|
Napisali: J. Urbański, A.Jerska, M.Ostrowska, P.Kosela Swego czasu Międzynarodowa Organizacja Pracy podała, że każdego dnia na świecie ginie w pracy ok. 5 tys. pracowników. To liczba przerażająca, zwłaszcza, jeżeli do tego doliczymy niewspółmiernie więcej osób, które przeżyły, ale czasowo lub trwale doznały uszczerbku na zdrowiu. Powstaje pytanie, dlaczego się tak dzieje?
W trybach śmierci Maszyna ważniejsza od człowieka Prawie wszędzie, gdzie interweniował nasz związek, mieliśmy do czynienia z groźnymi wypadkami przy pracy: Bridgestone/Firestone w Poznaniu, Velux w Gnieźnie, Greenkett w Stęszewie, M3 we Wrocławiu itd. Po ujawnieniu przez Inicjatywę Pracowniczą wypadku w fabryce cukierków Vobro, otrzymaliśmy także informacje o innych podobnych sprawach. Na przykład w słupeckim Konspolu, w makabrycznych okolicznościach zginął człowiek. Przez pół godziny jego ciało wisiało, na wpół wciągnięte przez maszynę, zgniecione. Na widok ten inni pracownicy mdleli. Pojawiły się domysły (na portalu internetowym www.slupca.pl), że nie od razu wezwano odpowiednie służby, bowiem zastanawiano się, co zrobić, żeby nie uszkodzić maszyny. Oto jedna z przyczyn: dla pracodawcy koszt utraty urządzenia jest niewspółmiernie większy od straty człowieka. Zarówno dla właścicieli firmy, jak i dla wynajętych przez nich menedżerów, liczy się przede wszystkim tzw. „dobro zakładu”, które jednak w pierwszym rzędzie utożsamiane jest z środkami produkcji, a nie z ludźmi. Ideologiczne frazesy w stylu, że najwyższą wartością danej firmy są jej pracownicy, może mają jakieś realne odniesienie w przypadku firm doradczych, banków lub agencji reklamowych, jednak w zdecydowanej większości przedsiębiorstw pracodawcy traktują pracowników jak „mięso armatnie”, zdając sobie sprawę, że większość z nich mogą bez trudu zastąpić, zwłaszcza przy wysokim bezrobociu. Podejście takie zyskuje także odzwierciedlenie w przyjętych lub tolerowanych uregulowaniach formalnych, na przykład pozwalających na wprowadzanie premii za brak absencji chorobowej, czy ustanawianie wypłaty 80 proc. wynagrodzenia podczas tzw. chorobowego. Żeby podwójnie nie tracić na zarobkach, czyli nie stracić 20 proc. wynagrodzenia i dodatkowej premii absencyjnej, chorzy i osłabieni pracownicy stają przy maszynach. Dziś, gdy ponad jedna czwarta umów o pracę ma charakter umów „śmieciowych” (w tym na czas określony), można w każdej chwili „chorowitego” pracownika zwolnić, bez konieczności podawania przyczyny. Dlatego wielu z nich, aby jej nie stracić, pomimo że nie czuje się dobrze, idzie do pracy. Do tego planuje się obecnie, pod naciskiem pracodawców, zlikwidowanie cztery dni urlopu na żądanie, które pracownicy w takich przypadkach często wykorzystywali. Wydajność ponad wszystko Innym powodem licznych wypadków jest pogoń za wydajnością pracy. W fabryce Vobro do standardowych działań należało zasłanianie fotokomórek szmatą, tak aby pracownicy mogli wybierać masę czekoladową z urządzenia będącego w ruchu. W takich właśnie okolicznościach zginął Krzysztof Pruszewicz. Pracodawca uchylił się od odpowiedzialności, stwierdzając, że to była własna i nielegalna inicjatywa Pruszewicza. Zwykle jednak kierownictwo aprobuje takie działania. Jak wykazała druga kontrola PIP w firmie Vobro, tak było i w tym przypadku. W głośnej sprawie łódzkiego Indesitu, gdzie zginął Tomasz Jochan (przygnieciony dwutonowym stemplem, który zmiażdżył mu głowę), i którego również obarczono odpowiedzialnością, w trakcie procesu wyszło na jaw, że kierownicy zmiany i działów oraz dyrektor łódzkiej fabryki tolerowali zdejmowanie zabezpieczeń z maszyn, by ułatwić produkcję. Jak powiedział w czasie rozprawy jeden z pracowników: „Bywali w tym dziale, a dyrektor ponaglał, żebyśmy szybciej pracowali”. W zgodnych relacjach wielu robotników, pogoń za wydajnością najczęściej odbywa się kosztem bezpieczeństwa i higieny pracy. Pracować szybciej, ale także dłużej, poprzez narzucanie nadgodzin, zabieranie wolnego, ograniczenia prawa do urlopu. Zaoszczędzić na BHP Wypadki biorą się też z prostej próby oszczędzania kosztów nawet na BHP. Do nagminnych praktyk należy np. niewydawanie odzieży ochronnej pracownikom przyjętym na okres próbny (nieraz liczący trzy miesiące). Krzysztof Pruszewicz nie dostał odpowiednich butów antypoślizgowych, co prawdopodobnie przyczyniło się do jego śmierci. Telewizja Polsat ustaliła i pokazała, że buty takie kosztują góra 80 złotych. Tyle, stwierdzono w programie, kosztowało życie młodego pracownika. Ale to nie jedyna tego typu praktyka. Firmy zaniedbują i oszczędzają także na szkoleniach BHP. Po pierwsze dlatego, że przeważnie trzeba je opłacić, po drugie, ponieważ powinny się odbywać w czasie pracy. Również z powodu oszczędności przedsiębiorstwa rezygnują z własnych służb BHP, zlecając zadanie z tego zakresu zewnętrznym podmiotom, które jednak nastawiają się na zysk, a nie podniesienie bezpieczeństwa pracy. Narusza się też przepisy BHP, oszczędzając na kosztach pracy. Posyła się często pracownika w pojedynkę tam, gdzie powinno pracować dwóch. Jak widzimy, w tym zakresie pole do popisu dla pracodawców jest bardzo szerokie i ciągle jesteśmy, jako związki zawodowe, zaskakiwani nowymi pomysłami wprowadzanymi w życie, kosztem zdrowia, a często i życia pracowników. Sam sobie winien? Pracodawcy najczęściej starają się wykazać, iż pracownik, który uległ wypadkowi był sam sobie winien. Wcześniej jednak z reguły robią wszystko, aby załoga, o ile to możliwe, żyła w nieświadomości swoich praw (np. co do przysługującego odpoczynku), a nawet przepisów BHP, bowiem mogłoby to skutkować odpowiednimi roszczeniami. Wygodnie jest kapitalistom myśleć, że wypadek przy pracy jest dziełem przypadku, nieszczęśliwego zbiegu okoliczności i nierozwagi pracownika. Takie tłumaczenie zdejmuje z pracodawcy odpowiedzialność nie tylko majątkową i prawną, ale także moralną. Oczywiście pracownicy, którzy nigdzie wcześniej nie pracowali, albo nie byli zatrudnieni w firmach o odpowiedniej „tradycji”, gdzie istnieją związki zawodowe, a znajomość zasad BHP jest przekazywana sobie przez robotników z pokolenia na pokolenie, niejednokrotnie zgadzają się na warunki pracy urągające bezpieczeństwu oraz robią rzeczy, które przeczą rozsądkowi. Częściej jednak z niewiedzy, niż z tzw. „organicznej głupoty”. Tezę tę potwierdzają statystyki. W ostatnich trzech latach (2005–2007) liczba wypadków przy pracy znacząco wzrosła – aż o 17,5 proc., kiedy równocześnie zatrudnienie wzrosło jedynie o 5,1 proc.. Nie da się tego wytłumaczyć wzrostem zatrudnienia w najbardziej „wypadkowych” sektorach gospodarki, jak w budownictwie (zatrudnienie w tym okresie wzrosło o 16,3 proc. ), w przemyśle, w tym wydobywczym (wzrost zatrudnienia jedynie o 6,7 proc. ), czy w rolnictwie (zatrudnienie w zasadzie się nie zmieniło). Spadły po prostu standardy i cena ludzkiego życia. Jarosław Urbański Autor jest socjologiem i działaczem OZZ Inicjatywa Pracownicza. „Każdy ma prawo do bezpiecznych i higienicznych warunków pracy” Artykuł 66 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej z 2 kwietnia 1997 r. Wypadki przy pracy Aneta Jerska Międzynarodowa Organizacja Pracy (ILO) szacuje, że co roku na świecie dochodzi do 270 milionów wypadków przy pracy. Prawie 350 000 wypadków przy pracy to wypadki śmiertelne (czyli ok. 1 000 dziennie). Szacuje się, że w wyniku wypadków przy pracy co roku życie traci 22 000 dzieci. Ogółem w wyniku nieodpowiednich warunków pracy (wypadków przy pracy i chorób zawodowych), co roku umierają prawie 2 miliony pracowników, co daje 5 000 osób dziennie. A jak sytuacja wygląda w Polsce? Jak podaje Państwowa Inspekcja Pracy, w pierwszym kwartale tego roku, w porównaniu do tego samego okresu w 2007 r., ponad dwukrotnie – z 11 do 24 – wzrosła liczba śmiertelnych ofiar wypadków na budowach. Poszkodowanych było więcej o ok. 20 proc. Główne przyczyny wypadków to nadmierny pośpiech, brawura oraz niewłaściwa organizacja i koordynacja robót, a także brak kwalifikacji i niezbędnych zabezpieczeń. W ocenie inspektorów pracy wykryte naruszenia przepisów wynikają na ogół „ze świadomego działania pracodawców, którzy oszczędzając na bezpieczeństwie, chcą osiągnąć nienależne korzyści finansowe”. Rzecznik PIP, Danuta Rutkowska twierdzi, że ofiarami wypadków w przeważającej większości są osoby, które na budowach nie przepracowały jeszcze roku, a co piąta ofiara wypadku pracowała na budowie krócej niż 7 dni. W związku z przygotowaniami Polski do EURO 2012, PIP skontrolowała też przebieg prac na terenach przyszłych stadionów. Zagrożeń dla życia i zdrowia pracowników nie stwierdzono tylko na terenie przygotowywanego stadionu w Krakowie. Pozostałe kontrole – na Stadionie X-lecia w Warszawie, Arenie Bałtyckiej w Gdańsku i stadionie Lech Poznań – „wypadły negatywnie”. Z kontroli przeprowadzonych przez PIP w ostatnim półroczu wynika, że na budowach źle ustawionych jest ponad 70 proc. rusztowań, a źle zabezpieczonych – ponad 60 proc. wykopów. Inne, najczęściej stwierdzane nieprawidłowości z zakresu bhp, to brak środków ochrony indywidualnej i zbiorowej przed upadkiem z wysokości (np. linki, balustrady), a także brak zabezpieczenia otworów szybów dźwigów oraz w stropach i ścianach zewnętrznych. Dzięki zaostrzonej profilaktyce i kontroli udało się zahamować wzrost ogólnej liczby wypadków w górnictwie. Nie dotyczy to jednak wypadków śmiertelnych i ciężkich w kopalniach węgla kamiennego. W tym roku zginęło już tam więcej górników niż w całym ub. roku – wynika z danych Wyższego Urzędu Górniczego (WUG) w Katowicach. Do 15 września tego roku w kopalniach węgla kamiennego zginęło 18 osób, wobec 16 w całym 2007 r. i 12 – do połowy września ub. roku. Obok wzrostu liczby wypadków śmiertelnych, więcej jest też tam wypadków ciężkich – w tym roku odnotowano ich już 16, podczas gdy do 15 września ub. roku – było ich 11. W całym górnictwie doszło dotąd w tym roku do 24 wypadków śmiertelnych, wobec 20 takich wypadków do 15 września ub. roku i 28 w całym 2007 r. 19 górników odniosło w tym roku ciężkie obrażenia, podczas gdy w tym samym okresie 2007 r. odnotowano 17 ciężkich wypadków, a w całym ub. roku – 26. Z analizy przyczyn tegorocznych wypadków śmiertelnych i ciężkich w polskim górnictwie wynika, że do 67 proc. z nich doszło z powodu ludzkich błędów i nieprzestrzegania zasad bezpieczeństwa pracy. Zagrożenia naturalne były przyczynami najpoważniejszych w skutkach wypadków. Zgodnie ze statystykami WUG, po zapaleniu się i wybuchu metanu w kopalni „Borynia” zginęło 6 osób, a 5 zostało rannych. Metan był też przyczyną śmierci dwóch górników w kopalni „Mysłowice-Wesoła”. Jeden górnik zginął po tąpnięciu w zakładzie górniczym Rudna. Aż 35 proc. wypadków śmiertelnych i ciężkich związanych było z nieprawidłowościami w podziemnym transporcie. W tym roku 6 górników zginęło podczas ruchu podziemnych kolejek. Wyniki prowadzonych przez WUG analiz przyczyn wypadków wykazały m.in. brak dyscypliny pracy, zaniedbania w organizacji pracy, brak analizy ryzyka zawodowego, a także brak skutecznego nadzoru i tolerowanie przez dozór niebezpiecznych zachowań i metod pracy. Wnioski te dotyczą przede wszystkim kopalń węgla kamiennego. W wypadkach w zakładach tego typu zginęło w tym roku 10 pracowników Jastrzębskiej Spółki Węglowej, a także po trzech Kompanii Węglowej i Katowickiego Holdingu Węglowego. Dwaj górnicy byli zatrudnieni w Południowym Koncernie Węglowym i kopalni „Bogdanka”. Sześć kolejnych ofiar pracowało w zewnętrznych firmach usługowych. W polskim górnictwie miedziowym w tym roku zginęły dotąd 4 osoby – wobec 5 w podobnym okresie ub. roku i 7 w całym 2007 r. W kopalniach KGHM ciężko ranny został w tym roku tylko jeden górnik, wobec 4 w analogicznym okresie ub. roku. Do końca sierpnia tego roku, w całym polskim górnictwie doszło ogółem do 2 156 wypadków, wobec 2 197 w tym samym okresie 2007 r. (spadek o 1,9 proc.) – w tym w kopalniach węgla kamiennego do 1 638 wypadków, wobec 1 683 przed rokiem (spadek o 2,7 proc.). Niestety dane te są niepełne, gdyż szczegółowo analizuje się jedynie 2 proc. wypadków śmiertelnych i ciężkich! W 2006 r. wypadki przy pracy spowodowały śmierć 470 osób. Wskaźnik częstotliwości wypadków przy pracy na 2006 r. (mierzony liczbą poszkodowanych na 1 tys. pracujących) wynosił 7,99 przy czym największą częstotliwość odnotowano w sekcjach: · górnictwo (15,82), · przetwórstwo przemysłowe (13,03), · rolnictwo, łowiectwo i leśnictwo (12,51), · budownictwo (11,26), · ochrona zdrowia i pomoc społeczna (10,67), · wytwarzanie i zaopatrywanie w energię elektryczną, gaz, wodę (8,58), · transport, gospodarka magazynowa i łączność (8,16), · rybołówstwo (8,05). Z informacji GUS wynika, że w 2005 r. w zakładach pracy sektora publicznego 28 735 osób uległo wypadkom przy pracy, w tym 120 osób poniosło śmierć, a 179 osób uległo ciężkim wypadkom przy pracy Poszkodowani w wypadkach przy pracy w sektorze publicznym w 2005 r. stanowili 34 proc. ogółu poszkodowanych w wypadkach przy pracy, a ich udział w śmiertelnych wypadkach przy pracy wynosił 25,5 proc. oraz w ciężkich wypadkach przy pracy – 18,6 proc. Natomiast w zakładach pracy sektora prywatnego wypadkom przy pracy uległo 55 667 osób, z tego śmiertelnym – 350, a ciężkim – 781 Poszkodowani w wypadkach przy pracy w sektorze prywatnym w 2005 r. stanowili 66 proc. ogółu poszkodowanych, a ich udział w śmiertelnych wypadkach przy pracy wynosił 74,5 proc. oraz w ciężkich wypadkach przy pracy – 81,4 proc. W związku ze stwierdzonymi nieprawidłowościami inspektorzy wydali blisko 370 tys. decyzji. 12,3 tys. z nich nakazywało natychmiastowe wstrzymanie prac z powodu stwierdzenia bezpośredniego zagrożenia życia, bądź zdrowia pracowników. Okręgowi inspektorzy pracy wydali 10 decyzji nakazujących zaprzestanie prowadzenia działalności przez zakład lub jego część. Według opublikowanych przez GUS danych w trzech pierwszych kwartałach 2007 r., w wypadkach przy pracy zostało poszkodowanych 65 736 osób, z czego 324 osoby straciły życie. Najwięcej wypadków przy pracy odnotowano w przedsiębiorstwach należących do sekcji : Częstą praktyką w górnictwie jest to, że prywatne firmy nie tylko „omijają” prawo pracy, ale także posyłają do wykonywania zadań wymagających wysokich kwalifikacji ludzi bez odpowiedniego przeszkolenia. Rozwój „prywatnej inicjatywy” w górnictwie przekłada się więc bezpośrednio na wzrost wypadkowości. Uwaga, niebezpieczeństwo! Rozmowa z dr. Piotrem Krasuckim, specjalistą medycyny pracy Niedawno rozpoczął się proces w sprawie wybuchu w kopalni Halemba, gdzie przed dwoma laty zginęło 23 górników. Głośna była sprawa wypadku w łódzkiej fabryce „Indesit”, gdzie zginął młody robotnik, któremu zgniotło głowę. To tylko najbardziej spektakularne przykłady wypadków przy pracy. W czym tkwi problem? Nie można mówić o bezpiecznych warunkach pracy w Polsce, dopóki mamy obecny system. Nie tylko dlatego, że ochrona bezpieczeństwa i zdrowia pracowników kosztuje, a jak wiadomo, dla właściciela robotnik to tylko zbędne koszty. Właściciele, zwani pracodawcami, lubią na pracownikach oszczędzać, a nie jeszcze do nich dokładać. Przede wszystkim jednak należałoby zmienić system kontroli i nadzoru nad bezpieczeństwem pracy, by nie było tak, jak teraz, gdy wiele osób odpowiedzialnych za to bezpieczeństwo tylko udaje, że się tym zajmuje. By to zmienić, potrzebne są rozwiązania na poziomie ustawowym, wymuszające na właścicielach określone standardy. Właściciele zawsze będą unikać ponoszenia dodatkowych kosztów... Nie chodzi tylko o pieniądze, ale też o różnorakie uwikłania, jakie stwarza obecny system. Gdy byłem członkiem Rady Ochrony Pracy postulowałem, by wprowadzić w Polsce system podobny do tego, jaki obowiązuje w Holandii. Tam każde przedsiębiorstwo zobowiązane jest do podpisania umowy z zewnętrzną, koncesjonowaną firmą, która dla tej konkretnej firmy przygotowuje kompleksowy program ochrony pracy, a co za tym idzie – zdrowia pracowników. Są to firmy nie tylko specjalistyczne, ale przede wszystkim niezależne od właścicieli i nie muszą się ich bać. W przeciwieństwie do zakładowego inspektora BHP, który jest przecież pracownikiem firmy. Z jednej strony jest on więc podległy właścicielowi bądź dyrektorowi, z drugiej zaś – sam często nie widzi interesu w tym, by – w mniemaniu właściciela a niekiedy i pracowników – „szkodzić” firmie, zwiększając jej koszty lub przerywając pracę zakładu. Nowy system kontroli jakości i bezpieczeństwa pracy miała w założeniu zorganizować powstała w 1981 r. Rada Ochrony Pracy, ale – jak to w Polsce – była i pozostaje ona miejscem rozgrywek politycznych... Co jeszcze należałoby zmienić? Uważam, że w ramach medycyny pracy przeprowadza się zbyt wiele zupełnie niepotrzebnych badań. A te, wiadomo, kosztują. Często są to niepotrzebne koszty, pozorujące jedynie troskę o profilaktykę. Za to jest to dobre źródło przychodów dla ZOZ-ów. Najbardziej interesujący przykład związany jest ze skierowaniem do Poradni Chorób Zawodowych Stołecznej Przychodni Przemysłowej pracownika „w celu przebadania w kierunku ołowicy”. Na pytanie o kontakt z ołowiem – wytłumaczył mi, że w pomieszczeniu, w którym pracuje wisi kilkudziesięciocentymetrowej średnicy kula z ołowiu, służąca jako przeciwwaga urządzeniu z sąsiedniego pokoju. Ponieważ pacjent przysiągł, że jej nie tylko nie liże, ale w ogóle nie dotyka oraz zapewnił mnie, że temperatura w pokoju jest niższa od 327 stopni Celsjusza, w której ołów topi się i ewentualnie mógłby zacząć parować – nie zbadałem go, zaś lekarce napisałem obszerne wyjaśnienie, że wizualny kontakt z ołowiem nie zagraża zdrowiu. Wiadomo, że w systemie kapitalistycznym właściciele oszczędzają głównie na pracownikach, m.in. stąd takie wypadki jak w „Halembie” czy Indesicie, gdy w obu przypadkach usunięto zabezpieczenia po to, by nie przerywać bądź przyspieszyć pracę. A jak było w czasach Polski Ludowej? Też były wypadki, ale z różnych względów ukrywane i to nie tylko przez dyrektorów. Na przykład, gdy wypadkowi uległ górnik i trafił do lekarza, a ten dawał mu zwolnienie, górnik prosił, by nie wpisywał mu do karty wypadku, bo inaczej wyleciałby z roboty z „wilczym biletem”. Był to efekt programu „zero wypadków” i dyrektorzy robili wszystko, by owo zobowiązanie wykonać. Ślepe dążenie do wykonania wyśrubowanych planów produkcyjnych też doprowadzało do tego, że zdejmowano zabezpieczenia np. z taśm produkcyjnych, by zwiększyć produkcję. W 1955 r., gdy pracowałem w Łodzi, zmusiłem dyrektora, by zakupił nowe prasy, bo stare były uszkodzone i zagrażały bezpieczeństwu. Po tygodniu nowa prasa była już rozwalona. Dlaczego? Okazało się, że zrobili to sami pracownicy, którzy dzięki temu mieli dodatek za pracę w niebezpiecznych warunkach. Śmieszne, że robili tak nie tylko robotnicy. Kiedyś oceniałem warunki pracy w Instytucie Chemii w Warszawie. Okazało się, że pracownicy Instytutu, ludzie po studiach, celowo np. otwierali osłony na wyciągi czy zbili w pomieszczeniu butelkę pirydyny, by w ten sposób zachować dodatki za pracę w szkodliwych warunkach. Skoro nie tylko właściciel czy dyrektor, ale i pracownicy nie dbają o bezpieczne warunki pracy, a wręcz przeciwnie, to czy da się ten problem w ogóle rozwiązać? Dodajmy, że inspektor BHP też często robi podobnie. Powtarzam, że dopóki nie wprowadzimy systemu, w którym o bezpieczeństwo pracy będą dbały zewnętrzne, niezależne firmy, to nic się nie zmieni. Ergonomia jest kosztowna, ale per saldo się opłaca. Niestety, ludzie myślą bardzo krótkowzrocznie, kierując się swoim doraźnym interesem. Wiele lat temu byłem w fabryce okładzin hamulcowych w Markach pod Warszawą. Zobaczyłem, że ludzie rozrzucali łopatami azbest. Oburzony zapytałem dyrektora: „czy nie wie pan, że ci ludzie za trzydzieści lat poumierają na raka płuc?!” Dyrektor odpowiedział: „nie wiem, czy za trzydzieści lat będę dyrektorem tej fabryki, ale wiem, że jeśli nie wykonamy planu, to mnie wyrzucą w ciągu najbliższych pięciu lat”. Zadbał o poprawę warunków pracy dopiero wtedy, gdy mu zagroziłem, że jeśli natychmiast tego nie zmieni, to zawiadomię władze i go powieszą następnego dnia. Właściciele czy dyrektorzy uważają, że pieniądze przeznaczane na zdrowie robotników, to pieniądze wyrzucone w błoto. Przecież teoretycznie pracodawcom grożą kary za nieprzestrzeganie przepisów BHP? Ale i sami robotnicy często nie są zainteresowani poprawą bezpieczeństwa pracy, bo to przeważnie młodzi, zdrowi ludzie i nie zastanawiają się nad tym, co będzie za trzydzieści lat. W latach 80. delegacja łódzkiej fabryki „Azbest” pojechała do Ministerstwa Pracy. Wysunęli postulat, by pracujący w fabryce mężczyźni przechodzili na rentę po 15 latach pracy, a kobiety po 10 latach. Powiedziałem im, że renty nie dostaje się za lata pracy, lecz za bardzo zły stan zdrowia, a to się naprawdę bardzo nie opłaca. Potrzeba więc przemyślanych i skutecznych rozwiązań systemowych w tym zakresie, a jednak dotąd nie udało się takich wypracować? Gdy na początku lat 80. powstała Rada Ochrony Pracy, rozmawialiśmy o wprowadzeniu nowych, skutecznych rozwiązań z zakresu bezpieczeństwa pracy. Wkrótce jednak wprowadzono stan wojenny i w ogóle się nie rozmawiało, a potem nie było już z kim rozmawiać. W okresie transformacji ustrojowej i budowania w Polsce kapitalizmu nikt bowiem nie chciał narażać się kapitalistom. Mówiono wprost, że postulaty poprawienia warunków i bezpieczeństwa pracy wypłoszą zagranicznych inwestorów. I sprawa nie została rozwiązana... Zdaje się, że niekorzystny klimat dla bezpieczeństwa pracy i zdrowia pracowników pogorszy przygotowana przez PO reforma systemu ochrony zdrowia, jeśli wejdzie ona w życie? Jeśli reforma wejdzie w życie, to pozostanie nam tylko rewolucja. Co do medycyny pracy – w Polsce ona praktycznie od dawna nie istnieje, ponieważ nie ma ciągłości opieki nad pracownikami. Teraz zwykle firmy wykupują swoim pracownikom abonament w centrach medycznych, gdzie pracuje kilku lub kilkunastu specjalistów medycyny pracy. Pracownik za każdym razem trafia do innego, który go szybko „załatwia”. Nie powinno tak być. Gdy byłem lekarzem w Hucie Warszawa, miałem 2 tysiące pacjentów i znałem ich wszystkich na pamięć, ponieważ była ciągłość opieki medycznej. To bardzo ważne zarówno dla pacjenta, jak i lekarza. Natomiast teraz to są anonimowi pacjenci. A jaki wpływ na zdrowie pracowników może mieć realizacja ustawy ograniczającej prawa do przechodzenia na wcześniejsze emerytury? Ogólne założenie, by nie mnożyć bez wyraźnej potrzeby tych uprawnień jest słuszne, ale sama reforma jest źle przygotowana. Byłem w zespole, który opiniował te rozwiązania, więc mam wiedzę na ten temat. Rzecz w tym, że zmiany opracowali ludzie nauki, którzy niekoniecznie wiedzą, jak konkretna praca wygląda. Przyjęto zły system weryfikowania tych uprawnień. W mojej ocenie, nie należało oceniać według branż, bo nie ma sensu, by sprzątaczka zatrudniona w kopalni miała takie samo prawo do wcześniejszej emerytury, jak górnik. Nie należało też oceniać według zawodów – porównajmy ryzyko zdrowotne spawacza, pracującego w budownictwie, na otwartej przestrzeni z ryzykiem również spawacza, ale pracującego w „podwójnych dnach” statków czy reaktorach chemicznych. Skoro w ten sposób przygotowano te zmiany, to nie dziwię się, że wielu pracowników czuje się poszkodowanych. Jak więc należało to przygotować? Sensownym rozwiązaniem byłaby ocena konkretnych stanowisk pracy. To jednak oznaczałoby ogrom pracy, do wykonania której potrzebna by była armia ludzi. Wiele lat temu przekonywałem, by zaczęto robić metrykację stanowisk pracy. Mówiono mi, że zajęłoby to 20 lat. Owszem, ale po tych latach już mielibyśmy opisane stanowiska pracy. W 2004 r. opracowałem tego rodzaju kompendium dla Państwowej Inspekcji Pracy pt. „Ryzyko zdrowotne związane z pracą”. Jest to materiał wyjściowy, ułatwiający przygotowanie oceny stanowisk pracy. Gdyby ten materiał wykorzystano i weryfikowano prawo do wcześniejszych emerytur na podstawie ryzyka związanego ze stanowiskami pracy – a nie całymi branżami czy zawodami – nie byłoby tak wielu poszkodowanych pracowników, jak obecnie. Nie zaczęto tego robić, ponieważ nowe kierownictwo PIP, wtedy z nadania PiS, wyrzuciło ten materiał do kosza jako niesłuszny politycznie. Materiał jest już opracowany, brakuje jedynie dobrej woli.· Rozmawiała: Magdalena Ostrowska dr Piotr Krasucki (ur. 1932 r.) – doktor nauk medycznych, specjalista medycyny pracy. Ekspert, publicysta, autor kilkunastu książek z medycyny pracy oraz wielu opracowań naukowych z tej dziedziny, a także kilku tomików wierszy. Był m.in. sekretarzem generalnym Polskiego Towarzystwa Ergonomicznego (1977–1980), członkiem Rady Ochrony Pracy, w latach 1964–1966 kierował Wydziałem Zdrowia CRZZ, od roku 1980 pełnił obowiązki odpowiedzialnego za sektor ochrony zdrowia i pracy w Ośrodku Prac Społeczno-Zawodowych Komisji Krajowej NSZZ „S”, którym wtedy kierował Andrzej Wielowieyski. Po 1989 r. był sejmowym ekspertem OPZZ i NSZZ „S”. W latach 1993–1995 pełnił funkcję sekretarza Rady ds. Polityki Społecznej przy Prezydencie RP. Oprócz wydawnictw specjalistycznych, publikował m.in. w Trybunie Ludu, Tygodniku Solidarność, Więzi, paryskiej Kulturze, Gazecie Wyborczej, Polityce, Przeglądzie, Wiadomościach Kulturalnych, Lewą Nogą. Ergonomia – dyscyplina naukowa zajmująca się dostosowaniem pracy do możliwości psychofizycznych człowieka. Jej celem jest humanizowanie pracy poprzez taką organizację układu: człowiek – maszyna – warunki otoczenia, aby wykonywana była przy możliwie niskim koszcie biologicznym i najefektywniej, co uzyskuje się m.in. poprzez eliminację źródeł chorób zawodowych. Nie zapomnieć o „Halembie” Mijają właśnie dwa lata, od kiedy 23 górników „Halemby” posłano na pewną śmierć. Życia, odebranego przez dyrekcję kopalni za przyzwoleniem jej właściciela, Kompanii Węglowej, nikt im nie zwróci. Bezpośrednim winowajcom grozi ledwie 12 lat więzienia. Kara bardzo niska. Może dlatego w polskich kopalniach wciąż szasta się życiem całych załóg górniczych. Patryk Kosela Jest 22 lutego 2006 r., Kopalnia Węgla Kamiennego „Halemba” w Rudzie Śląskiej. Zawala się kopalniany 250-metrowy chodnik. Zbigniew Nowak, jeden z górników zostaje uwięziony. Reszta osób bez szwanku w porę ucieka W Rudzie Śląskiej, jak i na całym Górnym Śląsku wstrzymuje się oddech. Przeżyje czy nie? – trapi to pytanie górnicze rodziny. Rodziny, które co dzień zastanawiają się, czy ich mąż, czy ojciec, zjeżdżając na dół, żywy wyjedzie na powierzchnię. Ten jest szczęściarzem. Ma dostęp do powietrza, a sygnał lampki górniczej szybko sprowadza pomoc. Lekko potłuczony, ale przeżył. Trzeba jednak wyciągnąć sprzęt, który utkwił na dole. Sprzęt, dla którego później pod ziemią zginą 23 osoby. Sprzęt, o którym w dobie ich śmierci powie się, że wart jest 17,9 mln euro, czyli ok. 70 mln złotych. A Grzegorz Pawłaszek, ówczesny prezes Kompanii Węglowej SA, w której skład wchodzi kopalnia „Halemba” powie też na łamach Gazety Wyborczej (23.11.2006): – To było nowe wyposażenie, dlatego chcieliśmy je odzyskać. Podobnie mówi minister gospodarki, Piotr Woźniak. Złomiarze z KW SA Z wyciąganiem sprzętu musiano się spieszyć. Okręgowy Urząd Górniczy nakazuje bowiem zamknięcie ściany w pokładzie 506/E. Dyrektor KWK „Halemba”, Kazimierz D. wpada wówczas na genialny pomysł, że nie będzie swoich górników odciągał od fedrunku, ale do ratowania maszyn zatrudni firmę zewnętrzną. Wiadomo – wydobycie, wydobycie, wydobycie. Rozpisuje przetarg. Chętkę na jego wygranie i tym samym na pół miliona złotych do zgarnięcia ma od początku prezes firmy Mard, Marian D. Wystartował w przetargu. By ten był ważny, musiały wziąć w nim udział co najmniej dwie firmy. Prezes D. dogaduje się więc z firmą Góreks. Preparują dokumenty. Mard z niższą ofertą wygrywa. Firma posyła swoich ludzi do demontażu obudowy zmechanizowanej wyprodukowanej w… latach 80.! Chodzi o obudowę typu Glinik 08/22. Na stronie internetowej jej producenta opinia o sprzęcie: „Należy zaznaczyć, że standardowa obudowa GLINIK-08/22 charakteryzuje się niekorzystną statecznością, zwłaszcza w fazie rozpierania zestawu i przejmowania obciążenia od górotworu dla założonego współczynnika tarcia m = 0, tzn. ma tendencję do zagłębiania się przodu spągnic i pochylenia na ocios”. Wniosek jest jeden: górnicy poszli po wyprodukowany dwadzieścia kilka lat temu złom! Potwierdzi to kilka miesięcy później Piotr Buchwald, prezes Wyższego Urzędu Górniczego: – To były obudowy, które już ileś tam lat były używane – stwierdza. Tymczasem żywotność obudów zawałowych typu 08/22 to 5–7 lat. Później wymagają one remontu lub modernizacji. Mordercy z Mardu Mard, spółka założona przez emerytowanego sztygara z sąsiedniej kopalni, z emerytowanymi górnikami jako pracownikami, na kontrakcie działa od czerwca 2006 r. W górnictwie wszyscy wiedzą, że by dostać taką „konfiturę”, trzeba mieć mocne plecy. Mard to firma wybitna. Pod tym względem, że kilka lat nie odnotowano w niej żadnych wypadków przy pracy. Oficjalnie, czyli ich nie zgłaszano. Jak się któremuś w niej zatrudnionemu to nie podobało, rada była jedna – wynocha! Co miał robić? Siedział cicho. Potwierdza to Państwowa Inspekcja Pracy. Wtedy już niestety, jest za późno… Mard to też firma taka, jak setki podobnych zewnętrznych spółek okołogórniczych. Powiązane są z dyrekcjami kopalń, związkowcami i politykami, biorą duże pieniądze za małe rzeczy. Przykład z roku bieżącego – KWK „Budryk”, gdzie CBA wykrywa proceder zlecania fikcyjnych robót za prawdziwe pieniądze. Warunki pracy i płacy w spółkach zewnętrznych pozostawiają wiele do życzenia. Pracuje się tam za psie pieniądze i bez odpowiedniego stanu bezpieczeństwa, który w uznaniu pracodawcy jest tylko dodatkowym kosztem. A z kosztów jak wiadomo, trzeba schodzić. W listopadzie 2006 r., kilometr pod ziemią w kopalni „Halemba” czujniki wykrywające stężenie metanu automatycznie odcinają dopływ prądu. Tak się dzieje nawet i kilka razy w ciągu dnia. Maszyny stoją, a nadsztygar każe górnikom siedzieć i czekać, aż poziom metanu spadnie. Nie może on być większy, niż 2 procent. Tymczasem przykładowo 15 listopada stężenie wynosi aż 12 proc.! Ale dyrektor kopalni, Kazimierz D. nie jest zadowolony z postępu prac w wyciąganiu sprzętu. Grozi, że pogoni Mard z kopalni, jak tak dalej się będzie działo. Bogusław S., starszy inspektor działu wentylacji zeznaje później w prokuraturze: – Na naszych odprawach wszyscy wiedzieli, że są przekroczone stężenia metanu. Ale mówili, że roboty idą za słabo i za często wyprowadza się stamtąd ludzi – mówi. Iść słabo musiały. Na dole byli ludzie, którzy nie byli przygotowani do tak żmudnych i niebezpiecznych prac. Co więcej, nie byli w ogóle przeszkoleni. Od macierzystych górników „Halemby” odróżniali się m.in. strojem. Chłopcy z Mardu na dole pracowali w… adidasach. W dniu katastrofy nie tylko metanu, ale i dwutlenku węgla oraz pyłu węglowego nie pilnowano. Te trzy rzeczy razem stanowią prawdziwą mieszkankę wybuchową. Taki pył też podlega kontroli. Marian S., który zajmuje się pobieraniem pyłu do badania nie bywa często pod ziemią. – Kierownicy nikogo nie posyłali, bo brakowało ludzi do pracy. Mówili, że ściany nie wolno zatrzymać, a w książkach mam zapisywać tak, żeby było dobrze. Inżynier Ryszard J., nadsztygar, kazał oddawać do laboratoriów próbki fałszywe. Wtedy wziąłem próbki po starych pomiarach i po troszkę dosypywałem do nich pyłu kamiennego. Wyniki były doskonałe. Inżynier podpisywał raporty. Stało się to regułą postępowania – zeznał w prokuraturze. Próbki zbierane są też tam, gdzie więcej jest pyłu kamiennego neutralizującego zagrożenie. Dochodzi nawet do zbierania materiału do badania… na powierzchni! Tymczasem stężenie metanu skacze. O godzinie, w której doszło do tragedii pomiar urządzenia wskazuje 6–8 proc. Następuje wybuch. Jest kilkanaście minut po godzinie 16.00. Kłamcy z dozoru W ciągu kilku sekund 15 pracowników Mard i 8 górników KWK „Halemba” traci życie. Stacje telewizyjne nagle zmieniają swoją ramówkę i na żywo transmitują relację spod kopalni. Pod tę przychodzą setki osób. Płaczące żony i matki domagają się informacji. Do końca mają nadzieję, że akurat ich bliscy żyją. Panuje jednak cisza. Trwa akcja ratunkowa, przerywana kilkukrotnie z uwagi na skoki metanu. Wydobywane jest ciało za ciałem. Łącznie 23. Najmłodsza ofiara katastrofy miała 21 lat, a najstarsza 59. Gdy ratownicy górniczy prowadzą akcję pod ziemią, na górze ktoś inny usilnie pracuje nad zacieraniem śladów i ukrywaniem dowodów. By prawda nigdy nie ujrzała światła dziennego, a winni nie ponieśli kary. Tak bywało zawsze, miało być i tym razem. Trwają poszukiwania czujników Draegera, na których jest zapisane stężenie metanu w momencie jego eksplozji. To takie górnicze „czarne skrzynki”. Ale pojawiają się problemy z ich odnalezieniem, choć mieli je przy sobie pracownicy dozoru z działu wentylacji i sztygarzy przy rabunku. Z zeznań w prokuraturze wynika, że wywiózł je zastępowy ratowników. Górnik, jeden ze świadków, donosi, że widział jak sztygar z metaniarzem przewieszają czujniki metanu. Potwierdza to inny górnik-rabunkarz. Do fałszerstw dochodzi nawet kilka godzin po tragedii. Zmiany następują w książce raportowej z oddziału wentylacji i klimatyzacji. Później zaczynają się naciski, kto i co ma mówić zeznając. W tym czasie na miejscu tragedii zjawia się wojewoda śląski. Później przyjeżdża premier i prezydent, Jarosław i Lech Kaczyńscy. Wszyscy solennie zapowiadają pomoc finansową dla ofiar tej górniczej tragedii. Sejm RP uczcił pamięć ofiar minutą ciszy. Notable odjechali. Bilans śmierci poznano, więc temat stał się już mało atrakcyjny, więc i ekipy telewizyjne się zwinęły. Wtedy, już na spokojnie, górnikom zaczęto sugerować, że lepiej się nie odzywać, bo można sobie zaszkodzić. Zresztą nie tylko sobie, a i kolegom dookoła. Presja miała zadziałać. Gdyby nie wystarczyła, to ostrzegano, że jak coś pójdzie nie tak, to kopalnię zamkną, a ludzie trafią na bruk. To stała zagrywka. Znana górnikom. W pogrzebach 23 górników, w tym 8 z samej „Halemby”, nie bierze udziału jej dyrektor, Kazimierz D. Wszystko wraca do stanu „po staremu”. Tak jak zawsze ma być i z winnymi. Ci, którzy winę ponoszą naprawdę, kary mają uniknąć. Tu zadziałać ma czar czasu. Nie pozwalają jednak na to związkowcy. Ci z Wolnego Związku Zawodowego „Sierpień 80” na ulicach Rudy Śląskiej w dniu 22 stycznia 2007 r. organizują tzw. Czarny Marsz. Domagają się ukarania winnych, zarówno z firmy Mard, kopalni „Halemba”, jak i Kompanii Węglowej. – Mamy obowiązek zagwarantować tym górnikom, którzy żyją i pracują, że jutro nie podzielą losu kolegów z „Halemby” – mówił wówczas Bogusław Ziętek, szef związku. – Kopalnia ta może się stać symbolem sprawiedliwości dla maluczkich. Dlatego warto zrobić wszystko, by tak było – uzasadniał. Rodziny zabitych niosły tabliczki z imionami i nazwiskami górników zamordowanych w „Halembie”, świadomie i z premedytacją, z powodu złomu. Śmiało mówili dziennikarzom: – Mój mąż nie zginął. Jego zamordowano! „Sierpień 80” zwołał konferencję prasową, na której górnik z „Halemby” w kominiarce opowiadał, jak na ścianie, w której doszło do wybuchu metanu, kilka dni wcześniej jego stężenie przekraczało dopuszczalne normy. Związkowcy z WZZ „Sierpień 80” nie zapominają o zamordowanych w „Halembie”. W Święto Pracy oraz w rocznicę bestialskiego mordu, zawsze składają kwiaty pod zegarem przed kopalnią, by uczcić pamięć górników, a dla winnych ich śmierci żądają najsurowszej kary. Wkrótce po tragedii z kopalni odeszła większość z tysiąca nowo przyjętych do pracy osób. Młodzi górnicy stwierdzili, że nie będą narażać swojego życia za 800 zł netto miesięcznie. Z kolei w Powiatowym Urzędzie Pracy w Rudzie Śląskiej pojawiają się oferty pracy zgłoszone przez… Mard. Zarzuty prokuratury Właściciel rudzkiej kopalni, KW, nie wyciąga konsekwencji wobec winnych wypadku. Szefowie kopalni nie odpowiadają za śmierć górników. Wręcz przeciwnie. Dostali lepszą pracę lub wysokie emerytury. A to przecież oni posłali górników w niebezpieczny rejon, byle tylko nie przerywać pracy, zmniejszyć koszty likwidacji ściany wydobywczej. Do działania bierze się prokuratura. „Pełniąc obowiązki dyspozytora bezpieczeństwa metanowego, posiadając informacje o określonych stężeniach metanu, nie powiadomił o tym przełożonych, czym sprowadził bezpośrednie niebezpieczeństwo dla życia i zdrowia wielu osób” – usłyszał emerytowany dyspozytor ds. bezpieczeństwa metanowego, Krzysztof S. od prokuratury. Jako pierwszy przed jej obliczem do sfałszowania przetargu przyznaje się nadsztygar Franciszek S. Usłyszał on zarzut składania fałszywych zeznań w wątku dotyczącym przetargu na usuwanie sprzętu z poziomu 1030 m pod ziemią, gdzie później doszło do tragedii. Franciszek S., jeszcze przed skierowaniem do sądu aktu oskarżenia, przyznał się do winy i złożył wniosek o skazanie go bez przeprowadzania procesu. W śledztwie przyznał się, że wcześniej skłamał. Przesłuchiwany przez policję, zeznał, że do udziału w przetargu na likwidację ściany wydobywczej 1030 m pod ziemią namawiał go Jacek K. z firmy Góreks, podczas gdy w rzeczywistości skłonił go do tego właściciel Mardu. Obrona uzgodniła z prokuratorem karę roku więzienia w zawieszeniu na trzy lata, 500 zł grzywny i pokrycie kosztów procesu – 320 zł. Inny nadsztygar, Robert K. zostaje wyprowadzony z kopalni w kajdankach przez policję. Zatrzymani zostają także inni sztygarzy i nadsztygarzy. Tymczasem mówi się, że złapane zostały płotki, a grube ryby uniknęły odpowiedzialności. Nie na długo. Dyrektor „Halemby”, Kazimierz D. po cichu udaje się na emeryturę. Dopiero w kwietniu 2008 r. słyszy, że jest winien spowodowania katastrofy. Idzie do aresztu. Wychodzi dzięki poręczeniu Związku Pracodawców Górnictwa Węgla Kamiennego i senatora Platformy Obywatelskiej, Antoniego Motyczki. Kaucja wynosi 150 tys. zł. Starego – bo tak o nim mówili górnicy – bali się wszyscy. Kto się stawiał, ten był degradowany i gnojony – jak mówią. Za Markiem Z., głównym inżynierem wentylacji wstawia się zaś Gerard Bernacki, biskup pomocniczy diecezji katowickiej oraz krewny oskarżonego, Franciszek Zając – rudzki ksiądz. Jan J., dyrektor techniczny kopalni, który ma podobne zarzuty, co jego szef, nie trafia jednak w przeciwieństwie do niego, za kratki. Właściciel „Halemby”, Kompania Węglowa ochoczo przygarnia go do pracy w biurze Zarządu! W tym samym czasie, kiedy aresztowany zostaje dyrektor D., niedopełnienie obowiązków w zakresie BHP zarzuciła gliwicka prokuratura byłemu naczelnemu inżynierowi kopalni „Halemba”, Janowi J. Następnie sztygarowi oddziałowemu firmy Mard, Julianowi L. sprowadzenie niebezpieczeństwa dla życia i zdrowia górników. Otóż mimo zagrożenia metanowego, wydał innym pracownikom polecenie prowadzenia prac w wyrobisku, w którym później doszło do wybuchu. Piotr F., dyspozytor ruchu kopalni oświadcza: – Ludzi nie wycofałem z głupoty. Przyznaje się do winy. Niezależne śledztwo prowadzi też specjalna komisja Urzędu Górniczego. W przedstawionym na początku czerwca 2007 r. raporcie eksperci uznali, że do tragedii w „Halembie” przyczyniły się liczne naruszenia przepisów. Roboty były źle zorganizowane i nadzorowane, a górnicy pracowali mimo przekroczenia dopuszczalnych stężeń metanu; czujniki metanowe tak ustawiano, aby zaniżyć ich wskazania; zlekceważono zagrożenie wybuchem pyłu węglowego. Ponad to, chodnik był nieprawidłowo przewietrzany, a podziemny transport źle zorganizowany. Fakty z aktu oskarżenia Akt oskarżenia jako pierwsi, bo w lutym 2008 r. mają sporządzony Marian D., prezes firmy Mard oraz Ewa K., prezes firmy Góreks. Dotyczy poświadczenia nieprawdy w dokumentacji przetargowej na usunięcie sprzętu z likwidowanej ściany w kopalni. D. został skazany przez Sąd Rejonowy w Rudzie Śląskiej na rok i dwa miesiące więzienia w zawieszeniu oraz grzywnę. Według sądu wymierzona prezesowi Mardu kara jest adekwatna do stopnia społecznej szkodliwości czynu. Prokuratura domagała się 1,5 roku pozbawienia wolności w zawieszeniu. Wcześniej, bo 26 marca br. K. dostała dziewięć miesięcy w zawieszeniu oraz grzywnę. Szef firmy Mard, Marian D. oskarżony jest też o sprowadzenie niebezpieczeństwa dla życia górników i niedopełnienie obowiązków w zakresie bezpieczeństwa i higieny pracy. W połowie września br. prokuratorzy na ławie oskarżonych chcą posadzić już 27 osób. Z pośród nich tylko 9 przyznało się do zarzucanych im czynów. Oni poddadzą się karze dobrowolnie, poszli nawet na współpracę z prokuraturą. Akt oskarżenia liczy 200 stron. Najcięższe zarzuty spoczywają jednak na dyrektorze kopalni, Kazimierzu D., któremu grozi 12 lat więzienia. To maksimum za 23 ludzkie istnienia! Taka sama groźba zawisła nad głównym inżynierem ds. wentylacji. – Mamy mocne dowody – mówi Michał Szułczyński z Prokuratury Okręgowej w Gliwicach. Dodaje, że dużo pomogli zwykli pracownicy kopalni, nakierowując, gdzie i jakich dokumentów należy szukać. Proces rozpoczął się 14 listopada. Przed sądem stanęło 27 osób, w tym właśnie były dyrektor kopalni i kierownik działu wentylacji, Marek Z. Im grozi najwięcej, bo do 12 lat więzienia. Większość spośród oskarżonych ciągle pracuje w górnictwie, niektórzy wciąż w kopalni „Halemba”, część dorabia do emerytury w firmach związanych z branżą. Zdumienie publiczności wywołała informacja Marka Z., który na pytanie sądu o miejsce zatrudnienia oświadczył, że pracuje w Centralnej Stacji Ratownictwa Górniczego jako inspektor ds. ratownictwa. Po trwających blisko dwie godziny czynnościach proceduralnych prokurator rozpoczął odczytywanie początku aktu oskarżenia. Nadzieje po dwóch latach Dotychczasowa praktyka działania komisji, badających przyczyny wypadków w górnictwie węgla kamiennego, nakazywała być sceptycznym co do możliwości dojścia przez nie do prawdy o tym wypadku. Jak dotąd, najczęściej po kilku miesiącach pracy takich komisji, powstawał raport, który stwierdzał, że za wypadek nikt nie jest odpowiedzialny, żadnych zagrożeń nie dało się przewidzieć, a wszystkie procedury zostały zachowane. Coś się jednak w polskim górnictwie zmienia. Coś pękło w samych górnikach. Nie boją się już mówić. Przerywają milczenie. Ich zeznania stanowią twardy materiał dowodowy. – „Halemba może być dowodem, że coś się zmieni. Że nikt już nigdzie nie będzie zabijał pracowników w pogoni za zyskiem, albo dla oszczędności. Że skończy się czas bezkarności i zrzucania odpowiedzialności za takie tragedie na pracowników, którzy zginęli – uważa przewodniczący WZZ „Sierpień 80”, Bogusław Ziętek. Jego zdaniem, całe załogi górnicze oczekują maksymalnych kar dla winnych zbrodni w KWK „Halemba”. W rozpoczętym właśnie procesie sądowym górnicy ze wszystkich śląskich kopalń upatrują nadzieję na zmianę. Na zmianę na lepsze. Liczą, że coś się w końcu zmieni, a oni sami będą spokojniejsi zjeżdżając te 1 200 metrów w dół. Tylko surowy wyrok sądu pozwoli uwierzyć w sprawiedliwość. Da pewność, że dyrektor kopalni X czy Y nie będzie już bezkarny. Nie wolno nam zapomnieć o tym, co 21 listopada 2006 r. stało się w Rudzie Śląskiej, ponad kilometr pod ziemią. Nie wolno więcej dopuścić, by chęć zysku stała ponad ludzkim życiem. Nie wolno! |