|
Przedmowa tłumacza, Desant partyzantów
8 maja 1967 r. W Wenezueli od pięciu lat toczy się wojna partyzancka. W szeregach Sił Zbrojnych Wyzwolenia Narodowego (FALN) walczą dysydenci z Komunistycznej Partii Wenezueli (PCV), która porzuciła już walkę zbrojną, działacze Ruchu Lewicy Rewolucyjnej (MIR) i zbuntowani wojskowi. Chcą wyzwolić kraj spod panowania imperializmu amerykańskiego i obalić kapitalizm. Chwycili za broń biorąc przykład z rewolucji kubańskiej. Mają jej szerokie i energiczne poparcie. 10 miesięcy wcześniej komendant partyzancki Luben Petkoff wylądował na wybrzeżu z czternastoma wyższymi oficerami armii kubańskiej – doświadczonymi partyzantami.
Teraz lądują przywódca MIR Moisés Moleiro i trzej jego towarzysze partyjni, kubański komendant Raúl Menéndez Tomasevich, dwaj inni wysocy oficerowie kubańscy i kubański lekarz. Na Kubie działacze MIR przeszli szkolenie wojskowe, które osobiście doglądał Fidel Castro. Żegnał ich, gdy wypływali z Santiago de Cuba.
Towarzyszy im 12-osobowy oddział kubański, który ma ich osłaniać podczas lądowania oraz, w charakterze załogi, czterech Kubańczyków pod dowództwem kapitana Antonio Brionesa Montoto. Podczas rewolucji, jako licealista, działał w Ruchu 26 Lipca, który założył Castro, ale po aresztowaniu musiał wyjechać do USA. Potem był w ochronie osobistej Castro, a teraz jest oficerem wojsk specjalnych MSW.
Tony to rewolucjonista z krwi i kości. Marzy mu się zaciąg do ruchu partyzanckiego w Wenezueli. Ma 28 lat. Na wypadek, gdyby nie powrócił z tej niezwykle niebezpiecznej wyprawy, w domu zostawił list do dzieci, aby przeczytały go, gdy podrosną. „Urodziłem się i musiałem dorastać w epoce, w której świat dzielił się na dwie części – na tych, którzy usiłowali go ujarzmić, i na tych, którzy walczyli, aby tak się nie stało; należałem do tych ostatnich”, napisał w tym liście.
Lądowanie przy wysokiej fali jest trudne. Tym, którzy idą do partyzantki, szybko udaje się zniknąć w górach, natomiast załoga kubańska nie może odpłynąć. Jeden Kubańczyk ginie bez wieści. Dwaj inni bezskutecznie usiłują dołączyć do partyzantów, ale ci są już daleko. Wkrótce wpadają w ręce wojska.
W motorówce, w której płynie Tony, zgasł silnik. Fala znosi ją ku plaży w Machurucuto. Tony uznaje, że teraz spełnią się jego marzenia: kazano mu powrócić, ale nie może, więc musi iść do partyzantki. Postanawia dogonić tych, którzy już poszli w góry.
Nic z tego. Otoczony przez żołnierzy wenezuelskich, trafia do niewoli. Na miejscu przesłuchują go po kolei różni oficerowie. Jeden z nich to młodziutki pilot, ppor. William E. Izarra. Spotkanie z Tonym, który następnego dnia zostanie zamordowany, sprawi, że sam stanie się rewolucjonistą.
Będzie działał w konspiracji rewolucyjnej w wojsku. W pierwszej połowie lat 80. ta tajna organizacja nawiąże kontakty z Kubą i nacjonalistami arabskimi na Bliskim Wschodzie. W 1992 r. wielu uczestników konspiracji weźmie udział w nieudanej próbie wojskowego zamachu stanu, podjętej na czele sprzysiężonych oddziałów przez Hugo Chaveza.
Dziś ppłk Izarra jest działaczem wenezuelskiego procesu rewolucyjnego. „Po wielu latach opowiedziałem tę historię niektórym Kubańczykom”, mówi, „i są oni dumni, że Briones Montoto przyczynił się do zmiany światopoglądu pewnego wojskowego wenezuelskiego.”
Poniżej Izarra opowiada ją naszym czytelnikom.
(zmk)
●●●
27 czerwca 2006 r. złożyliśmy hołd pamięci Antonio Brionesa Montoto, oficera kubańskiego poległego w maju 1967 r. podczas desantu w Machurucuto na wybrzeżu wenezuelskim. Tam, gdzie zginął, w 39 lat później odsłoniliśmy tablicę. Przypomnieliśmy wydarzenia i opowiedzieliśmy jego krótką historię, która pozostawiła po sobie ślady w Wenezueli. Podkreśliliśmy jego głębokie przekonania rewolucyjne i nadaliśmy rozgłos jego czynowi jako symbolowi tych, którzy na świecie walczą o rewolucję socjalistyczną. Prowadzą solidarną walkę, nieraz na śmierć i życie.
Dziś ponownie opowiadam tę historię. Opowiedziałem ją kilka lat temu jako wydarzenie, które zapoczątkowało moje poszukiwania rewolucji. Było to przypadkowe spotkanie, które stało się punktem wyjścia w kiełkowaniu, rozwoju i konsolidacji mojej świadomości rewolucyjnej.
W maju 1967 r. byłem podporucznikiem. Miesiąc wcześniej ukończyłem szkołę wojskową. Miałem 19 lat i po raz pierwszy otrzymałem do wykonania zadanie jako pilot wojskowy. Wraz z por. Julio Rodriguezem przybyliśmy do Antypartyzanckiego Teatru Operacyjnego „Destocaribe” w Altagracia de Orituco.
W kilka dni później w Machurucuto wylądowali partyzanci. Załoga śmigłowca podlegała rozkazom komendanta Teatru Operacyjnego. Z Cúpira przyszła wiadomość o desancie. Polecieliśmy na miejsce. W Machurucuto panowało zamieszanie. Wszędzie zgrupowania „łowców” ze wszystkich jednostek skierowanych tam na rozkaz dowództwa Teatru Operacyjnego. Posiłki z innych jednostek wojsk lądowych i piechoty morskiej. Nowe śmigłowce wojsk powietrznych w charakterze wsparcia. Liczne i rozmaite środki łączności z Caracas. Dziennikarze z gazet ogólnokrajowych. Chłopi, którzy poprzedniej nocy byli świadkami desantu. Ruchome zapory wzdłuż całej krajowej autostrady we wschodniej części kraju.
Podczas desantu ze statku „Alecrín”, którym przypłynęli bojownicy rewolucyjni – następnie schronili się oni w górach El Bachiller – schwytano oficera kubańskiego. Wzięto go do niewoli na plaży i umieszczono w silnie strzeżonym namiocie wywiadu. Gdy do tego rejonu przybył komendant, wydał on załodze śmigłowca instrukcje, aby go przesłuchała. Poprosił, abyśmy to zrobili w celu uzyskania informacji o sprawach związanych z działaniami kubańskiego lotnictwa wojskowego i z jego wsparciem dla wenezuelskiego ruchu partyzanckiego.
Tak oto byłem zmuszony wykonać zadanie, którego techniki nie znałem. Nie wiedziałem nawet, jak z nim rozmawiać. Nie miałem zielonego pojęcia, kto to jest. Jak wygląda ten komunista-partyzant, wróg demokracji. Tak czy inaczej, musiałem wykonać rozkaz. Gdy przyszła moja kolej, wszedłem do namiotu. Byłem spięty i zdenerwowany. Szedłem na spotkanie z diabłem.
Jednak ku swojemu zaskoczeniu zamiast demona zastałem anioła. Spotkałem białego, wysokiego, przystojnego mężczyznę, ubranego w zielone spodnie i beżową koszulę, kulturalnego, jasnookiego i bardziej przestraszonego niż ja. Choć powściągliwy, wyłożył mi swoje głębokie myśli egzystencjalne i ideologiczne. Wyjaśnił, dlaczego chciał wziąć udział w walce zbrojnej w Wenezueli.
Solidarność międzynarodowa była dla niego częścią emancypacji narodów. Słusznie powiedział, że Stany Zjednoczone są wrogiem Latynoamerykanów i że amerykańskie działania polityczne zmierzają do panowania nad nimi, tak, aby można było zagarnąć ich zasoby, narzucić im swoją kulturę, swoje wartości, nawyki konsumpcyjne i utrzymać u nich rynki zbytu, na których można komercjalizować swoje produkty.
Z przekonania popierał sprawę tych Wenezuelczyków, którzy chwycili za broń. Dlatego żywiołowo, kierując się swoją wiarą w solidarność międzynarodową, zgłosił się na ochotnika, aby wykonać tę misję rewolucyjną. Nic nie wiedział o działaniach kubańskiego lotnictwa i był gotów oddać życie za swoje zasady.
To, co mi zakomunikował, podważyło moje wyobrażenie o nim, które miałem zanim wszedłem do namiotu, aby go przesłuchać. Ten człowiek walczył o ideały. Nie był tym, za kogo go miałem kilka minut wcześniej. Powiedział mi o sprawach, które zmusiły mnie do waloryzacji jego nieudanego czynu. Przekazał mi myśli, które – jak się okazało – wystarczyły, abym zaczął kwestionować indoktrynację, której przez cztery lata byłem poddany w Wojskowej Szkole Lotniczej.
Gdy następnego dnia wróciliśmy do Machurucuto, on nie żył. Kula z karabinu FAL roztrzaskała mu twarz. Pozostała tylko bródka. W oficjalnym komunikacie podano, że próbował uciec w kierunku plaży i trzeba było strzelać. Od żołnierzy usłyszałem co innego – był rozkaz, aby go zastrzelić. Śmigłowcem ewakuowaliśmy jego zwłoki do szpitala wojskowego w Caracas. Nie wiadomo, co się stało z jego ciałem.
Byłem ostatnim, który widział go nieżywego. Żył będziesz wiecznie, Antonio Brionesie Montoto.
Tłum. Zbigniew Marcin Kowalewski
„Trybuna Robotnicza” nr 28 (40), 12 lipca 2007 r.
|