Róża wiatrów Bliski Wschód Paweł Michał Bartolik: Netanjahu nie lubi rewolucji
Paweł Michał Bartolik: Netanjahu nie lubi rewolucji PDF Drukuj Email
Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 
Róża Wiatrów - Bliski Wschód
Wpisany przez PMB   
piątek, 25 listopada 2011 12:00

Miał rację Asad Abu Khalil, autor kultowego w niektórych kręgach bloga Angry Arab (www.angryarab.blogspot.com), który stwierdził niedawno, że o przyszłość Izraela nie należy się martwić, gdyż Izrael nie ma przyszłości. O taki obrót spraw nikt zaś lepiej nie zadba, niż trzęsąca tym krajem najgorsza czarna reakcja, od dawna głosząca, że wśród Palestyńczyków brak jest "partnera do pokoju". Rzecz jasna, istotnie trudno o "partnera" do pokoju policyjnego - "pokoju na naszych warunkach", jak to się niegdyś z niezwykłą szczerością wyraziła Cypi Liwni.

Te warunki to zachowanie hegemonii Izraela w historycznej Palestynie i w całym regionie, hegemonii stanowiącej koniec końców jego raison d'etre jako bliskowschodniego "wysuniętego przyczółka" kapitalizmu, imperializmu i białej supremacji. Stąd też, gdy pojawiło się - będące również po części jednym z wyników Drugiej Intifady palestyńskiej - historyczne wyzwanie dla całego niesprawiedliwego porządku światowego, jakim pozostaje rewolucja arabska wraz ze wszystkimi jej składowymi, państwo syjonistyczne objawia w pełni swą wsteczną i wrogą wszelkiemu postępowi ludzkiemu naturę.

Nieuchronna czy niemal nieuchronna jest konfrontacja - z dużym prawdopodobieństwem konfrontacja zbrojna - między siłami uwolnionymi dzięki tej fali rewolucyjnej a kontrrewolucyjnym okiem ciemności, jakim dzień w dzień coraz bardziej i bardziej staje się Izrael.

Gdy w Egipcie wybuchło styczniowo-lutowe powstanie rewolucyjne, które doprowadziło do zmiecenia długoletniego dyktatora Hosniego Mubaraka, establishment izraelski dał obrzydliwy spektakl poparcia dla tego satrapy, wzywając przywódców mocarstw zachodnich, by powstrzymali się z jego krytyką. Kilka miesięcy później, gdy obalony Mubarak zasłużenie został wystawiony na sali sądowej na pokaz w klatce w obecności kamer, obecny premier Izraela Beniamin Netanjahu mówił o nim w wywiadzie, opublikowanym na stronie internetowej saudyjskiej telewizji Al-Arabija, jako o swoim "wspaniałym przyjacielu". (Nawiasem mówiąc, "wspaniali przyjaciele" Izraela jakoś źle w tym roku kończą - miałby tu coś do powiedzenia Jeorios Papandreu, który pomógł Izraelowi w uniemożliwieniu dotarcia tegorocznej Flotylli Wolności do Strefy Gazy.)

Upokorzenie Mubaraka oznaczało automatycznie upokorzenie Netanjahu i jego pstrokatej rządowej świty. Oto gdy w Egipcie utrzymuje się sytuacja rewolucyjna, w wyniku czego wybuchło kolejne powstanie ludowe, tym razem wymierzone w marszałka Husajna Tantawiego i jego Najwyższą Radę Wojskową, która zawłaszczyła egipską rewolucję, izraelski premier jak ranny łoś przeprowadza werbalną kontrrewolucyjną szarżę w Knesecie. "W lutym, gdy miliony Egipcjan wyległy na ulice, komentatorzy i niejeden członek opozycji izraelskiej mówili, że oto widzimy erę liberalizmu i postępu. [...] Mówili, że usiłuję straszyć opinię publiczną, znalazłem się po złej stronie historii i nie widzę, w jakim kierunku idą sprawy" - mówił 23 listopada Netanjahu. Stwierdził następnie, że sprawdziła się jego ocena tych wydarzeń i procesów jako "fali islamistycznej, antyzachodniej, antyliberalnej, antyizraelskiej i antydemokratycznej". Zmiotła wszak takich szczerych demokratów, jak Ben Ali, Mubarak, Kaddafi czy Saleh. Nic to nawet, że Bracia Muzułmanie zdecydowali, że nie wesprą kolejnego powstania w Egipcie, które wybuchło w ostatnich dniach.

Oczywiście, mimo jej wyraźnej nierównomierności, fala rewolucyjna w świecie arabskim istotnie idzie wektorem antyliberalnym, a nieraz wręcz antykapitalistycznym: w czasie kilkuletniej fali strajkowej w okresie przedrewolucyjnym w Egipcie - największej fali strajków na kontynencie afrykańskim od kilkudziesięciu lat - pojawiały się m.in. postulaty podwyżki płacy minimalnej, stałych umów o pracę dla osób zatrudnionych na umowy śmieciowe, wolności zrzeszania się w związkach zawodowych czy renacjonalizacji sprywatyzowanych przedsiębiorstw. Postulaty słyszalne w okresie przedrewolucyjnym stały się tym bardziej słyszalne w okresie bezpośrednio rewolucyjnym. Nie może to podobać się dogmatycznemu thatcheryście, z pewnością dodatkowo zatroskanemu o inwestycje, jakie wielka burżuazja izraelska poczyniła w Egipcie w czasach Mubaraka - szczególnie w tzw. Specjalnych Strefach Przemysłowych. Pochodzące z nich produkty mogą być sprzedawane na preferencyjnych warunkach do Stanów Zjednoczonych pod warunkiem udziału kapitału izraelskiego w wytwarzających je przedsiębiorstwach. Widać też wyraźny wektor antyizraelski (i szerzej, antyimperialistyczny) tej rewolucji: egipskim bohaterem narodowym został "egipski Spiderman", 23-letni Ahmed el-Szahatt, który w sierpniu wdrapał się na 13. piętro budynku, w którym mieści się ambasada Izraela w Kairze, by zerwać izraelską flagę. Sześciokrotnie wysadzano w powietrze rurociąg, umożliwiający sprzedaż egipskiego gazu do Izraela. Kontestowany jest egipski współudział w blokadzie Strefy Gazy. Wreszcie, coraz bardziej stawiany pod znakiem zapytania jest izraelsko-egipski układ pokojowy z Camp David - choć rządzącym wojskowym zależy na zachowaniu status quo, a kierownictwo Braci Muzułmanów pozostaje zainteresowane raczej jedynie korektą traktatu. Nie może to podobać się religijnemu (a raczej: religianckiemu) syjoniście, wywodzącemu ze Starego Testamentu "historyczne prawo" Żydów do historycznej Palestyny. Wolność wyznania pozwala jednak nie podzielać jego kultu Jahwe i kultu własności prywatnej.

Jak pisze na swej stronie internetowej izraelski dziennik Haaretz - wszak jak najbardziej syjonistyczna gazeta - przemówienie Netanjahu dowiodło jego "braku wiary w zdolność narodów arabskich do utrzymania reżimu demokratycznego; pragnienia powrotu do czasów obalonego prezydenta Egiptu Hosniego Mubaraka; strachu przed upadkiem haszymidzkiego domu królewskiego w Jordanii; oraz skrajnego braku woli jakichkolwiek ustępstw wobec Palestyńczyków". Świat arabski ma się "cofać, zamiast posuwać się naprzód" - w związku z czym najwyraźniej coraz mniej akceptuje hegemonię Waszyngtonu, Tel Awiwu i Rijadu.

Rewolucja zaostrzyła sprzeczności między tymi hegemonicznymi na Bliskim Wschodzie siłami. Stąd Netanjahu gromi samego Zeusa Gromowładnego, Baracka Obamę, który po wybuchu powstania w Egipcie wezwał Mubaraka do ustąpienia, uznając, że stary faraon zużył się jako klient Białego Domu i trzeba poszukać nowych, co wywołało panikę w Izraelu, rozleniwionym pozostającą w jego żywotnym interesie mubarakowską "stabilnością". Dziś wiadomo już, że kapitan wielkiego naziemnego lotniskowca okazał się "naiwny", w przeciwieństwie rzecz jasna do kapitana małego naziemnego lotniskowca.

Nikt wszak nie przeprowadza lepszych analiz rewolucji arabskiej niż szacowni izraelscy "eksperci" - stąd jeszcze po wybuchu styczniowo-lutowego powstania w Egipcie analitycy z Mossadu utrzymywali, że reżim Mubaraka pozostaje stabilny.

"Zapytuję tu, kto tu nie zrozumiał rzeczywistości? Kto tu nie zrozumiał historii?" - hamletyzował w Knesecie Netanjahu, choć mógłby lepiej zapytać czy ktokolwiek na tej sali - włącznie z nim samym - je pojął. "Rewolucja wydaje się całkowitym szaleństwem tym, których zmiata i obala" - te słowa, które wypowiedział nie kto inny jak Lew Trocki, przypominają się z całą mocą, gdy spojrzeć, jak Netanjahu uzasadnia brak jakichkolwiek ustępstw wobec Palestyńczyków: "Izrael ma przed sobą okres niepewności i niestabilności w regionie. Z pewnością to nie jest czas, aby słuchać tych, którzy mówią, że trzeba podążyć za głosem serca".

Siły rewolucyjne w świecie arabskim idą jednak w pewnym sensie za głosem serca: w swym realizmie żądają niemożliwego - w swym irrealizmie żądają tylko tego, co absolutnie możliwe. Czego? Na długo przed wzrostem fali rewolucyjnej w świecie arabskim te realnie nierealne i nierealnie realne żądania postawili ci, którzy w Egipcie wznieśli hasło: "Droga do Jerozolimy wiedzie przez Kair".

"Pamiętam, jak wielu z was naciskało na mnie, bym wykorzystał szansę i poczynił pospieszne ustępstwa, pospieszył się z porozumieniem. Nie oprę jednak polityki izraelskiej o złudzenia. Tu ma miejsce potężny wstrząs... ktokolwiek tego nie widzi, chowa głowę w piasek" - stwierdził Netanjahu. - "Nie powstrzymało to ludzi, którzy przychodzą do mnie, sugerując, byśmy dokonali wszelkiego rodzaju ustępstw. Odpowiadam, że obstajemy, by ich podstawą były stabilność i bezpieczeństwo... tym bardziej teraz".

"Stabilność i bezpieczeństwo" tych, którzy pozostają hegemonami Bliskiego Wschodu, to jednak - "tym bardziej teraz" - marzenie ściętej głowy. Bez względu na to, że ci, w których interesy obecna fala rewolucyjna uderza, będą przedstawiać dążenie do obalenia ich hegemonii jako rzekomo wrogie postępowi. Netanjahu wypowiedział swe słowa w obliczu i w kontekście kolejnego powstania w Egipcie - powstania, wobec którego kierownictwa Braci Muzułmanów i innych ugrupowań islamistycznych przyjęły postawę ledwo zakamuflowanej wrogości. Nic dziwnego, że już niedługo po wybuchu rewolucji w Egipcie jeden z ministrów w rządzie Netanjahu, Ehud Barak, roztaczał "złowrogie" wizje reżimów rewolucyjnych pod wodzą nowego Robespierre'a czy Lenina - chyba z wrażenia zapominając o postraszeniu Chomeinim.

 

 

 

Zmieniony: piątek, 25 listopada 2011 18:59
 

Proletariuszom, którzy dopuszczą, aby zabawiano ich śmiesznymi ulicznymi procesjami, sadzeniem drzewek wolności, napuszonymi przemówieniami, przypadnie w udziale najpierw woda święcona, potem wyzwiska, wreszcie ogień karabinowy, a na zawsze – nędza.

Louis Auguste Blanqui

Reklama