|
Ollanta Humala nigdy nie był człowiekiem lewicy. To wojskowy o umiarkowanej orientacji nacjonalistycznej i indianistycznej, hołdujący mętnej ideologii „etnocaceryzmu”. Jeśli uzyskał poparcie prawicowego Mario Vargasa Llosy i byłego prezydenta Alejandra Toledo, to nie dlatego, że zrezygnował z dużej części swojego początkowego programu – bardziej radykalnego, gdyż przewidywał on zwołanie Konstytuanty, pewne nacjonalizacje i zmiany w systemie podatkowym – lecz dlatego, że jako kandydat na prezydenta okazał się „materiałem ciągliwym”, podatnym na presje centroprawicy.
Znaczenie zwycięstwa wyborczego Humali nie wynika z jego odwagi i poglądów, lecz polega na tym, że pozwoliło uniknąć ponownego wpadnięcia Peru w ręce represyjnej, skorumpowanej i dyktatorskiej prawicy, która dawniej popierała Alana Garcíę (rządził w latach 1985-1990 i 2006-2011) oraz Alberta Fujimoriego (rządził w latach 1990-2000), a teraz w zwartym szyku głosowała na Keiko Fujimori, otoczoną najgorszymi elementami, które w swoim czasie sekundowały dyktaturze jej ojca.
W tych wyborach pół Peru starło się z drugą połową. Na Humalę głosowali Indianie z gór i z południa kraju, indiańscy mieszkańcy Amazonii oraz ubodzy pracownicy z północnego wybrzeża plus inteligencja przerażona widmem nowej dyktatury fujimorystowskiej. Na Keiko Fujimori głosowała natomiast najbardziej zacofana biedota w wielkich miastach, większość miejskich, konserwatywnych i rasistowskich klas średnich oraz zjednoczona prawica, wspierana i zagrzewana do walki przez ambasadę Stanów Zjednoczonych. Ci, którzy głosowali na Humalę, żądają ziemi, praw, szacunku i godności oraz sprzeciwiają się niszczeniu swoich terytoriów przez zagraniczne firmy górnicze, które w Peru są osią wielkiego kapitału. Ci, którzy głosowali na Fujimori i naprawdę się liczą, to znaczy przedsiębiorcza i rentierska prawica, chcą zapobiec organizacji i mobilizacji środowisk ludowych oraz zdobyciu przez nie przestrzeni, które pozwalałyby im budować swoją władzę. Dlatego, gdy nadeszła wieść o zwycięstwie Humali, natychmiastową reakcją giełdy limeńskiej był katastrofalny spadek kursów akcji, który sprawił, że trzeba było ją zamknąć. Doszło więc do połowicznego puczu finansowego.
Skutki zwycięstwa Humali będą większe w skali międzynarodowej niż w samym kraju, ponieważ jego prezydentura wzmocni Rafaela Correę w Ekwadorze i Evo Moralesa w Boliwii. Ponadto Humala będzie dążył do porozumienia gospodarczego i politycznego z Brazylią, umacniając tym samym – konserwatywne – wpływy brazylijskie w obliczu Stanów Zjednoczonych oraz sprzyjając budowie chińsko-brazylijskiego połączenia wybrzeża Atlantyku z wybrzeżem Pacyfiku. Poza tym pękło centralne ogniwo łańcucha łączącego Kolumbię, Peru i Chile i ciągnącego za Waszyngtonem. Łańcuch ten zapewniał imperializmowi amerykańskiemu kontrolę wybrzeża Pacyfiku w Ameryce Południowej.
Natomiast w samym kraju bardzo prawdopodobne jest to, że Indianie i ubodzy, którzy masowo głosowali na Humalę, zażądają, aby spełnił ich postulaty gospodarcze, społeczne, ekologiczne i demokratyczne oraz wejdą w konflikt z rządem, który nie zechce ani nie będzie mógł stawić czoła wielkim zagranicznym firmom górniczym ani prawicy popieranej przez imperializm.
Humala, jako dobry wojskowy i więzień swoich sojuszników, z pewnością będzie starał się manewrować, stosować fortele i blefować, a w końcu zastosuje represje. W latach 1968-1975, w obliczu niemożności zwycięstwa ruchów partyzanckich i rewolucji, nacjonalistyczny generał Juan Velasco Alvarado dokonał (jak powiedziałby Gramsci) „biernej rewolucji”, zmiótł andyjskie latyfundia i skończył z poddaństwem, aby na sposób kapitalistyczny zmodernizować wiejskie Peru.
Humala nie ma jednak szans nawet na powtórkę z velasquizmu, bo teraz burżuazja nie jest przerażona rebelią indiańską ani nie ma w kraju poważnej lewicy, a sam Humala nie może liczyć na większość dowództwa sił zbrojnych. Jego „postępowość” będzie więc bardzo ograniczona, chyba że Indianie Ajmara z Puno i Keczua z pozostałych regionów andyjskich, biorąc przykład z Boliwii, wyleją się poza ramy, które starał się będzie narzucić im nowy prezydent. W Boliwii, przede wszystkim po to, aby wywrzeć presję na Chile i uzyskać dostęp do morza, narastały będą nastroje sprzyjające częściowemu odrodzeniu – w nowych warunkach konfrontacji z imperializmem amerykańskim i oligarchią chilijską – konfederacji peruwiańsko-boliwijskiej, którą pokonało ongiś przymierze tej oligarchii z imperializmem brytyjskim. Gen. Andrés Avelino Cáceres, zwany „Taitą” (Ojcem) i „Bohaterem Andów”, na którego powołuje się „etnocacerysta” Humala, w końcu rozprawił się z tymi samymi Indianami, na których oparł się, aby wydać armii chilijskiej wojnę partyzancką i pokonać ją w latach 1881-1883.
Jeszcze przed zainstalowaniem się w pałacu prezydenckim, noszącym imię konkwistadora Francisco Pizarro, Humala postanowił ograniczyć się do prowadzenia polityki, która poniosła fiasko za rządów Indianina Toledo (2001-2006), byłego urzędnika międzynarodowych instytucji imperialistycznych. Dodał do niej jedynie obietnicę, że skłoni przedsiębiorstwa górnicze, aby płaciły podatki od swoich zysków nadzwyczajnych, na co one się nie zgodzą.
Prawica i imperializm mają do wyboru albo przygotowanie przewrotu, albo „pokojowe” fagocytowanie nowego rządu poprzez wywieranie na niego presji gospodarczej. Natomiast po przeciwnej stronie barykady, na gruncie ludowego poparcia uzyskanego przez Humalę, alternatywą jest stworzenie takiej lewicy, jaka pogłębiłaby i zradykalizowała zaczynający się obecnie proces.
Odbywałoby się to w warunkach dość długotrwałego zamieszania, ponieważ w Peru nie ma trzonu lewicy antykapitalistycznej ani żadna w miarę poważna siła nie posiada programowych podstaw walki z kapitalizmem. Należy zatem przewidywać ostrą niestabilność społeczną i polityczną Peru pod rządami nacjonalistycznymi chodzącymi po linie.
tłum. Zbigniew Marcin Kowalewski
Tekst ukazał się w miesięczniku Le Monde Diplomatique - edycja polska.
* Guillermo Almeyra jest argentyńskim komentatorem politycznym i profesorem stosunków społecznych na Narodowym Uniwersytecie Autonomicznym Meksyku (UNAM) w Xochimilco. Artykuł ukazał się w meksykańskim dzienniku La Jornada.
[1] „Etnocaceryzm”, zwany również „etnonacjonalizmem”, to ideologia skonstruowana i głoszona przez ojca Ollanty Humali, Isaaca (byłego komunistę) oraz braci Ollanty, Antauro i Ulisesa. Z grubsza polega na łączeniu odniesień do świetności imperium Inków i identyfikacji z „rasą miedzianą” z kultem nacjonalistycznych aspektów tradycji armii peruwiańskiej, które w ideologii tej uosabia gen. A. A. Cáceres, przywódca zbrojnego ruchu oporu wobec chilijskich wojsk okupacyjnych na początku lat 80. XIX w., a później trzykrotny prezydent Peru. Antauro i Ollanta, zawodowi wojskowi, podjęli w 2000 r. akcję zbrojną przeciwko upadającej już dyktaturze Fujimoriego, a w 2005 r. Antauro podjął podobną akcję przeciwko rządom prezydenta Toledo (w tym czasie Ollanta był attaché wojskowym ambasady Peru w Korei Południowej). Za tę drugą rebelię Antauro odsiaduje wyrok 25 lat więzienia. W przeciwieństwie do ojca i braci, uważanych za radykałów, Ollanta uchodzi za umiarkowanego „etnocacerystę”. (Przyp. tłum.) |