Kraj Lewica w Polsce Marcin Starnawski: Lewica na boisku prawicy, czyli oswajanie rasizmu i nie tylko
Marcin Starnawski: Lewica na boisku prawicy, czyli oswajanie rasizmu i nie tylko PDF Drukuj Email
Ocena użytkowników: / 4
SłabyŚwietny 
Lewica w Polsce
Wpisany przez PMB   
sobota, 15 stycznia 2011 08:02

Niekiedy poglądy działaczy i sympatyków lewicy, z którymi można zetknąć się na forach internetowych i na łamach prasy, budzą moje szczere zdumienie. Od czasu do czasu ludzie deklarujący się jako lewica zdradzają wyraźną skłonność do oswajania tych punktów widzenia, które zalicza się do klasycznego repertuaru ideowego prawicy. Działaniom tym przyświeca szczytny skądinąd cel mobilizacji społeczeństwa wokół idei równości ekonomicznej. Lewaków niecierpliwi organizacyjna słabość lewicy oraz wrogość najważniejszych instytucji życia społecznego względem otwarcie lewicowych wartości, zwłaszcza należących do dorobku radykalnych ruchów emancypacyjnych. W rezultacie część lewicy odtwarza strukturę myślenia konserwatywnego lub wręcz narodowo-socjalistycznego, z jego hierarchią spraw, obrazem pożądanego ładu społecznego i zachowawczą wizją kultury.

Proponuję przyjrzeć się głównym wątkom tego myślenia oraz sposobom przenikania ich do dyskursów lewicy. Rekonstruuję je w postaci „czystych” bądź „idealnych” (w sensie Weberowskim) typów argumentacji, bez wskazywania nazwisk, nazw organizacji czy tytułów czasopism, blogów i portali. Ograniczam się do kilku przykładów, poprzestając na teoretycznym nakreśleniu problemu.

Główne komponenty ideologii nacjonalistycznej w polskim kontekście to nacisk na kategorię „interesu narodowego”, a także specyficzna wizja „wspólnoty narodowej”. „Interes narodowy” definiuje się tyleż szeroko, co niejasno. Dyskurs ten służy głównie do wymazania wewnętrznych konfliktów i napięć w obrębie społeczeństwa. W praktyce „interes narodowy” oznacza zwykle interes krajowych klas dominujących i związanych z nimi elit politycznych. Aby zmobilizować społeczeństwo wokół tej kategorii, wykorzystuje się nastroje lub ruchy „oddolne”, mające źródło w historycznych cierpieniach (niechęć wobec innych państw narodowych, zwłaszcza postrzeganych jako niegdysiejsi wrogowie-gnębiciele np. Niemcy, Rosja); uzasadnione presją konkurencji w ponadnarodowej przestrzeni nierównego podziału pracy i bogactwa między centrami i peryferiami kapitalizmu (Unia Europejska); będące korelatem stricte rasistowskich wyobrażeń o świecie, przyswojonych w procesie socjalizacji (czarnoskóry prezydent Stanów Zjednoczonych jako „koniec cywilizacji białego człowieka”, Żydzi jako antyteza polskości, Arabowie jako religijno-cywilizacyjne zagrożenie, Romowie jako element degenerujący „zdrową” tkankę społeczną itp.). Prawicowe konstrukcje „wspólnoty narodowej” dopuszczają marginalną obecność czy reprezentację mniejszości etnicznych, narodowych i wyznaniowych, wiążą etos „patriotyczny” z tradycyjnymi wzorami męskości i kobiecości oraz przypisanymi do nich rolami społecznymi, a także postulują rygorystyczne normy moralne i „właściwe” modele zachowań w odniesieniu do życia rodzinnego czy seksualnego. Odrzucają też pozbawione etnocentryzmu przywiązanie bądź inspiracje kulturowe, piętnując postawy kosmopolityczne lub chociażby odżegnujące się od obowiązku lojalności narodowej. Źródła tych norm nie są co prawda jednolite – od „pragmatycznego” konserwatyzmu, poprzez fundamentalizm katolicki, po rasistowskie idee białej supremacji czy panslawizmu – jednak tworzą, jakkolwiek zróżnicowane, pole dyskursów odwołujących się do schematów percepcji dominujących we względnie mało zróżnicowanym kulturowo i etnicznie społeczeństwie powojennej Polski.

Powyższe elementy składają się na dość typowy obraz nacjonalizmu jako zjawiska ograniczonego do prawicy bądź skrajnej prawicy. Media głównego nurtu nie dostrzegają rasizmu w działaniach liberalnych, centroprawicowych oraz centrolewicowych sił politycznych, które otwarcie odcinają się od skrajnej prawicy. Sztandarowym przykładem może być zaangażowanie polskiej armii w wojnach Busha i Obamy, wpisujące się w imperialistyczną politykę, racjonalizowaną antyislamską i antyarabską ideologią „zderzenia cywilizacji”, prowadzoną pod przykrywką „misji”, „demokratyzacji” lub „obrony wartości zachodnich”. Fetysz „bezpieczeństwa narodowego” wymaga ofiar i są to nie tylko ofiary afgańskie czy irackie. Czy ktoś pamięta jeszcze wyrzucenie z Polski sześć lat temu pochodzącego z Jemenu poznańskiego imama, oskarżonego o domniemane (nigdy nie udowodnione) „powiązania z terrorystami”? Wydaje się, że forpocztą nacjonalizmu i rasizmu w wersji neokolonialnej nie był na przestrzeni ostatniej dekady „kaczyzm” (ten przyszedł w zasadzie na gotowe, mocarstwowe fantazje okraszając histerią antyrosyjską i fobią antyhomoseksualną), ale lewica spod znaku SLD i Unii Pracy. Lewica głównego nurtu w Polsce nie tylko weszła do obozu zachodniej prawicy neokonserwatywnej, ale – wraz z uległością wobec Kościoła i kapitalistów – realnie przyczyniła się do przesunięcia całej sceny politycznej w Polsce na prawo.

Przyswajanie elementów nacjonalizmu lub takiego sposobu myślenia, który toruje drogę nacjonalizmowi czy rasizmowi, nie jest wyłącznie dziełem wspomnianych partii politycznych, ale również radykalnych środowisk dystansujących się od głównych partii lewicy i centrolewicy. Elementy dyskursów nacjonalistycznych czy kryptorasistowskich pojawiają się od czasu do czasu w kręgach określających się jako komunistyczne, a nawet wśród osób przyznających się do sympatii anarchistycznych, choć, rzecz jasna, uwaga ta nie dotyczy tych środowisk en masse. Lewica adaptuje ideologie skrajnej prawicy raczej pośrednio niż wprost. Zwykle przystosowanie to przybiera formę „kompromisu”, nie zaś otwartych deklaracji politycznych (do wyjątków należy sojusz grupy określającej się mianem „radykalnej”, „lewicowej” i „komunistycznej” „z nacjonalistami działającymi w Falandze, którzy cechują się wrogością do obecnego systemu kapitalistycznego i zgodnie z dialektyką stanowią obecnie siłę godną nawiązania współpracy”). „Kompromis” ten zawarty zostaje nie tyle z liderami ugrupowań prawicowych, ale z „masami”, a raczej z wyobrażeniem „mas pracujących” bądź „klasy robotniczej, które rzekomo cechuje konserwatyzm obyczajowy (w odniesieniu do rodziny, ról genderowych czy seksualności), tradycyjna religijność i przywiązanie do Kościoła, a także ksenofobia i homofobia. Według lewicowych zwolenników „kompromisu”, „większość” społeczeństwa, a więc „zwykli ludzie”, albo nie mają nic wspólnego na przykład z problemami mniejszości, albo czują się zagrożeni, gdy się o tych problemach mówi.

Założenia teoretyczne, polityczne i etyczne tego rodzaju „kompromisu” można zrekonstruować następująco:

1. Przeciwstawienie „ekonomii” i „kultury”. Trzeba „najpierw” zająć się polityką gospodarczą i socjalną, aby nie zniechęcać bądź nie prowokować konserwatywnych, tradycyjnych i patriotycznych środowisk, które tworzą większość społeczeństwa. Prowadzenie „wojen kulturowych” to podejmowanie kwestii abstrakcyjnych, nierealnych i dalekich „zwykłym ludziom”. Niekiedy spotkać się można ze stwierdzeniem, że „rozwiązanie kwestii socjalnych” automatycznie doprowadzi do rozwiązania problemów rasizmu, ksenofobii, seksizmu i innych form dominacji. W praktyce strategia taka prowadzi do marginalizacji działań emancypacyjnych realizowanych przez ruchy antyfaszystowskie i antyrasistowskie, środowiska mniejszości seksualnych, ruchy feministyczne oraz organizacje na rzecz świeckości państwa i przestrzeni publicznej.

2. Sprawy krajowe są ważniejsze niż działania na poziomie międzynarodowym. Najpierw należy zająć się problemami „naszego społeczeństwa” (narodu), nawet jeśli ceną będzie odrzucenie międzynarodowego solidaryzmu, obojętność względem sytuacji i statusu imigrantów lub ludności w innych krajach (zarówno klas spauperyzowanych w społeczeństwach Północy, jak i zdominowanych warstw ludności na obszarach globalnego Południa). Przekonanie takie usuwa w cień idee solidarnościowo-alterglobalistyczne i rodzi niechęć lub obojętność wobec inicjatyw o charakterze internacjonalnym.

3. Inne założenie głosi, że etos patriotyczny i kultura związana z katolicyzmem są tak mocno powiązane z dominującym modelem socjalizacji w Polsce, że poddawanie ich krytyce lub choćby wstrzemięźliwość względem nich oznacza ryzyko wyobcowania i izolacji lewicy w społeczeństwie. „Nachalne” głoszenie tolerancji i domaganie się na przykład praw mniejszości, miałoby stanowić formę niedopuszczalnej autorytarnej interwencji w świadomość „mas”. Niekiedy dorzuca się tu argument o różnicy klasowej dzielącej inteligenckich działaczy lewicy od „prostych ludzi”. Choć różnica taka niewątpliwie istnieje i stanowi dla lewicy wyzwanie socjologiczne, argument ten służy głównie do promowania postaw antyintelektualnych, co rzekomo ma zbliżać do „mas” i oddalać od „wyalienowanej inteligencji” (argumentacja antyintelektualna pochodzi zresztą na ogół z szeregów samej inteligencji).

4. Stereotypy i uprzedzenia etnocentryczne oraz homofobiczne są na ogół nieszkodliwe, gdyż mniejszości w dzisiejszej Polsce nie stanowią ani licznej, ani ważnej części społeczeństwa. Założenie to prowadzi do porzucenia działań edukacyjnych i politycznych zorientowanych na przykład na walkę z mową nienawiści lub bagatelizowania ich znaczenia. Niekiedy może oznaczać też ignorowanie ideologicznego kontekstu przestępstw nienawiści (hate crimes), zgodnie z dominującym wzorcem realizowanym i powielanym przez instytucje systemu sprawiedliwości, policję i część mediów (np. atak antysemicki jako „wybryk chuligański”, a nie incydent rasistowski).

5. Inny rodzaj argumentacji nie wyklucza wprawdzie zainteresowania kulturą jako sferą istotną politycznie, jednak posługuje się nią w sposób esencjalizujący, przeciwstawiając „prawdziwą” kulturę narodu (państwa narodowego) „zewnętrznym” procesom kulturowej hybrydyzacji. Kosmopolityzm czy pojawiające się w mediach i niektórych przestrzeniach wielkomiejskich przejawy wieloetniczności bądź „wielokulturowości” traktuje się jako narzędzia hegemonii globalnego kapitału, którym skutecznie przeciwstawić można tylko „autentyczność” kulturowo-narodową, „kompromisowo” kojarzoną z katolicyzmem i zachowawczością. Niektórzy ze zwolenników takiego poglądu określają się mianem „konserwatywnych antyglobalistów”.

6. Ponadto w części środowisk lewicowych czy liberalno-lewicowych pojawia się specyficzny stosunek do imigrantów, zwłaszcza wywodzących się z kultur muzułmańskich. Sprzeciwiamy się islamowi w imię obrony swobód obyczajowych, tolerancji i ogólnie „wartości europejskich”. W wersji „miękkiej” ten sposób rozumowania sprowadza się do postulatu ograniczonej tolerancji: „zgadzamy się na wolność słowa i wyznania, ale nie dopuścimy do zawłaszczenia przez nich naszej kultury”.

Część lewicy w Polsce przyswaja sobie zatem prawicowy sposób widzenia świata, ale to jeszcze nie wszystko. Problem stanowi również zbieżność niektórych postulatów skrajnej prawicy i lewicowych ruchów społecznych. Dwa najważniejsze punkty to opór wobec neoliberalizmu oraz sprzeciw wobec udziału Polski w wojnach imperialistycznych. Wprawdzie uzasadnienia często wyglądają odmiennie, jednak podnoszona przez prawicę retoryka obrony „interesu narodowego” (bez problematyzacji różnic interesów klasowych w obrębie „narodu”) czy walki z „obcym kapitałem” (bez problematyzacji wyzysku pracowników w Polsce i gdzie indziej przez „kapitał polski”) trafia niekiedy na podatny grunt. Podobnie rzecz się ma z obsesyjnym tropieniem lobby „żydowskiego” czy „syjonistycznego” w kontekście interwencji zbrojnych Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie i „syjonistycznej piątej kolumny”, która wymusza poparcie polskich elit dla izraelskiej polityki na palestyńskich terenach okupowanych.

Prawicowe strategie mobilizacji politycznej opierają się na swoistym „wyzysku ideologicznym”: uspołecznienie w ksenofobicznej kulturze służy do kanalizacji frustracji i gniewu o podłożu socjalnym. Opór nie zwraca się przeciwko niesprawiedliwym strukturom gospodarczym czy instytucjom władzy symbolicznej, ale przeciwko ideologicznie konstruowanym obcym. Beneficjentami tego rodzaju eksploatacji napięć społecznych są zwykle liderzy i ideolodzy prawicy, a szerzej – system, który dzięki tego rodzaju zabiegom trwa nienaruszony. Przyjmując konserwatywne schematy, niektórzy lewicowcy odwracają się od najważniejszych elementów polityki radykalnej, do których należy upowszechnianie i wzmacnianie perspektywy antynacjonalistycznej. Ważne jest przede wszystkim demaskowanie fałszywego uniwersalizmu „wspólnoty narodowej” (polegającego na zacieraniu różnic klasowych), podważanie neoliberalnych definicji „interesu narodowego” w ramach Unii Europejskiej (zwykle chodzi o interes polskich przedsiębiorstw na unijnym „wspólnym rynku”, rzadko zaś o interesy polskich pracowników w innych krajach), a także tworzenie motywacji dla członków partii, związkowców czy zwolenników polityki na rzecz sprawiedliwości społecznej do przekraczania podziałów narodowych czy kulturowych w ramach praktycznej współpracy i wymiany doświadczeń ponad granicami. Lewica jako transformatywna siła polityczno-kulturowa odrzuca cichy kompromis z konserwatyzmem czy neofaszyzmem i zwraca się ku (A) integracji oraz upodmiotowieniu różnych kategorii ofiar kapitalizmu, (B) uwzględniając ich specyficzne doświadczenia, (C) łącząc różnorodne potrzeby, roszczenia i dążenia, tak aby (D) wypracować „uniwersalizm pluralistyczny” w ramach współczesnej walki klasowej i innych działań emancypacyjnych.

Słyszałem ostatnio o aktywistce na rzecz praw człowieka, która przyłączyła się do kampanii przeciwników budowy warszawskiego meczetu. Mogę zrozumieć uwiedzenie retoryką obrony praw kobiet, choć dziwić może w tym koalicyjnym przedsięwzięciu antymuzułmańskim alians obrońców praw człowieka z organizacjami rasistowskiej i mizoginicznej prawicy. Bardziej zaskakuje mnie fakt, że poczytne „krytyczne” czasopismo udostępniło swoje łamy dla pobrzmiewającego faszystowsko-antysemicką retoryką głosu publicysty bolejącego nad antyklerykalizmem czasu wojny domowej w Hiszpanii („liberte albo muerte! – jak musieli pokrzykiwać polskojęzyczni żołnierze Brygad Międzynarodowych podczas egzekucji frankistowskich księży”). „Polskojęzyczni” to w domyśle wykorzenieni internacjonaliści czy kosmopolici – znany prawicowy eufemizm na określenie Żydów. Co redakcja chciała przez tę publikację osiągnąć? Zagrać w pluralizm czy uprawomocnić się w oczach konserwatywnej reakcji? Jeszcze bardziej kuriozalny wydaje się wywiad udzielony ultraprawicowemu portalowi przez przedstawiciela organizacji lewicowej, w którym działacz ów krytykuje „skrajnie prawicowy rodowód” jednej z lewicowych partii. To prawda, że krytykowana organizacja ma nacjonalistyczną przeszłość, jednak w ostatnich latach wykonała gigantyczną pracę, aby włączyć środowiska pracownicze w politykę emancypacyjną realizowaną przez ruchy feministyczne i LGBT, a także nawiązać kontakty z internacjonalistyczną lewicą za granicą. Czyżby zatem w grze o niezbyt wygórowaną stawkę, jaką jest dla radykalnej lewicy w Polsce zaistnienie w mediach, łatwiej było przystać na pogawędkę ze skrajną prawicą i w jej trakcie żalić się na „konkurencję” z powodu – o ironio! – „skrajnie prawicowego rodowodu” tej ostatniej, niż wesprzeć jej obecne dążenia antynacjonalistyczne? Nie wiadomo, jaka będzie organizacyjna, polityczna i ideologiczna przyszłość rzeczonej partii. Można jednak przypuszczać, że granie na prawicowym boisku nie przyniesie niczego dobrego. Podobnie, jak nie przysłuży się lewicy konserwatywna mimikra, pobłażliwość dla ksenofobii czy antyintelektualizm odbierający narzędzia analizy społecznej zarówno złaknionym sukcesów liderom, jak i ludziom, których pragną mobilizować „przeciwko systemowi”. Zwycięzcą pozostanie prawica, która czerpie systemowe profity z ideologicznej uległości i cynizmu niektórych lewicowców względem konserwatywnego ładu kulturowego, Bojaźliwość wobec realnych emancypacyjnych wyzwań XXI wieku wiedzie na manowce.

Tekst ukazał się w kwartalniku „Bez Dogmatu”.

 

Nie ma kapitalizmu bez rasizmu.

Malcolm X
Reklama