Kraj Walki społeczne Paweł Szelegieniec, Kraków: Walka przeciwko likwidacji Młodzieżowych Domów Kultury
Paweł Szelegieniec, Kraków: Walka przeciwko likwidacji Młodzieżowych Domów Kultury PDF Drukuj Email
Ocena użytkowników: / 2
SłabyŚwietny 
Kraj - Walki społeczne
Wpisany przez piotrek   
środa, 14 grudnia 2011 00:07

W listopadzie 2011 roku wiceprezydent miasta Krakowa Anna Okońska-Walkowicz zaproponowała likwidację Młodzieżowych Domów Kultury i ewentualne przejęcie ich przez stowarzyszenia (organizacje pozarządowe) lub przekształcenie w „placówki kultury” (ta wersja szybko okazała się nieaktualna). Zdaniem Okońskiej, MDKi jako „relikty poprzedniego ustroju” są nierentowne, a na dodatek łamią zasady... sprawiedliwości społecznej, ponieważ ich liczba jest za mała (11 placówek), by mogły do nich uczęszczać wszystkie krakowskie dzieci.

 

Propozycja „reformy” w  sektorze edukacji pozaszkolnej, do którego zalicza się MDKi, ma wynikać z troski o budżet i dług miasta, który w wyniku absurdalnej polityki rządców Krakowa rozrósł się do prawie 200 mln zł, m.in. za sprawą irracjonalnej przebudowy dwóch stadionów miejskich na Euro 2012 (mimo że Kraków został skreślony z listy miast, w których będą rozgrywane mecze), a także z powodu światowego kryzysu gospodarczego, za który jak wszyscy wiemy odpowiadają „żyjące ponad stan” społeczeństwa, nie zaś banki i nieodpowiedzialni politycy kapitalistyczni. Warto dodać, że wiceprezydent zaproponowała również likwidację trzech szkół podstawowych jako „niedochodowych”. Tak więc, dziura budżetowa, jaka powstała, ma teraz być zasypywana pieniędzmi przeznaczanymi na edukację.

Projekt zmian doprowadził do bardzo rzadko widzianej w Krakowie mobilizacji społecznej -  w obronie MDKów jako dóbr publicznych, służących dzieciom i zwiększających poziom kultury społecznej. Od lat możemy zaobserwować ogólny spadek poziomu kultury i zanik krytycznego myślenia o świecie, do czego walnie przyczynia się serwowanie nam przez media państwowe i prywatne komercyjnej i prymitywnej papki, skierowanej tylko najmniej wymagających gustów. „Misja” szkoły i mediów sprowadza się obecnie do kreowania nie refleksyjnej jednostki, ale oportunisty i karierowicza.

Atak na MDKi wpisuje się w neoliberalną strategię zrzucania kosztów realizacji interesów prywatnych (włodarzy miasta i wielkiego kapitału prywatnego) na społeczeństwo, w tym przypadku na dzieci i ich rodziców, mimo że nie ponoszą oni żadnej odpowiedzialności za tragiczny stan finansów miasta, a także prywatyzacji usług publicznych.

Demonstracja w obronie MDKów

7 grudnia 2011 roku miała miejsce demonstracja w obronie likwidowanych MDKów. Liczba uczestników wahała się pomiędzy 500 a 600 osób, zgromadzonych na niewielkim placu przy Radzie Miasta, gdzie na początku 2012 roku ma być głosowany projekt zmian dotykających MDKi.

W demonstracji uczestniczyli pracownicy i wychowankowie Młodzieżowych Domów Kultury, rodzice i sympatycy MDKów, krakowscy działacze Alternatywy Socjalistycznej i Federacji Anarchistycznej oraz związkowcy z NSZZ „Solidarność” i „Solidarności 80” i politycy PiS.

Zgromadzeniu przewodził działacz „Solidarności 80” Ryszard Majdzik, który już na wstępie powiedział, że protest popierają „wszystkie związki zawodowe” Krakowa, a społeczeństwo nie pozwoli by „dzieci wychowywała ulica”. Zadeklarował również, że „jak będzie trzeba to na ulicę wyjdzie i 20 tysięcy ludzi”.

Do protestujących wyszła wiceprezydent miasta, inicjatorka likwidacji MDKów, która z miejsca zarzuciła organizatorom protestu „manipulowanie dziećmi”, co spotkało się ze zrozumiałą  reakcją zgromadzonych w postaci okrzyków „kłamstwo!” i „precz z tą Panią!”.

Negatywnym akcentem akcji było zbyt nachalne promowanie przez Majdzika radnych i  posłów PiS, którzy chcieli wykorzystać protest do swojej propagandy politycznej. Na szczęście, zgromadzeni zachowali dystans wobec polityków mainstreamu, niekiedy wyrażając niezadowolenie z powodu ich dojścia do głosu (tak było głównie przed wystąpieniem posła Andrzeja Dudy). Zjawiło się także dwóch radnych PO, którzy zachowali się w sposób koncyliacyjny i dość mętnie  zadeklarowali, że będą przeciwko likwidacji MDKów. Zdecydowanie negatywnie wypadł przewodniczący Rady Miasta, który bronił idei likwidacji, co siłą rzeczy spotkało się z bardzo negatywną reakcją protestujących.

Protest przebiegał w bojowej i kolorowej atmosferze. Wiele MDKów przyszło w strojach kostiumowych i wykonywało niewielkie występy artystyczne. Na transparentach mogliśmy przeczytać cytaty z prezydent Okońskiej, w których atakowała ona rodziców, że nie jest prawdą, iż do MDKów uczęszczają dzieci rodziców biednych, ponieważ „do MDKów chodzą tylko dzieci rodziców troskliwych”, a takimi jak wiadomo rodzice ubożsi z mocy definicji być nie mogą...!

Niestety dało się odczuć brak skoordynowania działań MDKów, brak wspólnego ustalenia mówców. Ostatecznie mikrofon został zmonopolizowany przez działacza „Solidarności 80”, promującego PiSowców, zamiast pracowników i dyrektorów domów kultury.

Atak Gazety Wyborczej

W dniu protestu, dziennikarka „GW” Olga Szpunar opublikowała własną relację z demonstracji (MDK-i. Gwizdy i transparenty pod magistratem) a później także odpowiedź na krytykę (Listy. Krakowscy „oburzeni” przed magistratem - „Precz z tą panią!” nie jest gotowością do dyskusji, 10 XII), w których to tekstach starała się przedstawić całą akcję jako działania pracowników, pracujących na wygodnych posadkach, bojących się „restrukturyzacji” i cynicznie wykorzystujących nieświadome niczego dzieci do obrony swoich partykularnych interesów. By jeszcze bardziej zohydzić protest podała „przykłady” niekulturalnych wypowiedzi, jakie miały paść ze strony protestujących, pod adresem prezydent Okońskiej („Okoń to kurdupel”), a cały protest streściła w stwierdzeniu, że „była to pieniacka pikieta, pełna wyzwisk i nienawiści”.

Wypowiedzi autorki stanowią standardową praktykę, kiedy chce się przedstawić protest społeczny w złym świetle. W wielkim tłumie ludzi, kiedy górę biorą zrozumiałe emocje, trudno oczekiwać, by pod adresem rządzących nie padały „obraźliwe” stwierdzenia. Trudno się też dziwić okrzykom „precz z tą Panią”, kiedy zaczyna ona swoje przemówienie od ataku na protestujących! Impertynencja władzy i to jeszcze tej deklarującej, że działa w imieniu społeczeństwa zawsze powoduje negatywne reakcje.

Jednakże tego typu sytuacje, w żaden sposób nie świadczą o naturze i charakterze protestu, a często nawet mogły zostać zwyczajnie wymyślone, bowiem nie ma żadnej możliwości ich weryfikacji. Dziennikarz, który buduje treść merytoryczną lub atmosferę opisywanych wydarzeń na takich postawach, działa sprzecznie z etosem dziennikarskim. Wykazywanie domniemanego „braku kultury” wśród protestujących obrońców ośrodków kulturowych ma na celu wzbudzić niechęć u opinii publicznej. Nie liczy się dobro publiczne dzieci, chodzi jedynie o pokazanie protestu społecznego jako wybryków hołoty (udającej kulturalną!) i „beneficjentów z pozostałości PRLu”.

Jeszcze gorsze są kłamstwa, jakie autorka zamieściła dla potwierdzenia tez strony z którą (tylko?) sympatyzuje. Pisze m.in., że opłaty nie podrożeją, choć rzut oka na pierwszy lepszy dom kultury, w których odbywają się zajęcia dla dzieci, prowadzony przez stowarzyszenie (np. w podkrakowskim Podłężu. http://www.dkinspiro.nazwa.pl/newsite/viewpage.php?page_id=18) pokazuje coś zgoła przeciwnego. Opłaty za uczęszczanie do quasi-sprywatyzowanych domów kultury wynoszą znacznie więcej niż bardziej symboliczne opłaty w MDKach publicznych. Za pozytywny przykład dziennikarka podaje również ośrodek prowadzony przez stowarzyszenie „U Siemachy”, które przeznaczone jest dla biedniejszych dzieci, serwując im jednakże usługi na poziomie niższym niż MDKi. Warto dodać, że i ten przykład nie jest dobrym argumentem na rzecz likwidacji publicznych MDKów, bowiem „Siemacha” otrzymuje wsparcie finansowe miasta. „MDKi” funkcjonujące jako przedsiębiorstwa rynkowe nie będą w stanie utrzymać obecnej i skutecznie rozszerzyć oferty programowej, ponieważ ich głównym zadaniem stanie się nie dbanie o dobro dzieci, ale pogoń za zyskiem i utrzymaniem się. Ile MDKów spośród 11 będzie w stanie to zrobić? Zapewne niewiele. Tak więc dla neoliberałów, walczących z MDKami sprawiedliwe będzie pozbawić dzieci ich ośrodków, zamiast jeszcze zwiększyć ich ilość, tak by dzieci z innych dzielnic i osiedli mogły również korzystać z tego typu zajęć. Ale do tego potrzeba innej definicji sprawiedliwości niż tylko „kogo stać, niech korzysta” i „co jest dochodowe to ma prawo istnieć, a co generuje za duże koszty, nie ma racji bytu!”. Pamiętajmy również, że „raz jest sponsor, a zaraz go nie ma”, natomiast MDK to cała infrastruktura, ciągły proces doszkalania i ulepszania  świadczonych usług edukacyjnych. Nie można tego zawiesić na jakiś czas, po czym bez problemu odtworzyć. Znacznie trudniej jest odtworzyć usługę publiczną, niż ją utrzymać.

To samo dotyczy praw pracowników, którzy w nowych, kapitalistycznych warunkach działania „MDKów” będą bardziej narażeni na pozakodeksowe umowy śmieciowe, redukcję płac i niestabilność finansową i życiową. Dokładnie ta sama logika przyświecała innym „restrukturyzacjom” w polskiej gospodarce, a teraz ma ona dotknąć kolejną grupę zawodową. Na MDKi co roku z kasy miasta idzie 26 mln, większość na pensję dla nauczycieli. Kolejny raz okazało się, że solą w oku liberałów są „za wysokie pensje”, mimo że w większości nie przekraczają one 2000 zł. Najlepiej, gdyby pracownicy otrzymywali głodowe płace poniżej płacy minimalnej, tak jak ma to miejsce w wielu firmach prywatnych. Zamiast docenić wkład MDKów w likwidację patologii wśród młodzieży, chce się pozbawić motywacji nauczycieli, by przykładali się do swoich zajęć, obniżyć ich stopę życiową i zmuszając do szukania kolejnych możliwości zarobków gdzie indziej, co siłą rzeczy musi odbić się na jakości ich pracy z młodzieżą. Często się słyszy głosy, że wielu „ma gorzej niż nauczyciele, a mimo to nie protestują”. Poglądy tego typu pokazują jedynie, że nadal udaje się rządzącym, reprezentującym interesy kapitału, a nie pracowników, oraz mediom będącym na ich usługach, dzielić pracujących i szczuć jednym na drugich. Zamiast opluwania nauczycieli i zrównywania ich poziomu życia do gorzej sytuowanych, należy walczyć o poprawę sytuacji bytowej i płacowej tych grup klasy pracującej, które żyją w gorszych warunkach. Równać pensje należy w górę, a nie w dół, jak chcą liberałowie.

Nie jest prawdą, że „rodzice i tak płacą na komitet rodzicielski”, a więc nic się w zasadzie nie zmieni. Rodzice owszem płacą, ale tylko ci, co mogą, wielu jest z tych opłat zwolnione po złożeniu stosownej prośby.  Często też opłaty te nie są co miesiąc (jak w prywatnych ośrodkach), ale raz na rok i wynoszą ok. 20-50 zł. Tego autorka już nie była łaskawa zauważyć.

Dziennikarka nie zadała sobie też  trudu, by dowiedzieć się, kim są „pracownicy administracyjni” w MDKach, których kwalifikuje jako zbędną biurokrację, której „zawsze jest za wiele”. Natomiast pracownik taki nie jest od „siedzenia za biurkiem”, ale od organizowania imprez, koncertów, wystaw, tworzenia projektów artystycznych. Stąd nagle wyszła „szokująca” liczba 201 „pracowników administracji” w MDKach.

Sprawiedliwość społeczna a publiczna edukacja

Wielu krytyków istnienia publicznych MDKów powołuje się na ideę sprawiedliwości społecznej jako na oręż w walce z „kolejną grupą uprzywilejowaną nie dzięki swojej pozycji rynkowej”, ale w wyniku szkodliwych decyzji urzędniczych. Gdyby tylko sprywatyzować zajęcia pozaszkolne, tak samo, jak prywatyzuje się inne usługi publiczne, to wtedy przybliżylibyśmy się do sytuacji, jaką można określić, jako „sprawiedliwą”. Naszym zdaniem jest wręcz przeciwnie, a tego typu poglądy to nieporozumienie.

Przede wszystkim odpłatność oznacza ograniczenie korzystania z usług edukacyjnych dla tych, których na nie nie stać. Można to uznać za formę karania dziecka za sytuację społeczno-bytową rodziców, a to już samo w sobie jest skrajną niesprawiedliwością i dyskryminacją biednych.  Jeżeli dodamy do tego inne formy ataków na poziom życia społeczeństwa ze strony rządzących w związku z kryzysem światowym (np. podwyższenie wieku emerytalnego), czy rozkwit umór śmieciowych, dostaniemy bardziej konkretny obraz położenia rodziny w Polsce. Teraz jeszcze ta sama rodzina, jeżeli będzie chciała, by jej dziecko doszkalało się poza obowiązkową nauką do 18-tego roku życia, będzie zmuszona znaleźć kolejne środki na opłatę dotychczas bezpłatnego MDKu.

Kolejny powód dla którego odpłatność edukacji (tak samo, jak i innych usług publicznych) jest sprzeczna ze sprawiedliwością, wynika z charakteru współczesnego społeczeństwa i procesów, jakie w nim zachodzą.

Nie podlega dyskusji, iż możliwość kształcenia, czyli dostęp do wiedzy, stanowi podstawę pomyślnego rozwoju społecznego i indywidualnego.

Wiedza (i jej pochodne w postaci środków dydaktycznych) nie jest własnością tego, czy innego uczonego, szkoły lub uniwersytetu, za którą ten „ma prawo” pobierać przymusowe opłaty. Posiada ona charakter społeczny, bowiem składa się na nią ogół wiedzy stworzonej, bądź odkrytej przez ludzkość na przestrzeni dziejów, do której pełnię praw posiada ludzkość jako całość (czyli suma wszystkich społeczeństw), a przez to każda jednostka z faktu swojej przynależności do społeczeństwa. Istnienie jakościowa różnica pomiędzy indywidualnym korzystaniem ze społecznego bogactwa (w tym wypadku wiedzy), a jego prywatnym zawłaszczeniem przez nielicznych, kosztem pozostałej większości. Dlatego też wszelkie próby prywatyzacji czy komercjalizacji pozyskiwania czy przekazywania wiedzy, jak i osiągnięć naukowych (wywłaszczenia społeczeństwa z jego kolektywnej własności, stworzonej w społecznych procesie pracy przy wykorzystaniu uspołecznionej wiedzy) stanowią akt niesprawiedliwości społecznej i bogacenia się jednym kosztem drugich*. Obecnie, edukacja staje się towarem, co jest pogwałceniem prawa jednostek i społeczeństwa do bezpłatnego dostępu do wiedzy.

Rozumowanie to liberałowie kwestionują zwracając uwagę na fakt, że zarówno w systemie publicznym, jak i skomercjalizowanym, jednostki ponoszą koszty jego istnienia (dotyczy to wszystkich elementów sektora publicznego, nie tylko edukacji). W systemie publicznym ponoszą je także w sytuacji, kiedy z niego nie korzystają. Dlatego też, ich zdaniem, jedynym „autentycznie sprawiedliwym” systemem usług jest sektor skomercjalizowany, ponieważ tylko w nim sami zainteresowani płacą za swoje potrzeby według swojego uznania, dzięki czemu społeczeństwo „nie musi zrzucać się” na kształcenie dla „nielicznych”, bądź na leczenie raka u „osoby prywatnej”! Jest to grube nieporozumienie, skutkujące rozprzestrzenianiem się kultury egoizmu, a nie międzyludzkiej solidarności i współpracy. Przy progresywnej skali podatkowej każdy podatnik obciążony jest (winien być) według swoich możliwości finansowych, tak by mógł istnieć uspołeczniony sektor usług.

Z faktu, że żyjemy w społeczeństwie (a nie na bezludnej wyspie) koniecznym jest istnienie wspólnej odpowiedzialności za dobra publiczne, które, jak już pisałem, nie powinny ulegać procesowi zawłaszczania przez podmioty prywatne dla zysku. Dlatego płacenie podatków jest sprawiedliwe, nawet jeżeli na danym etapie nie korzystamy z systemu publicznego, bądź przestaliśmy korzystać. Otwartą kwestią pozostaje oczywiście to, na ile obecny system usług publicznych, finansowany z podatków, jest zorganizowany we właściwy sposób. Trudno zaprzeczyć, że sektor publiczny w Polsce wymaga gruntownych reform. Jednakże, reformy te muszą być dokonane w duchu usprawnienia usług publicznych i poszerzenia ich dostępności dla całego społeczeństwa, a nie ich dalszej degradacji, cieć finansowych, aż do ich całkowitego upadku.

 

* Analogiczna sytuacja ma miejsce w przypadku prywatnego zawłaszczania społecznych środków produkcji w ramach kapitalistycznego sposobu produkcji. Społeczny charakter środków produkcji wynika zarówno z faktu, że są one rezultatem nagromadzenia wiedzy wielu pokoleń, ale również dlatego, że jedynie w uspołecznionym procesie pracy, czyli w sytuacji wspólnego działania pracowników, mają one swoje praktyczne zastosowanie. Jednostka, wbrew temu co głosi credo liberalizmu, nigdy nie jest sama odpowiedzialna za bogactwo, które wypracowała. Odkąd kapitalizm stał się systemem dominującym na świecie, sposób produkcji uległ daleko idącej reorganizacji, a udział najróżniejszych grup ludności w procesie wytwarzania uległ radykalnemu zwiększeniu, tak samo, jak ilość i jakość ekonomiczno-społecznych zależności strukturalnych. Dlatego też środki wytwarzania, których jednym z elementów jest wspomniana powyżej wiedza ludzka, również winny podlegać uspołecznieniu i demokratycznej kontroli społeczeństwa i pracowników z nich korzystających.

 

Źródło wladzarobotnicza.pl strona Alternatywy Socjalistycznej

Zmieniony: środa, 14 grudnia 2011 00:11
 

Nikt nie zwalcza wolności, zwalcza co najwyżej wolność innych.

Karol Marks
Reklama