kwietnia w wyniku obrażeń, których doznał po tym, kiedy wpadł do mieszalnika o enigmatycznej nazwie „5-106” – znajdującego się wówczas na wyposażeniu Zakładu Produkcji Cukierniczej Vobro w Brodnicy w kujawsko-pomorskim. Dokładnie dwa miesiące później prokurator „prowadzący” sprawę umorzył dochodzenie, mimo iż zebrane dowody wskazywały na poważne naruszenie zasad BHP w zakładzie. Prokuratorowi wystarczyły opinie zakładowych profesjonalistów, którzy naginając nieco fakty, ratowali sobie i innym reputację i stanowisko pracy. Oparł się również na niewiarygodnych analizach podstawionych „znawców” z dziedziny prawa pracy i higieny pracy. 

Członkowie rodziny, będący do czasu śmierci bliskiego zupełnymi laikami z dziedziny prawa, a którzy z konieczności muszą zapoznać się z arkanami wiedzy prawniczej, z zasadami funkcjonowania pracownika w zakładzie, z zasadami bhp, przepisami prawa pracy, przyswoili sobie konieczną wiedzę i prawidłowo przeanalizowali związki przyczynowo-skutkowe w przeciwieństwie do „wykształconej” elity prawniczej. Dzięki uprzejmości i niewątpliwemu wysiłkowi włożonemu w napisanie przez sędzinę prowadzącą posiedzenie wyczerpującego elaboratu dotyczącego umorzenia sprawy Krzysztofa, dowiedzieliśmy się m.in., czym jest związek przyczynowo-skutkowy, czym jest bezpośredniość i nagminność oraz co pisały o wypadku gazety.

Komu zależy, żeby sprawę niewygodną dla zakładu pracy, po cichu „zamieść pod dywanik” i ogłupić do reszty cierpiącą rodzinę? Dlaczego ci, którzy mają prawo podejmowania decyzji w śledztwie, są głusi i ślepi na istniejące fakty? Czyżby fakty były dwuznaczne (co przeczy definicji faktu)? A może po prostu trudno brać pod rozwagę argumenty niewykształconych, prostych ludzi ze wsi?

Winę pracownika orzekła zarówno komisja powypadkowa, składająca się z krewnej właściciela firmy i behapowca z „Tarczy”, jak i inspektor pracy, sporządzający protokół dla PIP  – Filip Tempczyk, którego brat  – Szymon jest właścicielem „Tarczy”.  Ten braterski układ działał na terenie kujawsko-pomorskiego. Podczas gdy jeden z braci kompleksowo zabezpieczał firmę w zakresie bhp, drugi przeprowadzał niezbędne kontrole. Powiązania wyszły na jaw w związku ze sprawą Krzysztofa. Trudno było się pogodzić z wynikami przeprowadzonych kontroli i analiz. Ostatecznie, jeśli pracownik pomocniczy w przemyśle spożywczym jest  raz operatorem maszyn, raz  brygadzistą bez przeszkolenia, a raz ze wszystkimi szkoleniami: ogólnym i stanowiskowym – to coś jest nie tak. Już sam nepotyzm budzi wątpliwości etyczne i stwarza pewne podejrzenia co do osób, które dokonują kontroli w zakładzie.

Na postanowienie o umorzeniu w ustawowym terminie wpłynęło do Sądu Rejonowego w Brodnicy zażalenie na decyzję prokuratora. Zażalenie zostało rozpatrzone 11 i 22 września. W czasie od 16 czerwca do 11września zbieraliśmy dokumenty, uzupełnialiśmy wiedzę i staraliśmy się jakoś funkcjonować w społeczeństwie. W sierpniu po kilkutygodniowej batalii ze szpitalem, wydobyliśmy dokumenty dotyczące akcji ratunkowej. Wg tych dokumentów karetka pogotowia została wezwana do urazu ręki – nie do bezpośredniego zagrożenia życia oraz została wysłana na miejsce tragedii jeszcze przed wypadkiem. Jak stwierdził prokurator: „kolejna pomyłka pisarska”. To kolejna niewyjaśniona kwestia związana z wypadkiem. Dlaczego pracownicy zaznawali, że ok. godz. 5.10 doszło do tragedii, podczas gdy o 5.04 karetka pogotowia była już w drodze?  Dlaczego wezwano karetkę do zwyczajnego urazu ręki, nie zaś do poważnego stanu zagrożenia życia? Czemu to miało służyć?

Na 11 września zaplanowana była pikieta, podczas której rodzina, znajomi, przyjaciele i OZZ Inicjatywa Pracownicza domagali się sprawiedliwości i poszanowania praw pracownika. Akcja miała zwrócić uwagę przede wszystkim mieszkańców tamtych okolic na to, co dzieje się w takich zakładach, jak Vobro. Faktycznie służby bhp wzmogły chwilowo swoją działalność, czego efektem były kontrole przeprowadzone w większych zakładach na terenie gminy.

Mimo niewielkiego odzewu społecznego, na murach brodnickich budynków pojawiły się napisy typu: „vobro zabija!, vobro=wyzysk”. Więc policja wszczęła dochodzenie w sprawie... grafiti. Zatem  zajęła się fotografowaniem murów i badaniem  składu spayu, zamiast dociekać, jak doszło do wypadku. Żenujące.

Przez pewien czas prowadziliśmy „korespondencję” z  Wojewódzką Komendą Policji w Bydgoszczy. Słaliśmy wnioski o ponowne zbadanie sprawy, skargi na funkcjonariuszy. Ale korespondencja okazała się jałowa. Zbyto nas frazesami. Tłumaczenie, że policyjny klub motorowy, sponsorowany przez właściciela Vobro, nie jest powiązany z  policją, a poza tym to już tak jest, że istnieją kluby, które muszą mieć sponsorów, co przecież o niczym nie świadczy. Bądź tu mądry człowieku! Absurdalna wymiana argumentów stanęła po upublicznieniu wyników nowej kontroli przeprowadzonej w Vobro na zlecenie głównego inspektora pracy Tadeusza Zająca.

Prawdopodobnie sprawa mojego brata  zostałaby wyciszona i władze przeszłyby do porządku dziennego nad nią, gdyby nie zainteresowanie mediów. Zareagować musiał  Główny Inspektor Pracy, który nakazał  przeprowadzenie kolejnej kontroli w fabryce. Aby tym razem uniknąć wszelkich powiązań i podejrzeń co do ekipy kontrolującej, powołano do tego celu inspektorów ze Szczecina. Nowa kontrola wykazała szereg nieprawidłowości, których inspektor  Filip Tempczyk nie zauważył. Nie zauważył ich, gdyż nie chciał zauważyć lub wykazał się wyjątkową niekompetencją. Wyniki kontroli wykazały, że Krzysztof naruszył zasady bhp. Jednakże wykazano, że w zakładzie istniało na to swoiste przyzwolenie. O naruszeniach zasad bezpieczeństwa wiedziała kadra kierownicza.

Główne zarzuty dotyczą stanu technicznego maszyny – mieszalnik ma ok. 60 lat, pierwotnie służył do zupełnie innych celów. Jeden z dwóch czujników bezpieczeństwa znajdujących się w urządzeniu był atrapą. Mieszalnik nie posiadał wymaganych instrukcji, przeglądów technicznych. Praca przy tym mieszalniku wymuszała niebezpieczne i uciążliwe pochylenie nad zbiornikiem pod kątem 45 stopni. Krzysztof w ogóle nie powinien pracować przy mieszalniku. Dopuszczono go do pracy bez przeszkolenia. Nie miał stosownego obuwia antypoślizgowego. W zakładzie notorycznie łamie się prawa pracownicze – w niektórych przypadkach liczba dozwolonych nadgodzin została przekroczona prawie pięciokrotnie! Vobro jako zakład zatrudniający ponad 300 osób powinien mieć własną, odrębną służbę bhp, której nie ma.

W czekoladowej fabryce łamane są prawa człowieka! Najtrudniej jest zrozumieć samych pracowników, którzy bezwiednie godzą się na takie traktowanie. Nawet jeśli się nie godzą, są zmuszani do pracy w godzinach nadliczbowych.  Kontrola wykazała, że jedyne, co uległo zmianie po śmierci Krzysztofa, to system dokumentowania szkoleń. Teraz każdy pracownik ma książeczkę, do której wpisywane są poszczególne etapy szkoleń ogólnych i stanowiskowych. Jednak na tym poprzestano. Nadal szokuje zachowanie właściciela. Ostatecznie od śmierci Krzysztofa minęło już ponad pół roku, tymczasem czekoladowy potentat zupełnie nie wykazuje inicjatywy w dokonywaniu zmian w firmie. Sytuacja wcale nie uległa polepszeniu. Zarozumialstwo i pycha  cechują właściciela Vobro skoro nie zastosował się do tej pory do żadnych uwag sugerowanych przez inspektorów. Chociaż z poleceń Filipa Tempczyka „po znajomości” mógł skorzystać. Prokuratora, piszącego o rzekomych zmianach w systemie pracy, o wymianie mieszalnika na nowoczesny w uzasadnieniu postanowienia o umorzeniu – widocznie poniosła fantazja. Został wpuszczony w kanał. Zresztą nie pierwszy raz. Zamiast dociekać prawdy bawił się przez jakiś czas w nagrywanie rozmów z członkami mojej rodziny podczas każdej wizyty. Zaaferowany tym zajęciem zapomniał o swoich obowiązkach. Dyktafon to jednak za mało, żeby poskromić zapędy dwóch kobiet (mnie i mojej mamy), dlatego, żeby zabezpieczyć się skuteczniej podczas rozmów towarzyszyła nam trójka świadków – pracownic prokuratury. Ludzie się jednak zmieniają, o czym świadczy ewolucja zachowania prokuratora, po tym kiedy zapoznał się z wynikami szczecińskiej kontroli. 

Vobro nie zgłosiło wypadku w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych. Sami musieliśmy zgłosić tragedię. Kilkakrotnie ZUS odmawiał przyjęcia dokumentów. Kwestia odszkodowania nadal oczekuje rozpatrzenia.

Krzysztof nie podejrzewał za życia, że stanie się przyczyną zniszczenia układów istniejących w Inspekcji Pracy. Wobec Filipa Tempczyka wszczęte zostanie postępowanie dyscyplinarne. Jego ojciec – będący również inspektorem  – za miesiąc przejdzie na emeryturę. Okręgowy inspektor pracy nakazał wpisywanie nazw firm pełniących usługi bhp do każdego raportu kontrolnego. Vobro powinno dostać mandat. Teraz wszystko zależy od decyzji prokuratora, który może dopatrzeć się nowych okoliczności w wypadku Krzysztofa, ale nie musi. Sprawa dla nas nie jest zamknięta. Nie spoczniemy, dopóki wszyscy winni zaniedbaniom w Vobro nie odpowiedzą za nie.

 

 

 


 

 

 

 

Śmierć przy taśmie montażowej

Yvan

 

Image
Pięciu moich kolegów z pracy popełniło w ostatnich miesiącach samobójstwo w zakładach Peugeot w Miluzie, gdzie pracuję, trzech innych podjęło taką próbę i nie mogę mówić o tym bez emocji i gniewu.

Emocji, ponieważ bardzo dobrze znałem tych kolegów, a powody ich tragedii są nam wszystkim dobrze znane, doświadczamy ich na co dzień.

Ogarnia mnie gniew, gdyż ich samobójstwo było jak apel, który od nas wymaga, aby coś zrobić przeciwko wyzyskowi, gdy wciąż rządzą nami zarządcy tego systemu kapitalistycznego, który zmusza każdego z nas do opuszczenia głowy i zaakceptowania tego wszystkiego jako czegoś nieuniknionego, do kontynuowania pracy, jakby nic się nie stało.

Mimo emocji zbudzonych przez te samobójstwa, te same osoby w fabryce i w mediach wciąż narzucają nam ton, gardząc tymi, którzy pracują. To oni mówią, że aby zarabiać trzeba więcej pracować, podczas, gdy bronią tych, którzy nigdy nie pracowali, by zarobić na swoje życie.

Od małego, od naszych rodziców, w szkole, słyszymy, że trzeba zrobić wszystko, żeby nie być robotnikiem. Bo to ułomność i wstyd. Dobra nauka w szkole miałaby nam pozwolić uniknąć tego losu.

Ja się jednak nie wstydzę, że jestem robotnikiem. Nie jestem z tego powodu jakoś szczególnie dumny, ale odrzucam cały wstyd, którym stara się nas objąć. To przecież ci, którzy grają na giełdach, bogacą się na plecach innych, których wyzyskują, powinni być wytykani palcem, potępieni za pasożytnictwo. Produkować samochody, domy, drogi, mosty, przewozić ludzi, żywić ich, czy ubierać, jednym słowem uczestniczyć w produkcji tego, co jest użyteczne dla życia wszystkich, to nie wstyd!

Ta presja ideologiczna i społeczna, która odbiera wartość i pogardza pracą produkcyjną, pracownikami i zwłaszcza najbiedniejszymi z nich, jest widoczna na każdym kroku. Ma ona jeden cel: zmusić robotników do zaakceptowania nawet najgorszych warunków pracy, niskich płac i wizji pracy jako kary.

Nie wyobrażacie sobie, jak ta presja przekształca fabrykę w szalony i chory świat. Ta presja niszczy nas tak fizycznie, jak i psychicznie. Ona nas zużywa i upokarza. Nie jesteśmy już tam traktowani jak ludzie, ale jak roboty, czy jeszcze gorzej.

Według Rady Ekonomicznej i Społecznej, codziennie jedna osoba we Francji popełnia samobójstwo w miejscu pracy. A co więcej, ta liczba jest niedoszacowana, bo nie ma tak naprawdę wiarygodnych statystyk dotyczących tego problemu. A to tylko czubek góry lodowej. 61 procent Francuzów, według ostatnich badań, uważa swą pracę za stresującą. I wraz z działaniami Sarkozy'ego zmierzającymi do zezwolenia przedsiębiorcom na przymuszenie pracowników do pracy przez 48 godzin w tygodniu, ta sytuacja na pewno się nie polepszy.

W moim zakładzie widać poluje się teraz na « martwy czas ». Nie liczy się już minut spędzonych przy taśmie produkcyjnej, ale patrzy na sekundy. Pracownik jest zajęty w 100 procentach. Kiedyś można było chwilę pogadać, pomóc tym, którzy nie nadążają przy taśmie. Dzisiaj dyrekcja przykładowo likwiduje krzesła na halach produkcyjnych, aby robotnicy nie mogli na chwilę usiąść w przerwach między zrobieniem jednego a drugiego samochodu, i to tylko po to, aby wzmóc presję wywieraną na nas. Podczas upalnego lata nie ma już przerw z powodu gorąca. Gdy chce się iść do ubikacji, trzeba stoczyć o to prawdziwy bój.

Istniejące wcześniej miejsca pracy dla starszych robotników lub inwalidów zostały zlikwidowane. Pracownicy bliscy emerytury muszą pracować na taśmie. A zestarzeć się przy taśmie jest prawdziwą torturą. Widzisz, jak tracisz siły fizyczne, że potrzebujesz więcej czasu, by je odzyskać, a masz go coraz mniej. Musisz dosypiać w autobusach. Widzisz kolegów, którzy umierają nie doczekawszy emerytury. Czeka się na wcześniejszą emeryturę, ale Sarkozy ją likwiduje i wydłuża liczbę lat niezbędnych do przejścia na emeryturę. Zabija się nas powoli. Długość życia robotnika jest niższa od 8 do 10 lat od pracownika średniego szczebla w fabryce.

Dzisiaj narzuca się nam metody pracy zwane japońskimi. Noszą różne nazwy: Hoshin, Apoqua, Apolo. Koniec z uściskami dłoni, żartami, drobnymi słowami, które pozwalają lepiej poczuć się w pracy. Mamy standardowe miejsca pracy, czyli jesteśmy podporządkowani konieczności wykonywania standardowych gestów, jak roboty. Czy jesteś prawo, czy leworęczny, młody, czy stary, niski, czy wysoki, trzeba podporządkować się tym normom. A te są opracowane na podstawie najbardziej wydajnych pracowników.

Z tymi japońskimi metodami trzeba zgłaszać najmniejszy incydent na miejscu pracy. Kolegę, który trochę się spóźnił, trzeba  zadenuncjować. Wszyscy są zmuszeni do konkurencji zachęcającej do kłamstw, oszustw, braku lojalności wobec kolegów z pracy. Nikt jednak nie jest zachęcany do zgłaszania choćby zbyt wielkich ciężarów, które podnosi się co dzień, czego skutkiem są problemy z kręgosłupem, czy narażania nas na toksyczne wyziewy, które skutkują rakiem.

Nasz przyjaciel Maurice, który powiesił się w warsztacie, a zajmował się kontrolą jakości i bezpieczeństwa, być może nie mógł znieść sprzeczności między swą troską o dobrze wykonaną pracę, czyli bezpieczeństwo kierowców, a narzuconymi normami wydajności za wszelką cenę. Zostawił dyskietkę z informacją tłumaczącą motywy swego desperackiego czynu. Jego żona potwierdziła, że to właśnie ta sprzeczność zmusiła go do tego. Dyrekcja jednak tłumaczyła prasie, że Maurice popełnił samobójstwo, bo miał problemy małżeńskie, a dyskietka zniknęła w rękach żandarmerii.

Moi trzej przyjaciele, którzy próbowali popełnić samobójstwo, wnieśli skargę do sądu pracy na warunki panujące w zakładzie. Ale ilu będzie jeszcze takich, którzy załamią się, nie mogąc znieść tych codziennych tortur?

 

Autor jest robotnikiem w zakładach Peugeot w Miluzie (Francja), zatrudniających 10 tysięcy robotników.

 

 


 

Klasa robotnicza idzie do piekła

Ludmila Acone

W 1971 r. Lulu, bohater włoskiego filmu „Klasa robotnicza idzie do raju” zrozumiał, że swoją godność może uzyskać dzięki wspólnej walce ze swoimi przyjaciółmi z pracy  – innymi robotnikami. Dzisiaj włoska klasa robotnicza idzie jednak raczej do piekła, niż do raju. Zresztą film dokumentalny Simony Ercolani o obecnej sytuacji włoskich pracowników zatytułowany jest właśnie „Klasa robotnicza idzie do piekła”. I nie ma w tym przesady, jeśli przyjrzymy się raportowi instytutu Censis (Centro Studi Investimenti Sociali) z sierpnia br.

„Włochy są europejskim krajem, w którym najczęściej ginie się w miejscu pracy, prawie dwukrotnie częściej niż we Francji i o jedną trzecią częściej niż w Niemczech, czy we Hiszpanii. (...) Liczba ofiar w miejscu pracy jest dwa razy wyższa niż na drogach i osiem razy wyższa niż w wyniku zabójstw. Liczba zabójstw zmniejszyła się zresztą o jedną trzecią w ciągu ostatnich 11 lat (z 1 042 w 1995 do 663 w 2006 r.), podczas gdy w tym samym czasie na budowach i w przedsiębiorstwach w ubiegłym roku straciło życie 1 170 robotników”.

Sytuacja jest tak tragiczna, że stowarzyszenie Peace Reporter zażądało od rządu wysłania żołnierzy nie na ulice wielkich miast, ale na place budów: „Powstrzymajmy te masakry, bo liczba wypadków w miejscu pracy jest porównywalna z tymi z czasu wojen”.

Raport Censis i „prowokacja” Peace Reporter wywołały reakcję ministra transportu Castellego (z Ligi Północnej), który stwierdził, że chodzi o „nadmuchane liczby”. Minister potwierdził, że nie czytał raportu (sic!), ale i tak jest pewien, że chodzi o manipulację polityczną opozycji, która powinna się tego wstydzić. Stwierdził też, że trzeba przestać obciążać zarzutami przedsiębiorców. Minister spraw wewnętrznych Maroni powiedział wprost, że podane w raporcie liczby są oszukane.

Jednakże można przypuszczać, że te liczby są nie tylko rzeczywiste, ale też, że są nawet wyższe, jeśli weźmie się pod uwagę znaczną liczbę pracowników zatrudnionych na czarno, czy imigrantów w obozach pracy niemal niewolniczej na południu Włoch.

Dossier w tygodniku „Expresso” nie pozostawia jednak wątpliwości co do faktów: „Piekielny rytm pracy, dzikie podwykonawstwo, ukrywane wypadki, ignorowane normy bezpieczeństwa. W ten sposób na północnym-wschodzie kraju przedsiębiorstwa tworzą zagrożenie dla życia robotników”.

Przykładowo w Porto Maghera, symbolu przemysłu tej części kraju, tylko podczas dwóch pierwszych miesięcy 2008 r. zanotowano 123 przypadki śmierci w miejscu pracy oraz kilka tysięcy rannych.

Giorgio Guerrini, szef związku pracodawców tego regionu, tak tłumaczył przyczynę wypadków: „Ekscesy na dyskotekach są zjawiskiem, które wpływa na poziom uwagi pracowników”. Podobnie tłumaczy szef biznesmenów z Padwy, Mario Pozza: „Zmęczenie po nocach spędzonych na tańcach może odbić się na zdrowiu w miejscu pracy”.

Sekretariaty weneckich regionów związków zawodowych CGIL, CISL i UIL od razu zaprotestowały. Paolo Ferrara i Denis Zanon nie byli młodymi bywalcami dyskotek, gdy zginęli 18 stycznia w Porto Marghera: mieli 47 i 39 lat i noc przed wypadkiem spędzili w pracy, a nie na tańcu.

Te tragedie społeczne wydają się nie naruszać spokoju przywódców politycznych zbyt zajętych „bezpieczeństwem uczciwych obywateli” i reformami instytucjonalnymi. To wszystko jest efektem ponad 20 lat antyspołecznych „reform”, zmierzających do „demokratyzacji stosunków pracy” i wyjścia z „archaicznego ruchu związkowego”, mających na celu wejście do „Europy nowoczesności”. Rezultatem jest powrót w fabrykach sytuacji przypominających XIX wiek.

 

Fragment artykułu, który ukazał się na stronie >> www.michelcollon.info

 
Filozofowie rozmaicie tylko interpretowali świat; idzie jednak o to, aby go zmienić.
Karol Marks
Reklama
 

 Wymiatamy