|
2 marca, podczas wizyty w Brasilii, amerykańska sekretarz stanu Hillary Clinton zrobiła zabłąkanej owcy z latynoamerykańskiego patio trasero – tylnego podwórka – Stanów Zjednoczonych kazanie. W Wenezueli, oświadczyła, „czekamy na nowy początek polegający na przywróceniu (…) własności prywatnej i gospodarki rynkowej” [1]. Nic nowego pod słońcem. Gdy na początku 2003 r. Wenezuela biła wszystkie rekordy wzrostu gospodarczego, przeciwnicy władzy w tym kraju, a wśród nich Waszyngton i większość wielkich mediów międzynarodowych, nie przestawały „crying, waiting, hoping”, jak w piosence słynnego rockera Buddy Holly’ego. Bańka naftowa wkrótce pęknie, zapewniali w nagłówkach na całą szerokość strony łudząc się rozpaczliwie, że tak naprawdę się stanie.
Tymczasem w ciągu pięciu i pół roku rzeczywisty Produkt Krajowy Brutto Wenezueli wzrósł o 95 proc., ubóstwo zmalało o połowę, a skrajne ubóstwo o 70 proc. Wydatki socjalne na jednego mieszkańca wzrosły trzykrotnie, dostęp do opieki lekarskiej i solidniejszej niż dawniej edukacji znacznie się poprawił. W 2006 r. wyborcy wyrazili wdzięczność ponownie wybierając Hugo Chaveza na urząd prezydenta większością 63 proc. głosów – największą, jaką kiedykolwiek uzyskał.
W ślad jednak za recesją w Stanach Zjednoczonych, która zaczęła się pod koniec 2007 r., gospodarka wenezuelska drepcze w miejscu. W ostatnim kwartale 2008 r. kurs ropy naftowej spadł gwałtownie na rynkach światowych z rekordowego poziomu 99,5 euro za baryłkę do 29,7 euro. Po raz pierwszy od wielkiego lokautu w przemyśle naftowym, który na przełomie 2002 i 2003 r. urządziła opozycja, Wenezuelę ogarnął kryzys; Tak twierdzi opozycja, bo w 2009 r. PKB spadł o 3,3 proc. Modłów wroga Chaveza wreszcie wysłuchano. Podobnie jak to było po euforii z lat 1973-1977, to znaczy po pierwszym szoku naftowym, gdy przestaje padać manna z nieba, może nastąpić jedynie załamanie gospodarcze.
Czy na pewno? Gdy bada się cechy charakterystyczne tego kryzysu, okazuje się, że nie ma w nim nic nieuchronnego. Wydatki sektora prywatnego, które zmniejszyły się już w 2008 r., odnotowały jeszcze wyraźniejszy spadek od chwili, gdy spadł kurs ropy naftowej. W tym czasie rząd mógł wdrożyć plan energicznego ożywienia gospodarczego, forsując wzrost wydatków publicznych, aby skompensować spadek prywatnego popytu. Nie uczynił tego. Przeciwnie, wzrost obsunął się brutalnie – z 16,3 proc. w 2008 r. spadł do 0,9 proc. w 2009 r.
Dla Międzynarodowego Funduszu Walutowego i niektórych innych instytucji finansowych od dawna są dwa ciężary – dwie miary: takie kraje bogate, jak Stany Zjednoczone i Wielka Brytania, stawiając czoło recesji, mogą pozwolić sobie na wielkie deficyty budżetowe, natomiast kraje rozwijające się mają postępować odwrotnie, to znaczy zmniejszać wydatki publiczne i deficyt. Tymczasem to właśnie dzięki planowi zmasowanego ożywienia gospodarczego Chiny poradziły sobie po mistrzowsku i mimo światowego chaosu gospodarczego mogły pochwalić się w 2009 r. wzrostem o 8,7 proc.
Oczywiście, rząd chiński ma tę przewagę, że kontroluje cały system bankowy, toteż mógł zmusić banki do udzielania kredytów wiedząc, przy czym w Chinach inwestycje publiczne stanowią 20 proc. PKB. Warto zresztą wiedzieć, że Boliwia, która nie dysponuje takimi polami manewru, jak Chiny, w odpowiedniej chwili wprowadziła politykę ożywienia gospodarczego, która – proporcjonalnie do rozmiarów gospodarki boliwijskiej – okazała się skuteczniejsza niż amerykańska i w 2009 r. pozwoliła jej uzyskać najlepszy na kontynencie wynik – 3 proc. wzrostu. Natomiast PKB innych krajów tego regionu się skurczył.
Kraje rozwijające się, które w okresie recesji chcą prowadzić politykę ożywienia gospodarczego, powinny ponadto czuwać nad swoimi bilansami płatniczymi utrzymując na dostatecznym poziomie zasoby dewizowe. Tak nie jest w przypadku Stanów Zjednoczonych, które mogą płacić za import swoją własną walutą.
W 2008 r. wenezuelski bilans bieżący wykazywał dużą nadwyżkę – kraj zgromadził dolary. Gdy załamał się kurs ropy naftowej, nadwyżka ta szybka zamieniła się w deficyt… tylko na sześć miesięcy: rząd sięgnął po swoje rezerwy walutowe, aby uregulować rachunki za import. Wcale nie musiał więc pozwolić na skurczenie się gospodarki. Mógł głębiej sięgnąć do tych rezerw, które nadal są bardzo komfortowe – wynoszą ponad 30 miliardów dolarów, walczyć z ucieczka kapitałów, a nawet w razie potrzeby zaciągnąć pożyczki na rynkach międzynarodowych. Zagraniczny dług publiczny Wenezueli jest dość niski (11 proc. PKB), a cały dług publiczny wynosi jedynie 20 proc. PKB. Dla porównania, dług Stanów Zjednoczonych równa się 100 proc. PKB.
Państwu wenezuelskiemu nie brak dewiz na finansowanie ożywienia gospodarczego. Potrzebuje ich jedynie, aby sprostać obciążeniom importowym, które rosną w związku z rozwojem kraju – natomiast w kraju, w którym gospodarka przeżywa kryzys, obciążenia te malałyby – i utrzymać rezerwy dewizowe na odpowiednim poziomie.
Te wszystkie obserwacje wskazują, że wzrost kraju nie aż tak bardzo zależy od kursu ropy naftowej, jak to się na ogół uważa. Rząd dysponuje środkami, które pozwalają mu interweniować w zależności od fluktuacji cen na rynku naftowym, gdyż zadłużenie kraju jest skromne, a jego rezerwy dewizowe są pokaźne.
Od siedmiu lat Wenezuela borykała się jednak z jak najbardziej niepokojącą sytuacją: przeszacowaniem waluty krajowej. W 2003 r. rząd postanowił, że kurs dolara będzie wynosił 1600 boliwarów (1,6 boliwara po denominacji przeprowadzonej w styczniu 2008 r. w proporcji 1000:1). W wyniku dwóch dewaluacji wzrósł w 2005 r. do 2150 boliwarów (czyli 2,15 boliwara).
Z biegiem czasu, z powodu tego stałego kursu przeszacowanie waluty wenezuelskiej tylko wzrosło. Inflacja w Wenezueli była znacznie większa niż u jej partnerów handlowych – w ciągu minionych siedmiu lat średnio wynosiła 20 proc. rocznie. Jeśli przyjmie się hipotezę, że w chwili ustalania stałego kursu waluta nie była przeszacowana, oznaczałoby to, że uległa ona realnej aprecjacji o 130 proc.
Powoduje to automatycznie wzrost cen produktów eksportowych i obniżkę kosztów produktów importowanych, które sztucznie stają się tanie [2]. W takich warunkach Wenezueli trudno jest zmniejszyć wagę sektora naftowego dywersyfikując gospodarkę, a nawet jest to niemożliwe. Faktycznie nic pod tym względem nie zmieniło się od siedmiu lat.
8 stycznia br. rząd wenezuelski, starając się pobudzić rozwój gospodarki produkcyjnej, zahamować import artykułów, które nie są nieodzowne, i sprzyjać produkcji na eksport, przeprowadził dewaluację nazwaną „przystosowaniem boliwara”. Dla większości dóbr zakupywanych za granicą – samochodów, sprzętów informatycznych i telekomunikacyjnych, elektrycznych sprzętów gospodarstwa domowego, usług, tkanin, artykułów luksusowych, tytoniu, napojów itp. ustalono kurs dolara na 4,3 boliwara. Jednocześnie na 2,3 boliwara ustalono kurs dolara na takie nieodzowne wyroby, jak produkty przemysłu spożywczego, produkty związane z edukacją, działalnością naukową i technologiczną, ochroną zdrowia, maszyny i w ogóle produkty z importu przeznaczone dla sektora publicznego.
To „dopasowanie” rozłożone na dwa etapy niewątpliwie przyczyni się do wzrostu inflacji, ale można spodziewać się, że będzie to przejściowy skutek – podobnie, jak to było w przypadku wielkich dewaluacji przeprowadzonych w ostatnich latach w innych krajach (Brazylii, Rosji, Argentynie). Choć jednak „dopasowanie” poprawia konkurencyjność gospodarki wenezuelskiej, prawdopodobnie nie wystarczy.
Jeśli nadal grasować będzie inflacja, waluta na nowo ulegnie realnemu przeszacowaniu. Inflacja sama w sobie – w latach 2008-2009 spadła ona z 30,9 do 25,1 proc. – stanowi drugorzędny problem. O ile na pewno należy z nią walczyć, o tyle zbliża się ona do 20-procentowej poprzeczki, poniżej której – zdaniem większości markoekonomistów, choć nie wszystkich, bo zgody wśród nich w tej sprawie nie ma – nie hamuje ona wzrostu gospodarczego.
Wenezuela na pewno zyskałaby przechodząc na reżim bardziej elastycznego, ale nadal regulowanego kursu walut. Utrzymałaby w ten sposób kontrolę nad kapitałami nie narażając konkurencyjności swojej gospodarki i umożliwiłaby dywersyfikację gospodarki. Oznaczałoby to uzbrojenie się w środki prawdziwej strategii rozwojowej. Jest to dość egzotyczne pojęcie na kontynencie amerykańskim, który od kilku już dziesięcioleci grzęźnie w neoliberalizmie.
Tymczasem kurs ropy naftowej znów rośnie i wynosi dziś 80 dolarów za baryłkę. Choć do przewidywań w tej dziedzinie należy podchodzić z ostrożnością, zgodnie z projekcjami U.S. Energy Information Administration (USEIA) – jednej ze służb amerykańskiego Departamentu Energii USA – kurs czarnego złota będzie rósł regularnie i na horyzoncie 2020 r. osiągnie 98 dolarów za baryłkę [3]. Z drugiej strony U.S. Geological Survey (USGS) poinformował, że w roponośnych piaskach w pasie Orinoko spoczywa 513 miliardów baryłek ropy, co pod względem rezerw sytuuje Wenezuelę daleko przed Arabią Saudyjską, której rezerwy wynoszą 266 miliardów baryłek [4].
Według wszelkiego prawdopodobieństwa, rząd, zachowując kontrolę nad zasobami naftowymi [5] i podejmując konieczne kroki makroekonomiczne, ma jeszcze wolną rękę – może przeprowadzić całą serię doświadczeń gospodarczych, politycznych i społecznych i wyciągnąć z nich użyteczne wnioski.
* Współdyrektor Center for Economic and Policy Research w Waszyngtonie.
[1] Associated Press, 4 marca 2010 r.
[2] Redukcja eksportu produktów nienaftowych w ciągu trzech lat osiągnęła szczytowy poziom w 2009 r. – zmalał on o 44,7 proc. Natomiast import wzrósł w latach 2004-2008 o 190,7 proc. (22 proc. w 2008 r.).
[3] http://www.eia.doe.gov/oiaf/forecasting.html
[4] BBC Mundo, 23 stycznia 2010 r.
[5] Ustawa o węglowodorach stanowi, że państwowa kompania PDVSA musi mieć co najmniej 60-procentowy udział we wszystkich projektach realizowanych wspólnie z firmami zagranicznymi – i to w każdej fazie eksploatacji (wydobycie, przetwórstwo i komercjalizacja produkcji).
Aneks
Naelektryzowana atmosfera
Na kilka miesięcy przed wyborami parlamentarnymi, które odbędą się we wrześniu br., w Wenezueli szerzą się niedobory wody i kryzys energetyczny. W związku z powtarzającymi się przerwami w dostawach prądu opozycja i eksperci wskazują na błędy rządu w planowaniu i konserwacji, a także na niedostatek inwestycji, które rzekomo doprowadziły ten sektor do katastrofy. Rzecz bowiem w tym, że poszczególne regiony zaopatruje w energię elektryczną sieć spółek publicznych – Electricidad de Caracas (EDC, znacjonalizowana w… 2007 r. [1]), Cadafe, Enelco, Edelca itd. 8 lutego br. prezydent Hugo Chávez zadekretował na okres dwóch miesięcy „elektryczny stan wyjątkowy”, zobowiązując ludność i przedsiębiorstwa do zmniejszenia spożycia prądu.
Zastrzegając się, podobnie jak to czyni pewien mieszkaniec Caracas, z którym rozmawiam, że „nie chodzi o to, aby bronić za wszelką cenę rządu”, należy stwierdzić, że opozycja nie ma racji, gdy rozprawia o błędach w zarządzaniu. Wzrost gospodarczy, spadek ubóstwa i rozwój infrastruktur publicznych w latach rządów „boliwariańskich” spowodowały znaczny wzrost popytu na energię. W trzech czwartych kraju dostawy prądu zależą od zapór hydroelektrycznych, odziedziczonych po poprzednich rządach. Wenezuela przeżywa obecnie największą od 1947 r. suszę wywołaną przez zjawisko klimatyczne zwane El Niño. Powoduje to 25-procentowy deficyt wodny i dramatyczny spadek poziomu wody w zaporach, co ogranicza produkcję elektryczności.
Jak przypomina Alí Rodríguez, niedawno mianowany na również niedawno utworzone stanowisko ministra energii elektrycznej, „w ciągu minionych dziesięciu lat dokonano największych inwestycji w produkcję elektryczności w całej historii rządów demokratycznych w naszym kraju, zwłaszcza w produkcję energii cieplnej, która wzrosła piętnastokrotnie” [2]. Jego poprzednicy, popierani przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Bank Światowy, przewidywali budowę czterech nowych zapór, które pogłębiłyby zależność kraju od sytuacji klimatycznej. Natomiast obecny rząd szybko zareagował na kryzys otwierając w całym kraju nowe zakłady energetyczne i zapowiedział, że do 2015 r. podwoi moce produkcyjne, co będzie wymagało inwestycji na sumę 15 miliardów dolarów w budowę elektrowni mazutowych lub węglowych, turbin wiatrowych i innych alternatywnych źródeł elektryczności.
Maurice Lemoine
Tłum. Zbigniew Marcin Kowalewski
„Le Monde diplomatique – Edycja polska”, kwiecień 2010 r.
[1] EDC należała w 82 proc. do amerykańskiej firmy wielonarodowej AES Corporation.
[2] „Rodríguez Araque: Gobierno Bolivariano multiplicó inversiones en sector eléctrico”, http://www.vtv.gob.ve/noticias-ciencia-y-salud/29386 |