|
Prywatyzacja sześciu mazowieckich PKS-ów przez Mobilis, należący do grupy Egged, miała przynieść polepszenie jakości usług dzięki odnowie taboru i „lepszemu dopasowaniu rozkładów jazdy do potrzeb pasażerów”. I co z tego wyszło?
Ponad pół roku po prywatyzacji, jedynym widocznym efektem są cięcia w rozkładach jazdy i odwołane kursy, spowodowane… złym stanem technicznym autobusów. Pracownikom proponuje się zaś zmniejszenie pensji. Pomimo tego, Ministerstwo Skarbu Państwa szykuje się do sprzedaży kolejnych PKS-ów, między innymi na Górnym Śląsku, Mazurach, w Opolu. Coraz więcej ludzi zdaje sobie pytanie, czy po zakończeniu procesu prywatyzacji PKS-y nie będą jeździły tylko na rentownych kursach między dużymi miastami, a głównym środkiem komunikacji dla mieszkańców mniejszych miejscowości nie stanie się… autostop.
Odbywająca się wiosną zeszłego roku prywatyzacja siedmiu mazowieckich PKS-ów ( w Ciechanowie, Mińsku Mazowieckim, Mławie, Płocku, Przasnyszu, Ostrołęce i Gostyninie) od początku budziła wiele wątpliwości. Pojawiały się głosy, że – dla zapewnienia ciągłości przejazdów pasażerskich, bez względu na ich zyskowność – najlepsza byłaby komunalizacja, czyli przejęcie przez samorządy. Plany te upadły jednak, ponieważ nie było nimi zainteresowane Ministerstwo Skarbu Państwa – jego przedstawiciele oficjalnie opowiedzieli się za prywatyzacją.
Wywołało to zrozumiały niepokój pracowników i związków zawodowych w prywatyzowanych PKS-ach. Gdy wyraźnie faworyzowana przez Ministerstwo firma Mobilis ogłosiła pierwszą propozycję „pakietu socjalnego” (zawierającego zaledwie dwuletnią gwarancję zatrudnienia dla kierowców i roczną dla pozostałych pracowników, lub redukcji zatrudnienia nie przekraczającego 10 procent), niektórzy związkowcy nazywali to nawet „draństwem i łobuzerstwem”. Już wtedy Mobilis sugerował, że nie jest zainteresowany utrzymywaniem nierentownych połączeń. W niemal wszystkich PKS-ach szykowano się do protestów, zapowiadano pikietę przed Ministerstwem. Ostatecznie jednak strajk wybuchł tylko w gostynińskim PKSie, który jako jedyny uniknął prywatyzacji i po wielu perypetiach został skomunalizowany. Regionalni liderzy dużych związków zawodowych – „Solidarności” i OPZZ-u – woleli usiąść za stołem negocjacyjnym i pójść na kompromis, niż strajkować. Efektem była prywatyzacja 24 czerwca sześciu PKS-ów, zatrudniających dwa tysiące pracowników. Jednak, aby uniknąć dalszych protestów, Mobilis zmuszony był zaoferować lepsze warunki – pięcioletnią gwarancję zatrudnienia i obietnicę inwestycji w tabor. Po dokonanej sprzedaży przedstawiciele Mobilisu, Ministerstwa Skarbu i mazowieckiej „Solidarności” zapowiadali świetlaną przyszłość dla pracowników PKS-ów i pasażerów. Publicznie wyrażali także żal z powodu tego, że nie udało się sprywatyzować również PKS-u w Gostyninie. Co wyszło z tych zapowiedzi?
Cięcia kursów i „propozycje nie do odrzucenia”
Zapowiadanych inwestycji w tabor jak na razie nie widać, pomimo że w ciągu pierwszych trzech lat miało być zainwestowane blisko 100 mln złotych, z tego 80 proc. – w ciągu osiemnastu miesięcy od prywatyzacji (upłynęła już niemal połowa tego czasu). W zimie pojawiły się za to skargi pasażerów – przede wszystkim dojeżdżających do Płocka z mniejszych miejscowości – że niektóre autobusy po prostu nie przyjechały, inne były opóźnione. W ten sposób pozbawieni zostali możliwości dojazdu do pracy. Dyrektor płockiego PKS-u tłumaczy się, że autobusy pozamarzały. Dodatkowo ograniczono godziny otwarcia dworca w Sierpcu, który zaczął być zamykany w soboty. Również tutaj ludzie skarżyli się, że muszą czekać na mrozie na spóźniające się autobusy. Podobnie było w Mińsku Mazowieckim – spóźnione lub odwołane pojazdy, brak informacji. Czy tak wygląda „europejski standard”, który obiecywał Mobilis?
Zamiast poprawy oferty, płocki PKS zlikwidował jesienią osiem najbardziej nierentownych kursów, dyrektor Henryk Nawrocki nie wyklucza później kolejnych likwidacji. Nie ma się czemu dziwić – już w wywiadzie dla „Gazety Płock” z 9 lipca 2010r. prezes Mobilisu, Eugeniusz Szymonik, zapowiadał, że „ jeśli zajdzie konieczność, najbardziej nierentowne połączenia zlikwidujemy”. Jak widać, obietnice poprawienia sieci połączeń okazują się zwykła blagą. Było do przewidzenia, że prywatny właściciel będzie kierował się przede wszystkim rentownością kursów – co oznacza tyle, że niedochodowe połączenia, zapewniające dojazd do pracy i szkół mieszkańcom małych miejscowości, mogą zniknąć. Interes prywatnego właściciela, który kieruje się zyskiem, nie jest tym samym, co interes społeczeństwa – ale podejmując decyzję o prywatyzacji PKS-ów, Ministerstwo Skarbu udawało, że o tym nie wie. Nie pierwszy raz za tego rządu, który sprawia wrażenie, że che po prostu pozbyć się jak najszybciej państwowych przedsiębiorstw, by załatać dziurę w budżecie.
„Naszym celem, oprócz wzmocnienia potencjału, pozycji rynkowej oraz efektywności przejętych PKS, będzie także zapewnienie stabilności i rozwoju zawodowego pracowników spółki” – zapowiadał Szymonik po podpisaniu umowy. Jak na razie „rozwój zawodowy pracowników spółki” polega na tym, że Mobilis zaproponował wszystkim pracownikom obsługi i administracji PKS-ów przejście na trzy czwarte etatu, z odpowiednio zmniejszonymi zarobkami. Jak się nieoficjalnie dowiadujemy – tak naprawdę pracownicy mieliby pracować taką samą liczbę godzin, tylko za trzy czwarte dotychczasowej pensji. Jest to oczywista próba obejścia prawa, jak i gwarancji zapisanych w pakiecie socjalnym, gdzie pracodawca zobowiązał się również do nie pogarszania (w ciągu pięciu lat) warunków umów o pracę: w zakresie wysokości wynagrodzenia, stanowiska i miejsca wykonywania pracy. Zmiany wprowadzane są bez jakichkolwiek konsultacji ze związkami, a pracownicy wzywani są na indywidualne rozmowy, gdzie namawia się ich do „dobrowolnego” podpisywania oświadczeń – co również może być uznane za łamanie kodeksu pracy. Tylko w Mławie „propozycja” dotyczy ponad 160 pracowników, jak dotąd zgodziło się na nią zaledwie kilku. Co dalej zrobi Mobilis? Nie wiadomo. Nieoficjalnie mówi się jednak o dużo dalej idących cięciach w przyszłości – m.in. likwidacji stacji obsługi pojazdów w Płocku, ograniczania kursów w Mińsku Mazowieckim i Przasnyszu, przenoszeniu pracowników do innych oddziałów spółki. Gdyby te informacje się potwierdziły, oznaczałoby to, że Mobilis nie dąży do żadnego rozwoju PKS-ów, a jedynie do ich zwijania. Na razie mamy próbę robienia oszczędności na najgorzej zarabiających pracownikach.
Mazowiecka „Solidarność” zapowiada, że nie zaakceptuje proponowanych zmian, i skarży się na łamanie ustaleń przez Zarząd. To płacz nad rozlanym mlekiem. W historii prywatyzacji w Polsce po 1989r. Najczęściej zdarzało się, że nowy właściciel starał się wykorzystywać luki prawne w pakietach socjalnych, by pozbyć się pracowników, lub po prostu łamał ich ustalenia. Przy bierności państwa, stojącego zdecydowanie częściej po stronie przedsiębiorców, niż pracowników, mogą się oni czuć bezkarni. Związkowcy powinni o tym wiedzieć – i właśnie dlatego, nie zgadzać się na prywatyzację. Obecnie walka o prawa pracownicze będzie dużo trudniejsza – jednak, gdyby związki i pracownicy PKS-ów się na nią zdecydowali, wciąż możliwa. Potrzeba by jednak było zdecydowania na protest, którego przynajmniej w dużych związkach zawodowych wyraźnie brakuje. Tragiczne jest to, że pomimo oczywistego łamania przez Mobilis warunków umowy prywatyzacyjnej, nikt ze związkowców w PKS-ach nawet nie myśli o tym, by wywrzeć na Ministerstwo nacisk w celu ich renacjonalizacji – jak widać, wszyscy przyzwyczaili się już do samowoli pracodawców.
Na stronie internetowej płockiego PKS-u można znaleźć następującą informację: „65-letnią historię PKS tworzyli ludzie – pracownicy tej firmy. To oni wybudowali trwałe fundamenty, na których firma powstała 65 lat temu. Mozolnym, wieloletnim, ofiarnym trudem pomnażali jej dorobek, budowali jej dzisiejszą pozycję”. Czy dzisiaj pracownicy mają się zgodzić na zniszczenie pozycji firmy – i swoich miejsc pracy – przez prywatnego właściciela?
Przykład Gostynina
Tylko PKS Gostynin nie został przejęty przez Mobilis. 4 maja ubiegłego roku w firmie wybuchł trwający 17 dni strajk. Organizowały go wszystkie związki zawodowe, zaś na czele komitetu strajkowego stał Edward Chojnacki, przewodniczący Związku Zawodowego Pracowników Transportu Samochodowego. Po zawieszeniu strajku odbyły się jeszcze negocjacje związkowców z Mobilisem, jednak – nie dowierzając pakietowi socjalnemu – nie zgodzili się oni na prywatyzację. Dziś widać, kto miał rację. Jednak kilka miesięcy temu na związkowców z Gostynina prowadzono prawdziwą medialną nagonkę. „(…) wypada trzymać kciuki, żeby nie powtórzył się przykład PKS Gostynin, tylko w większej skali” – pisał 11 sierpnia Marcin Piasecki w „Dzienniku Gazecie Prawnej”. W tym samym tekście nazywa on żądania gwarancji zatrudnienia „absurdalnymi”, związkowców oskarża o działanie na szkodę spółki, a rządowi życzy, by prywatyzował „dużo, szybko i sprawnie”. „ Gostynin to przykład braku odpowiedzialności zbiorowej ze strony szefów lokalnych struktur związkowych” – tak pisał z kolei w tej samej gazecie Mikołaj Budzanowski, wiceminister Skarbu odpowiedzialny za transport (w tym za prywatyzację PKS-ów). Do piewców prywatyzacji i krytyków związkowców z Gostynina dołączył również Grzegorz Iwanicki z Regionu Mazowsze NSZZ „Solidarność”:
„ (…) zarząd firmy Mobilis oraz związki zawodowe uznały ten trudny kompromis za sukces. Dzięki temu możemy oczekiwać, że firma Mobilis ma poważne zamiary co do swojej roli w rynku przewozów w Polsce (…) PKS Gostynin wybrał inną drogę i jest to wyłącznie decyzja osób tam pracujących. O tym, że jest to decyzja ryzykowna informowaliśmy załogę tej firmy” („Dziennik Gazeta Prawna”).
Czy dzisiaj związkowcy z „Solidarności” nadal oceniają prywatyzację mazowieckich PKS-ów za sukces? Jeżeli nie, może wypadałoby przyznać, ze sprzedaż ich Mobilisowi była błędem, i należało – tak, jak zrobili to związkowcy z Gostynina – protestować, domagając się komunalizacji?
Jak widać – zarówno w samym Ministerstwie, jak i wśród neoliberalnych dziennikarzy obawiano się, że związki w innych prywatyzowanych przedsiębiorstwach pójdą za przykładem Gostynina. Dodajmy, że związkowców wzywano do zapłacenia… 112 tysięcy złotych, jako rekompensaty za legalny strajk, oraz grożono im sądem, zaś Ministerstwo utrudniało komunalizację gostynińskiego PKS-u, m.in. wprowadzając do umowy ze starostwem dodatkowe zapisy. Komunalizację udało się przeprowadzić dopiero w grudniu, po zmianach, jakie w Gostyninie przyniosły wybory lokalne. Trzeba mieć dużo uporu, by nie ulec powszechnej pod rządami PO presji na prywatyzację.
Co z pozostałymi PKS-ami?
W wielu częściach kraju rozstrzygnięcie sprawy dopiero nastąpi. Do prywatyzacji PKS-ów w Częstochowie, Lublińcu, Cieszynie oraz Katowicach przymierza się firma Veniro, na PKS Opole chętkę ma koncern Veolia, dążący do tego, by mieć 25 proc. udziału w polskim rynku międzymiastowych przewozów autobusowych. Wiceminister Budzanowski zapowiada pozbycie się przez Skarb Państwa wszystkich PKS-ów do połowy 2011r. Już dziś, na podstawie tego, co dzieje się ze sprywatyzowanymi PKS-ami, można stwierdzić, że będzie to oznaczało odcinanie małych miejscowości od jakichkolwiek form transportu zbiorowego. Pozostaną „zyskowne” kursy między dużymi miastami. Jak to się ma do interesu społecznego? Nijak, ale neoliberałowie z PO założyli, że transport publiczny ma służyć przede wszystkim zyskowi, a nie społeczeństwu. Nawet średniej wielkości PKS przewozi rocznie około 5 mln pasażerów (według wyliczeń Ministerstwa). Jeżeli dojdzie do drastycznego ograniczania kursów – skutki społeczne będą straszne. Kilka miesięcy temu widzieliśmy – na przykładzie tragedii w Drzewicy – do czego prowadzi destrukcja publicznego transportu, destrukcja miejsc pracy w małych miejscowościach. W interesie swoim własnym oraz pasażerów, pracownicy prywatyzowanych PKS-ów muszą walczyć o zachowanie publicznej własności swoich przedsiębiorstw. Jak widzieliśmy na przykładzie PKS-Gostynin – nawet niewielka, ale zdeterminowana grupa pracowników może powstrzymać prywatyzację.
Wojtek Orowiecki
Tekst ukazał się na stronie Polskiej Partii Pracy – „Sierpień 80”. |