|
 Zdziwić się można. Jakiś czas temu (6 lutego 2008 br.) opublikowano w „Gazecie Wyborczej” tekst Anne Applebaum pt. „Dlaczego Ameryka tak chce zmiany”. Tymczasem dokładnie z tych samych powodów, które opisała amerykańska publicystka, tytuł jej artykułu powinien brzmieć raczej: Dlaczego Ameryka tak właśnie nie chce zmiany.
Jak wiadomo, amerykańskie spojrzenie jest, by tak rzec... specyficzne. Czyli: „niesiemy demokrację i wolność w świat, ale u siebie murzynów bijemy”. W naszym kontekście bardziej adekwatne tłumaczenie owej zasady brzmi: „Amerykanie chcą zmiany, bo są kolejne wybory”. To, co w tekście Applebaum, żony Radka Sikorskiego, na pewno było warte opublikowania, można sprowadzić do rzeczywiście ciekawej i politologicznie głębokiej konstatacji: zmiana jest zmianą... Ale kogoż nie zachwycą te wszystkie różowe baloniki, migające confetti, wycie i pisk nastolatek, wykrzykiwane frazesy liderów? Któż nie ogłuchnie i nie oślepnie od tych olśniewających rytuałów bratniej demokracji? Zawsze można powiedzieć: rzeczywiście, formalnie – zmiana. Tylko dlaczego komentatorzy w Polsce wciąż rezonują te bzdury? „Zmiany” – a to dobre! Applebaum pisze: „Amerykanie otwarcie szukają radykalnych alternatyw politycznych” – jeszcze lepsze! Już my dobrze znamy te amerykańskie mity, z lubością powtarzane przez naszych dzisiejszych „sowietologów”. I choć czasy atawistycznego serwilizmu wraz z „prosowiecką” propagandą powoli ustępują, Polacy wciąż chyba nie bardzo sobie zdają na co dzień sprawę z ponurej tradycji, jaka stoi za ich nowym (od 1990 r.) protektorem. Bo gdyby główne media elektroniczne i drukowane pozwalały Polakom wiedzieć również i o tych wszystkich ciemnych sprawkach, to czy stosunek Polaków do USA wciąż byłby tak dziecinnie bałwochwalczy? Takich spraw jest oczywiście cała masa. Należy więc ciągle i na nowo przypominać przynajmniej o tym, że to ponoć „pierwsze wolne, konstytucyjne, liberalne społeczeństwo” u swego zarania całkiem spokojnie eksterminowało czerwonoskórych współmieszkańców, że ci żandarmi wolności np. w drugiej wojnie światowej wcale nie wypowiedzieli wojny Hitlerowi w 1939 r., że to dopiero Hitler musiał im ją wypowiedzieć (w 1941 r.!). Zresztą, podczas gdy amerykańscy chłopcy dzielnie walczyli z rasizmem europejskim, w ich własnej ojczyźnie można było sobie np. kupić pocztówki z tłumami białych mężczyzn stojących pod zlinczowanymi, wiszącymi na latarni Czarnymi. Przecież w tej „największej demokracji świata” segregacja rasowa była na porządku dziennym jeszcze w latach 60. XX wieku! I Demokraci również są odpowiedzialni za tak haniebnie długie trwanie tych wielkich skaz społecznych. To bardzo ładnie, że, jak pisze Applebaum, „przynajmniej część wyborców Obamy głosuje na niego, bo chce wysłać w świat wiadomość: >>nie jesteśmy zamkniętym, rasistowskim społeczeństwem<<”. Lepiej późno niż wcale, tylko dlaczego (bardzo niedawno temu) akurat prawie jedynie Czarni zostali i topili się w Nowym Orleanie? Otóż na Dzikim Zachodzie, gdzie swe bezwzględne rządy nad ludźmi sprawują zielone papierki, demokratyczna sfera publiczna jest w zaniku. I nie mamy tu wcale na myśli jedynie kwestii politycznych, lecz również np. społeczną służbę zdrowia czy rozwiniętą, tanią i ogólnie dostępną komunikację publiczną, którą można by uciec z tonącego miasta. Oczywiście, trzeba też mieć gdzie i za co uciec. Ale bądźmy uczciwi do końca. Dziś utożsamienie amerykańskiej zmiany z tym, że wielkie szanse na bycie Putinem Zachodu ma czarnoskóry, byłoby czymś żenującym (zarówno dla tego, kto mówi takie rzeczy, jak i dla samych Amerykanów). To miałoby może rzeczywiście istotne znaczenie, tylko że w latach 60. czy 70. Dziś wywołuje u nas raczej politowanie: jak ta, nieustannie chełpiąca się sobą, amerykańska demokracja jest jednak ociężała... Przecież sama autorka artykułu, do którego się tu odnosimy, pisze o Obamie: „Zamiast przemawiać do czarnych czy mniejszości, przedstawia wizję Ameryki, w której kolor skóry nie ma już znaczenia”. No to na czym niby ma polegać ta „zmiana”? Jakimś przejściem do tego problemu może być, zabawne w swej dwuznaczności, kolejne zdanie z tekstu publicystki „Washington Post”: Obama „zwrócił się do wszystkich, którzy chcą radykalnej zmiany wizerunku”. Właśnie – to, co się tu zmienia jest tylko „wizerunkiem” – obrazem. A więc jeszcze jeden dowód na „zacofanie”: mocna fala współczesnej, zachodnioeuropejskiej zarazy technokracji politycznej dociera tu dopiero teraz... Bo przecież Applebaum pisze, że dotychczasowe „różnice” między Republikanami a Demokratami starły się, albo wręcz zlały. I to jest ta nowość! Tą zmianą ma być „postpolityka”, marketing polityczny. Ale to nie jest żadna zmiana tylko niemożliwy unik. To nie żadna zmiana, lecz polityczna nędza, kuglarstwo, beżowy puder... Chociaż nie, zaraz – czymś nowym przecież jest, że nareszcie wyłazi tu na wierzch to, jak w strukturze, do tej pory hałaśliwych, retorycznych a pozornych alternatyw, istotniejsza jest jednak milcząca (albo „wysoko umówiona” – wysokiego kontekstu) jedność, „outująca” wszystkie inne polityczne siły czy wizje jakościowych zmian. Tylko czy to akurat obudzi Amerykanów? Wątpliwe. Należy im jedynie współczuć, że tak bardzo spłaszczono ich społeczno-polityczne myślenie, ich polityczne decyzje... W wyborczej demokracji rzeczywiste (a nie tylko formalne) możliwości pluralizmu politycznego są jednak czymś bardzo ważnym. Nie może być bowiem tak, jak w koncepcji podatku liniowego: że silniejsi dostają bonus, że otrzymują przywileje właśnie za to, że są silniejsi i dlatego... stają się jeszcze silniejsi. Potem nikną nam z horyzontu, stając się naszymi bogami – bogami, którzy potem mogą już z nami zrobić co zechcą. Efekt (w istocie antydemokratyczny) jest taki, że tylko bogaci i wielcy mają rację. Bo przecież właśnie taka (analogiczna) jest sytuacja politycznej struktury Stanów Zjednoczonych. Zresztą, by lepiej uzmysłowić, o co nam chodzi, można dać prosty i oczywisty przykład z rodzimego podwórka. Wszyscy dobrze pamiętamy, iż referendum akcesyjne do UE poprzedzała kampania informacyjno-wyborcza. W ostatecznej instancji można było odpowiedzieć jedynie tak („za”) lub nie („przeciw”). A więc istniały dwa równoprawne stanowiska. W teorii. W rzeczywistości bowiem zwolennicy mięli już na starcie ogromną przewagę – choćby czasu antenowego w telewizji publicznej. A przecież uczciwe warunki debaty zakładałyby, że oba stanowiska mają po tyle samo czasu. Bez względu na to (a może właśnie dlatego!) jak układały się wcześniej preferencje wśród wyborców i jak oni ostatecznie zagłosowali, taka jest niestety prawda: niedemokratyczny grzech pierworodny akcesji... Wracając do Stanów Zjednoczonych, ich polityczna struktura jest ewidentnie patologiczna, ponieważ na zasadzie błędnego koła reprodukuje przewagę. Do tego – radosna infiltracja tamtejszej polityki przez biznes musi również wśród wszystkich uczciwych ludzi nasuwać półmafijne skojarzenia. A główne media jeszcze to wszystko podbijają... Mamy tu więc układ dwóch wielkich, kooperujących, od dziesięcioleci podmieniających się (przenikających) „klik-kast” politycznych, które w praktyce zawsze się tylko „pięknie” (mało) różniły – zaledwie pewnymi akcentami na wspólne im sprawy. Mamy tu do czynienia z „kastami”, które (nad)zwyczajnie zmonopolizowały dyskurs polityczny, które bezwzględnie okupują całą przestrzeń polityczną tego kraju. Demokraci i Republikanie to jedna i ta sama karuzela: iluż Amerykanów dostało tu otępiającego zawrotu głowy! Wiadomo, Stany Zjednoczone harują nad „upowszechnianiem demokracji” w świecie sankcjami gospodarczymi lub rakietami. To może dawać upragniony spokój u siebie w domu. Wiemy o czym mowa. I czyż sami Amerykanie nie doświadczali w przeszłości na własnej skórze takich imperialistycznych manewrów (ze strony Anglików)? Naprawdę musi zastanawiać i budzić obawy u każdego, kto ma choć krztynę wyobraźni, to, jak na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci USA stają się coraz bardziej i bardziej agresywnym, nieobliczalnym państwem, jak stają się – w imię nacjo-burżuazyjnych wartości – zagrożeniem dla pokoju na świecie. Każdy powinien zadać sobie pytanie: „po cóż oni wciąż się tak zbroją – zupełnie jak hitlerowskie Niemcy w latach 1934–1938”? Przecież zbrojenia te przekraczają chyba nawet poziom z czasów Zimnej wojny! Jest to niesłychanie niebezpieczne, tymczasem Amerykanie w ogóle chcą ostatecznie pogrzebać i tak już minimalną równowagę sił, budując „Tarczę antyrakietową”. Oficjalne powody budowy są równie bałamutną osłoną, co kompromitujące (i szybko zapomniane) uzasadnianie ataku na Irak. Doskonale wiadomo, że taki system ma służyć możliwości światowego gangsterstwa i szantażu. Ale oficjalna Polska, niczym satelita, ochoczo w tym wszystkim uczestniczy. Amerykanie oczywiście bardzo dobrze czytają serwilizm polskich władz i „elit”. Bezczelnie zadecydowali więc: będą sobie zestrzeliwać nad Polską rakiety państw „osi zła”. Uczynią z Polski obszar strategicznego zagrożenia. Już zresztą zestrzeliwują nad nami swoje satelity szpiegowskie, których części mogą przecież spadać nam na głowy i truć nasze środowisko. A Polacy jeszcze się cieszą, że ich „znaczenie na świecie wzrasta”! Nawet mniejsza już z tym, czy resztki satelity wyrządziły rzeczywiście jakieś szkody czy nie. Niech bowiem Amerykanie strącają swoje satelity nad swoim krajem i społeczeństwem. Tu chodzi o sytuację upokorzenia – wystarczy sobie tylko wyobrazić to święte oburzenie, gdyby dziś np. Rosjanie zestrzeliwali swoje satelity nad Polską! Antydemokratyczne zagrożenie dla świata nie ogranicza się jedynie do kwestii zmilitaryzowanej polityki zagranicznej naszego przodującego imperium – polityki, którą obie firmy polityczne Republikanów i Demokratów prowadziły w zasadzie zawsze po tej samej linii. Rzućmy więc jeszcze okiem na inne wewnętrzne jakości tej demokracji. Pomijając już nawet taką sprawę jak wprost niesamowita sieć inwigilacji swoich własnych obywateli – bardziej idzie o to, iż w amerykańskiej kulturze głównego nurtu wciąż mamy przecież do czynienia z odtwarzaniem najprostszych, zwierzęcych instynktów, pokrywanych legendarnie kiczowatym, hollywoodzkim melodramatem na przemian z hollywoodzkim nacjonalizmem. I ten nowy-stary imperializm kulturowy spotyka się w Polsce z nabożną czcią. Zaiste, takiej „rusyfikacji” jaka jest teraz, jeszcze tu nie widziano! Trzeba sobie jasno powiedzieć – w USA sfera publiczna jest niemal doszczętnie wypalona, nie istnieje tam w zasadzie (oprócz pewnych enklaw) poważne, ogólnonarodowe forum dla istotnej debaty społeczno-politycznej. Takim forum na pewno nie są bowiem przecież poprawne politycznie i komercyjnie zdziczałe media, których szczytami zaangażowania jest co najwyżej „krytyka rozporkowa”. Chyba jeszcze tylko sądy (jeśli chodzi o uznane instytucje) bronią tam (pozorów) demokracji – mimo, iż korumpowanie obywatelskiej świadomości trwa przecież w najlepsze. A u nas ci, którym łaskawie pozwala się wypowiadać w publicznym dyskursie, a więc dziennikarze, publicyści, politycy i „eksperci” o prawomyślnych, konserwatywno-liberalnych, poglądach (ale także „świetni ludzie lewicy” z SLD czy SdPl), tak strasznie wzdychają do tego współczesnego antywzoru zachodniej demokracji i wolności! Tak bardzo pragną powtórzyć to wszystko nad Wisłą: by była tylko Platforma Obywatelska i PIS a pomiędzy nimi wieczny wolny rynek i „katolicka polskość”. Tak bardzo pragną, by Polska stała się wręcz takim kolejnym, 52 stanem, taką kolejną „republiką radziecką” naszych czasów. Zresztą, Amerykanie od dawna już przecież mają ulokowanych w Warszawie swoich dobrych, sprawdzonych ludzi... Tak, w naszym kraju na każdym wręcz kroku widać to urabianie opinii, pranie mózgów. Zaklinanie rzeczywistości stanowi jednak również i przypadłość amerykańskiej publicystki. Niech o tym świadczy choćby rozpaczliwa konkluzja jej artykułu: „ta kampania jest dziwna i ekscytująca z jednego powodu. Wyświechtane, zużyte i wieczne amerykańskie hasło wyborcze: >>Chcemy zmiany<< – zdaje się nagle nabierać realnego znaczenia”. Ależ to desperackie i naiwne! Jakby w przeczuciu, że dało się świadectwo czemuś wręcz diametralnie innemu. Tekst ukazał się w "Trybunie Robotniczej". |