Rządząca ekipa, jak ryba roweru, potrzebuje jakiegoś sukcesu, bo jedynym sukcesem do tej pory jest eskalacja społecznych protestów. Wymyśliła sobie więc nowe święto narodowe – 4 czerwca. Władza ma jednak mały problem. Z jednej strony będzie świętować sama, za murami wawelskiego zamku. Z drugiej strony „Solidarność” mówi, że to ich święto i organizuje z tej okazji mszę pod stocznią. Ja natomiast śmiem twierdzić, że zdania w społeczeństwie mogą być co najmniej podzielone. Nie każdy widzi w tym powód do święta. Większość ludzi ma to naprawdę w d…użym poważaniu, bo nie odczuwa, by coś na tym wygrała. Dla nich to tylko moment, jak napisał to ktoś w internetowym komentarzu, w którym obecna elita dorwała się do koryta i nawet kijem trudno ją dziś od niego oderwać.
Ale skoro jest tyle szumu wokół tego faktu, to przypomnijmy sobie, co się tak naprawdę wtedy w Polsce wydarzyło Przed 4 czerwca Po likwidacji „Solidarności” i ogłoszeniu stanu wojennego panowało w aparacie partyjnym przekonanie, że z problemami gospodarczymi jest w stanie poradzić sobie samodzielnie, bez udziału społeczeństwa. Od połowy lat 80. u części działaczy PZPR, z powodu coraz większej systemowej niewydolności zbiurokratyzowanej gospodarki, zaczęło się rodzić przekonanie, że nie będzie to jednak możliwe. Takie same postawy zrodziły się u części działaczy podziemnej „Solidarności”, którzy porzucili już pomysł, by komuniści byli ozdobą drzew zamiast liści. Rozbrajająco szczerze ujął ten stan rzeczy w 1985 r. Adam Michnik, pisząc w jednym ze swych tekstów – „Dla komunistów może to być droga do uzyskania legitymizacji, dla nas zaś droga do godziwego życia”. Pisząc to wtedy, zapewne nie przypuszczał, że to życie będzie aż tak „godziwe”. Partia chciała się dogadać i komunizm zlikwidować, bo w tej partii komunistów już nie było. Tym bardziej stało się to możliwe, że na Wschodzie, dokładnie do tego samego zmierzał już Gorbaczow. Miała jednak problem, z powodu którego, sama transformacji ustroju dokonać nie była w stanie. Ciągle była przecież partią robotniczą. Potrzebowała więc legitymizacji i wspólników. Tych, którzy szczerze i zupełnie interesownie kapitalizm pragną budować. Dlatego wyciągnęła rękę do Wałęsy, Michnika, Mazowieckiego i Geremka, mówiąc im – „Podzielimy się”. Przyjmując, że takie właśnie, jak wyjaśnił naczelny Wyborczej, były motywy obu stron, można lepiej zrozumieć to, co się stało później. Oficjalnym powodem rozpoczęcia rozmów władzy z wybraną przez siebie opozycją były strajki, które wybuchły w maju i sierpniu 1988 r. Choć dziś mówi się, że władza musiała ustąpić pod naporem społecznych żądań, to trzeba powiedzieć szczerze, że strajki te nie były szczególnie silne. Miały one charakter, jak zwykle, głównie ekonomiczny, oraz w wielu miejscach domagano się również dodatkowo ponownej legalizacji „Solidarności”. Gdy trzeba było, sztucznie je podtrzymywano, by nie wygasły, zanim spełnią swą rolę. A potrzebowała ich i opozycja jako elementu nacisku na władzę, ale także i władza, która w oczach własnego aktywu potrzebowała usprawiedliwienia konieczności rozmów z „elementem antysocjalistycznym”. Gdy jednak tylko powstały dobre warunki, by rozmowy zacząć, Wałęsa jeździł do Stoczni i innych miejsc w kraju, by strajki gasić. Rozpoczęły się pierwsze półoficjalne spotkania Kiszczaka z Wałęsą, potem była debata Wałęsa–Miodowicz, by następnie po burzliwych obradach X plenum KC, ten ostatni wyraził zgodę na porozumienie i rozpoczęcie rozmów przy „okrągłym stole”. Wiadomo, że część rozmów o charakterze tajnym odbywała się w podwarszawskiej Magdalence. Wszyscy ich uczestnicy do dziś zaprzeczają, by doszło tam do jakichś tajnych układów opozycji z komunistami. Trudno dociec, jak było naprawdę. Nie wdając się w spiskowe teorie dziejów, można mimo wszystko pytać, czemu te rozmowy były różne od tych, które prowadzono 9 lat wcześniej w Gdańskiej Stoczni? Jednym z warunków, jakie postawili wtedy delegacji rządowej strajkujący stoczniowcy, przed rozpoczęciem rozmów, była ich całkowita jawność. Negocjacje MKS z delegacją rządową nadawane były z sali BHP Stoczni im. Lenina przez rozmieszczone na terenie stoczni megafony do zgromadzonych tłumnie na placu stoczniowców. A tłum groźnym pomrukiem reagował na każde niezadowalające go zdanie, przywołując w razie czego negocjatorów do porządku. Żadne układy ponad głowami robotników nie były więc możliwe. W 1989 r. tzw. opozycja nie miała już nic wspólnego z tamtą „Solidarnością”. A popłuczyny po 10-milionowym ruchu, po kilku latach działalności w podziemiu, nie tylko zatraciły swój demokratyczny rodowód, ale i związek z zakładami pracy, w których „Solidarność” od lat była już nieobecna. Dlatego też, samozwańczy reprezentanci społeczeństwa, skupieni w Komitecie Obywatelskim przy Lechu Wałęsie nie żądali już jawności prowadzonych rozmów. Jedni chcieli się przecież legitymizować, a drudzy zacząć w końcu godnie żyć. Nie potrzebne były do tego flesze. W podziemnej „Solidarności” i robotników niewielu zostało. Związek przestał być związkiem i skręcił zdecydowanie na prawo. Ci, co pozostali, jak Wałęsa, Frasyniuk czy Bujak, zdążyli się już przecież zmienić w prawdziwych „intelektualistów”. W 1980 r. władza dogadywała się z robotnikami. W 1989 r. już tylko z elitami niemającymi nic wspólnego z polskimi robotnikami. Z elitami, które w krótkim czasie okazały się ich największym wrogiem. Oczywiście, prócz obietnicy półwolnych wyborów, z dużą niechęcią po obu stronach reaktywowano także i samą „Solidarność”. Michnik, w połowie lat 80., gdy już oczami wyobraźni widział dzień, w którym komuniści podzielą się władzą z jego opozycją, przestrzegał przed zbyt silnym związkiem, który w nowej Polsce może stanąć na drodze radykalnych, niekorzystnych przecież, dla tych których reprezentuje, przemian ustrojowych. Dla związków zawodowych w owej rzeczywistości nie przewidywano żadnej ważnej roli, dlatego symboliczne było już to, że podstolik związkowy przy Okrągłym Stole jako jedyny nie wydał nawet końcowego komunikatu ze swych obrad. Związek zalegalizowano, ale narodził się na nowo, zupełnie inny, bez żadnej fety, jak niechciane przez nikogo dziecko, osiągając w najlepszym dla siebie okresie 1/3 swej dawnej wielkości. Solidarnościowe elity robiły zaś wszystko, by ta nowa „Solidarność” nie nabrała dawnego znaczenia. Zamiast walczyć o prawa pracownicze, związek rozpinał parasol nad skrajnie antyspołeczną polityką Balcerowicza, dając legitymację i wiarę swym ówczesnym przywódcom, że zarówno historia, jak i walka klas się skończyły, a klasa robotnicza musi ponieść gorzkie koszty transformacji. Wybory Zapowiedziane w komunikacie końcowym obrad okrągłego stołu wybory odbyły się 4 czerwca. Tzw. niezależni kandydaci, a w praktyce tylko ci skupieni w Komitecie Obywatelskim i posiadający fotografię z Wałęsą, odnieśli wielki sukces. Zdobyli wszystkie możliwe do zdobycia mandaty w Sejmie (161) i 99 spośród 100 w Senacie. Przepadła również lista krajowa, na której znaleźli się najbardziej znani działacze PZPR. Siła legendy Wałęsy była wtedy rzeczywiście duża. Tylko jeden mandat w senacie otrzymał człowiek spoza KO – Henryk Stokłosa. Całkiem możliwe, że tylko dlatego, iż startujący w tym samym okręgu z KO „Solidarność” Piotr Baumgart, jako jedyny nie zrobił sobie fotki z Lechem. Przypominając te pierwsze półwolne wybory, nie bez powodu przemilcza się fakt, że nie wszyscy byli zadowoleni z układu zawartego przy Okrągłym Stole. Skoro dzień ten ma funkcjonować jak święto niepodległości, to i wmawia się nam, że nikt inaczej tych wydarzeń nie oceniał. A trzeba pamiętać, że wiele ówczesnych ugrupowań, takich jak choćby PPS-Rewolucja Demokratyczna, Wolność i Pokój, „Solidarność Walcząca”, odrzucały porozumienie zawarte przy Okrągłym Stole, wzywając do bojkotu wyborów. Choć trwały rozmowy z opozycją, a nielegalna jeszcze „Solidarność” mogła robić już 1 maja swoją demonstrację, to działacze opozycji, której komuniści nie uznali za godną rozmowy, nadal byli szykanowani, aresztowani, a ich demonstracje były brutalnie rozbijane przez milicję. Równolegle do obrad okrągłego stołu, o czym nikt dziś nie wspomina, zorganizowano Kongres Opozycji Antyustrojowej, w którym uczestniczyli przeciwnicy okrągłostołowych negocjacji. Wśród nich byli przedstawiciele KPN, PPS-Rewolucja Demokratyczna, „Solidarności Walczącej”, Ruchu „Wolność i Pokój” oraz Grupy Roboczej Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”. Ponad 120 uczestników spotkania zatrzymała Służba Bezpieczeństwa. Również ci, którzy zdecydowali się na start w wyborach, choć ich półwolny charakter kwestionowali, jak KPN, z góry byli skazani na porażkę. „Solidarność” miała czas w telewizji oraz pieniądze od amerykańskiego Kongresu i tamtejszej Polonii na plakaty i ulotki. Miała też od początku wysokonakładowy oficjalny dziennik – Gazetę Wyborczą oraz Tygodnik Solidarność. Inni nie mieli nic. Byli więc bez szans. Frekwencja w poprzedzających je wyborach w 1985 r. była najniższa od początku PRL, ale i tak osiągnęła 79 proc. W pierwszych półdemokratycznych wyborach, które rzekomo 20 lat temu społeczeństwo tak przeżywało, frekwencja w pierwszej turze osiągnęła tylko 62 proc. Dziś może się to wydawać dużo, ale wtedy nie była to żadna rewelacja i trudno dziś mówić, że w tej sprawie był ogólnospołeczny konsensus. W drugiej turze spadła już ona do 25 proc. Dwa lata później, w 1991 r. w pierwszych wyborach, które nie miały już żadnych ograniczeń, zadowolonych z tej „wolności” (zapewne od pracy), na wybory poszło już tylko 42 proc. Polaków. Z czego odnotowano 6 proc. głosów nieważnych, czyli takich, na których skreśla się wszystkich i pisze, w najlepszym razie – a żeby was szlag trafił! Tak w rzeczywistości świętowali Polacy tzw. wolne wybory Po 4 czerwca Jednemu nie można zaprzeczyć. Te konkretne wybory miały ogromne późniejsze konsekwencje. Wkrótce po nich rozpoczął się prawdziwy demontaż instytucji socjalnych państwa i restauracji kapitalizmu w jego najgorszej neoliberalnej formie. Dawni opozycjoniści zaczęli w końcu „godnie” żyć, ale ogromna część społeczeństwa tę godność w wolnej Polsce u traciła. W krótkim czasie nasz kraj wylądował na szczycie statystyk. Tych niechlubnych, niestety. Zdobyliśmy pierwsze miejsca w Europie w takich sprawach, jak: – najwyższe – w tak długim okresie – bezrobocie, – najniższą stopę zatrudnienia, – najniższy procent bezrobotnych otrzymujących zasiłek z tego tytułu, – największe bezrobocie wśród młodzieży, – największą w stosunku do ludności stopę ludzi emigrujących, – najwyższy w UE procent dzieci niedożywionych lub nawet głodujących, – jeden z najwyższych poziomów społecznego rozwarstwienia i wykluczenia. Dla jednych jest to więc święto, dla innych dzień żałoby narodowej. Z wolnej Polski, która ponoć narodziła się po 4 czerwca, uciekło już kilka milionów ludzi. Drugiej Irlandii nie ma i nie będzie. A obecna władza może się już tylko pocieszać, że przecież wszyscy wyjechać nie mogą. Ktoś musi przecież zostać i porządkować grób babci. Źródło: Trybuna Robotnicza |