Róża wiatrów Chiny Tristan de Bourdon, Chiny: Jak sobie radzą robotnicy w Chenghai
Tristan de Bourdon, Chiny: Jak sobie radzą robotnicy w Chenghai PDF Drukuj Email
Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 
Róża Wiatrów - Chiny
Wpisany przez PMB   
piątek, 14 sierpnia 2009 13:35

Tego kwietniowego przedpołudnia wre na ulicach Chenghai. Autoriksze jeżdżą zygzakiem pod prąd, motocykle obładowane piramidami paczek jakoś sobie radzą z zasadą środka ciężkości, kamionetki pękają od stosów zabawek często przymocowanych tylko sznurkiem, wypełnione tekturowymi pudłami samochody ciężarowe pędzą do pobliskiego portu lub na autostrady całego kraju. W tej dzielnicy miasta Shantou, położonego na wschodnim skraju prowincji Guangdong, życie wre od wczesnego ranka. Mimo przerwy obiadowej, która niezmiennie obowiązuje między 11:30 a 13:30 i często jest synonimem sjesty, prowadzi się tu intensywną działalność gospodarczą aż do zmierzchu – mniej więcej do godziny 18.

Podczas przerwy obiadowej na ulice wychodzą tysiące robotników. W dwójkę czy trójkę przechadzają się po centrach handlowych, posilają się siedząc na pudłach lub ławkach, drzemią w cieniu drzew, grają w karty i w kości… Gdy natomiast fabryki pracują, trudno spotkać choćby jednego z nich. Ani śladu robotnika szukającego pracy z zawieszoną na szyi lub na kierownicy roweru czy leżącą przed nim kartonową tabliczką, na której wypisany ma zawód, jak to się praktykuje w całych Chinach. A przecież Chenghai specjalizuje się w produkcji i komercjalizacji zabawek! Eksperci rządowi mówią, że ta właśnie gałąź przemysłu chińskiego najbardziej ucierpiała na skutek międzynarodowego kryzysu gospodarczego. Oficjalnie zabawki produkuje tu trzy tysiące fabryk; nieoficjalnie jest ich trzy-, czterokrotnie więcej.

Z bocznej uliczki wychodzi młoda kobieta z niemowlęciem na rękach. Jej ubiór – sprane dżinsy, bluza kiepskiej jakości i sportowe obuwie anonimowej marki chińskiej – nie pozostawiają wątpliwości co do jej pochodzenia i wykonywanego zawodu. „W tej chwili nie pracuję, bo opiekuję się sześciomiesięczną córką”, wyjaśnia Mei Lan, przyjezdna robotnica pochodząca ze wsi w prowincji Guangxi. „Mój mąż jest oczywiście w fabryce. Nie miałabym żadnego problemu ze znalezieniem nowej pracy. W tym regionie firmy tak bardzo potrzebują robotników, że teraz godzą się nawet, aby młode matki przychodziły z dziećmi do pracy. Na razie sama wolę wychowywać córkę; zastanowię się, co zrobić, gdy ona będzie w wieku przedszkolnym.” Na murach większości fabryk wiszą tablice, a nieraz również wielkie transparenty z czerwonej tkaniny, informujące: „Szukamy robotników lub robotnic ze wszystkich zawodów” lub „Zatrudnimy od zaraz mężczyzn i kobiety”.

W biurach władz dzielnicowych w gigantycznym, ponurym budynku urzędnicy wcale nie są tym zaskoczeni. „Te ogłoszenia to nie nowość, niektóre wywieszono kilka lat temu”, zapewnia jeden z nich, ale zastrzega się, że jego wypowiedź ma być anonimowa. „Poza Dongguan [patrz obok], w prowincji Guangdong kryzys nie odbił się tak negatywnie na funkcjonowaniu fabryk zabawek, jak to czasem twierdzi się w prasie oficjalnej i zagranicznej. Niektóre od kilku miesięcy pracują pełną parą, do tego stopnia, że na Nowy Rok zatrudnieni w nich robotnicy nie mogli wyjechać do swoich rodzin. Urzędy celne w mieście podały, że w styczniu i lutym br. eksport wzrósł o 18 proc. w porównaniu z takim samym okresem w 2008 r. Zresztą w Chenghai od początku kryzysu nie zamknięto żadnej fabryki.”

Potwierdzają to wszyscy napotkani dyrektorzy przedsiębiorstw i przyjezdni robotnicy. Jednak tę bardzo pozytywną ocenę sytuacji, którą przedstawił mi miejscowy urzędnik, niuansują wszyscy fabrykanci. „Chenghai poważnie ucierpiał wskutek kryzysu międzynarodowego, a ci, którzy twierdzą, że tak nie jest, kłamią”, zwierza się Wang, właściciel fabryczki mieszczącej się w dawnym hangarze z gipsowymi ścianami. Podobnie jak inni fabrykanci, odmawia podania swojego pełnego nazwiska. „Trzeba wiedzieć, że do tego roku 80 proc. zabawek szło na eksport. Ogromna większość fabryk straciła zagraniczne zamówienia i produkcja w nich uległa poważnemu spowolnieniu. Aby sobie to wynagrodzić, usiłują przestawić się na rynek chiński. Mimo to przemysł zabawkarski jeszcze dość dobrze funkcjonuje. Na dowód powiem, że otworzyłem fabrykę zaledwie miesiąc temu; nie zrobiłbym tego, gdyby nie było nowych zamówień.”

Założyciel i właściciel fabryki i spółki importowo-eksportowej You Yi Toys zaświadcza: „W 2008 r. poszło po 20 milionów sztuk niektórych moich zabawek. Aby sprostać takiemu zalewowi zamówień musiałem zatrudnić mnóstwo robotników – ale nie powiem ilu. Od końca zeszłego roku sytuacja jest bardzo, bardzo ciężka. Dziś zatrudniam tylko trzysta osób.” Za jego plecami malarze z wałkami w rękach malują ściany pierwszej fabryki. Wykorzystał on spadek obrotów przedsiębiorstwa, aby ją odnowić, a wszystkich pracowników posłał do pracy w nowym zakładzie, zbudowanym z zysków z ostatnich lat w odległości dwóch kilometrów.

Mimo spadku obrotów płace godzinowe załogi nie zmalały. „Wynoszą od 14 do 15 juanów (1,55-1,66 euro) za pracę na czterogodzinnej zmianie, do czego czasem dochodzą premie dla najwydajniejszych”, mówi dyrektorka Meihua – spółki zajmującej się pośrednictwem pracy. „Pracodawcy często zapewniają bezpłatne zakwaterowanie i proponują stołówkę, za którą robotnicy płacą od 100 do 120 juanów (11,1-13,3 euro) miesięcznie. Stawka ta i te świadczenia od roku prawie zupełnie się nie zmieniły – może o jeden, dwa juany. Nie znaczy to jednak, że kryzys nie ma wpływu na dochody robotników. W fabrykach, które teraz mają mniejsze zamówienia, pracuje się na dwie, a nie trzy zmiany czterogodzinne. Odpowiednio obniżyły się więc płace.” Wszystkie fabryki pracują siedem dni w tygodniu; stała część płac robotników, którzy tracą na zmniejszonym wymiarze czasu pracy, wynosi więc średnio 900 juanów (100 euro) miesięcznie, a jeszcze kilka miesięcy temu wynosiła 1350 juanów (150 euro). Premie przyznawane najwydajniejszym są niskie.

Xu Hong jest w takiej właśnie sytuacji. Pochodzi ze wsi w prowincji Henan i do Chenghai przyjechał pięć miesięcy temu; wtedy zarabiał 1300-1400 juanów miesięcznie. „Mój pracodawca właśnie ogłosił, że z powodu dużego spadku zamówień mamy wziąć cztery czy pięć dni wolnych, oczywiście niepłatnych. W najbliższych dniach wypocznę więc i pospaceruję sobie po mieście. Nie mam zamiaru szukać gdzie indziej pracy, bo jestem pewien, że szybko wrócę tu do pracy. Warunki są tu bardzo dogodne: co miesiąc mogę posyłać 700-800 juanów rodzinie, która pozostała na wsi.” Pracodawca zapewnia mu bowiem wyżywienie i zakwaterowanie – 8 pracowników mieszka na 9 metrach kwadratowych.

Kwatery nie zawsze są tak małe. „Chcąc przyciągnąć i zachować robotników, musimy zapewnić im lepsze warunki niż gdzie indziej”, wyjaśnia dobrą angielszczyzną John X., jeden z szefów Haipengda Plastic Toys, podobnie jak inni zastrzegając sobie anonimowość. „Zbudowaliśmy więc nową sypialnię z dwu-, trzyosobowymi pokojami.” W głębi około 50 robotników uwija się przy trzech rzędach maszyn. Jedni z wielkich worków jutowych wrzucają do lejka stojącego na maszynie plastykowe składniki. Plastyk się topi i po kilku sekundach z rury wypada zielony, żółty lub czerwony pistolet. Robotnicy nie mają ani kasków, ani kombinezonów chroniących przed produktami chemicznymi. Podobnie ich koledzy, którzy siedząc na maleńkich taboretach kontrolują jakość. „Poszukując nowych robotników”, precyzuje John, „prosimy tych, którzy tu pracują, aby rozmawiali o tym ze swoimi przyjezdnymi przyjaciółmi lub wywieszamy na bramie ogłoszenie. Gdy to nie skutkuje, udajemy się do urzędu pracy w śródmieściu.”

Kilka la temu władze miejskie uruchomiły taki urząd. Jak wyjaśnia jeden z jego siedmiu pracowników, bezrobotni mogą tam wypełnić kwestionariusze i znaleźć się na liście przeznaczonej dla przedsiębiorstw. Podają swoje nazwisko, numer telefonu, doświadczenie zawodowe, rodzaj poszukiwanej pracy i zarobki, których oczekują. „Zwolnienia były bardzo ograniczone: fabryki chcą mieć swoich robotników pod ręką na wypadek nagłego zamówienia. W ostatnich miesiącach płace pracowników biurowych nie wzrosły, a nawet nieco spadły, ale tak nie jest w przypadku pracowników fabryk zabawek. Nikt tam się nie garnie, ponieważ praca jest ciężka, a zarobki niskie, bo nie wymaga ona ani szczególnych kwalifikacji technicznych, ani szczególnej siły fizycznej. Proszę spojrzeć: w ciągu pierwszego kwartału br. były 253 oferty pracy i ani jednego chętnego!” Potwierdzają to wizyty w fabrykach: przy stołach montażowych czy kontrolnych pracują młodzi mężczyźni i młode kobiety, a także kobiety czterdziestoletnie. Mężczyźni w tym samym wieku wolą zawody budowlane lub niektóre stanowiska pracy w przemyśle tekstylnym. Mogą tam zarobić blisko 3 tysiące juanów (333 euro), a więc dwu-, trzykrotnie więcej niż w przemyśle zabawkarskim.

W sobotę urząd zamienia się w rynek pracy. Przedsiębiorstwa płacą po 100 juanów za jedno z 22 stanowisk, na których mogą spotkać się z bezrobotnymi; dla tych ostatnich wszystko jest tam bezpłatne. Wszystkie przedsiębiorstwa obecne w sobotę 4 kwietnia działają w przemyśle zabawkarskim. Tego dnia stoisko nr 12 zajmowała firma Yuike Electronics Ltd., która wywiesiła ogłoszenie następującej treści: „Szukamy wielu robotników bez różnicy płci, w wieku od 18 do 40 lat, wynagrodzenie od 700 do 2500 juanów (78-278 euro); oferujemy wyżywienie i zakwaterowanie, proponujemy pokoje dla par. Nasza firma posiada kajefkę internetową, księgarnię i salę sportową: chcemy, aby nasi pracownicy mieli czas na rozrywkę. Telefon: 855 18 888.”

Jeden z kierowników ośrodka, odmawiając podania swojego nazwiska, przyznaje jednak, że poza sobotami niewielu przyjezdnych korzysta z jego usług. „Widzi się tu przede wszystkim mieszkańców Chenghai czy innych dzielnic Shantou. Przyjezdni udają się bezpośrednio do fabryk, które wywieszają ogłoszenia z ofertami pracy lub zwracają się z nimi do środowisk osób przyjezdnych.”

Feng Xu przyjechał do Chenghai na takiej właśnie zasadzie. Dwaj mieszkańcy jego wsi w prowincji Guangxi wrócili na święta noworoczne i doradzili mu, aby zatrudnił się w ich fabryce zabawek, w której ich zdaniem panują dogodne warunki pracy. „Wczoraj przyjechałem do Chenghai. Dotychczas byłem chłopem, ale moja rodzina potrzebuje pieniędzy. Będę zarabiał 1300 juanów (145 euro) miesięcznie. Dam sobie radę nie pracując trzy, cztery czy pięć dni i skorzystam z okazji, aby wypocząć i zwiedzić miasto.” Na razie mieszka z przyjaciółmi w małym pokoju.

Gdy ten 22-letni przyjezdny mówi o swojej wsi, wyjaśnia, że większość mężczyzn i młodych kobiet opuściła swoje gospodarstwa i rodziny i pracuje w fabrykach lub na budowach. Czy nikt nie wrócił na wieś? „Rzeczywiście, słyszałem, że na Nowy Rok przyjezdni pracownicy wyjechali do domów i nie wrócili do pracy, gdyż w całym kraju w fabrykach nie było już dla nich pracy. Mogę zapewnić, że tak nie jest w mojej rodzinnej wsi ani w żadnych innych wsiach okolicznych. Ludzie nie są tacy głupi. Nie siedzą w domu i nie czekają.”

Dokładnie to samo powtarzają wszystkie inne napotkane osoby. „Przyjezdni wcześniej wyjechali do swoich rodzin, bo od dwóch czy trzech lat nie mogli tego zrobić z powodu ogromnego nawału pracy w fabrykach”, opowiada Cui Jian, 24-letni robotnik, który przyjechał z Henanu. „Inni, wiedząc, że w tym roku jest mniej zamówień, też wrócili do miasta w kilka dni po oficjalnym zakończeniu wakacji noworocznych. Zjawisko do tego się ogranicza, żaden migrant nie czeka w domu, bo tam nie ma co robić, a prawie wszędzie może znaleźć pracę.” Cui Jian stwierdza jednoznacznie: „Mówię zarówno o Chenghai, jak i o całej prowincji Guangdong, o wschodnich czy o północnych Chinach. Wszędzie mam przyjaciół-migrantów i regularnie wymieniamy się informacjami, bo chcemy wiedzieć, w jakiej sytuacji jest każdy z nas i mieć rozeznanie w ogólnej sytuacji.”

Poza istotną obniżką miesięcznych dochodów, głównym tematem rozmów telefonicznych migrantów jest powszechne nierespektowanie przez pracodawców ustawy o umowach o pracę. Weszła ona w życie w sierpniu 2008 r. i za pośrednictwem przedsiębiorstw miała zapewnić pracownikom osłonę socjalną i ochronę zdrowia, prawo do bezrobocia i do emerytury. „W Chenghai żadna firma nie respektuje prawa”, wyjaśnia Cao Yuanfang, 25-letnia robotnica, która przyjechała z Honanu. „Rząd centralny w Pekinie nie potrafi sprawić, aby prowadzono tu jego politykę. Pracodawcy robią co chcą, bo nikt nie sprawdza, co robią. Okazuje się, że jeśli zachoruję, za wszystko będę musiała zapłacić z własnej kieszeni.” Xie, szef małej spółki zajmującej się pośrednictwem pracy, niuansuje te oceny sytuacji. „Rzeczywiście, spółki niczego tu się nie boją; kryją je władze lokalne i prowincjonalne, toteż nie respektują one prawa. Tylko jedna to czyni: Audley, największa firma zabawkarska w mieście. Dlaczego? Dlatego, że produkuje zabawki dla takich renomowanych marek zagranicznych, jak Disney czy Bandai. Nad jej polityką socjalną czuwają więc klienci.”

Dyrektor pewnej fabryczki wyznaje z kolei, że nie respektuje prawa i nie uiszcza składek socjalnych. Wstaje, wchodzi do hali montażowej i wyciąga rękę w stronę swoich pracowników. „Nie mogę zaoferować im takich płac i korzyści, jak Audley, która zatrudnia 3 tysiące osób. W porównaniu z nią jestem krasnoludkiem. Osiągam zaledwie dziesięcioprocentową marżę zysku, podczas gdy nasi zachodni klienci osiągają co najmniej dwudziestopięcioprocentową. Na domiar złego dobrze wiedzą, że teraz wszyscy mają tu mniej klientów, więc tym twardziej negocjują ceny. Proszę nie zapominać, że gdyby koszty takich fabryk, jak moja, były wyższe, taryfy sprzedaży importerom zachodnim też byłyby wyższe i nigdy nie mielibyście tak niedrogich zabawek. Czy w pańskim kraju wszystkich rodziców stać na zakupy zabawek wielkich marek?” Z uśmieszkiem w kąciku ust odchodzi do biura, siada i grzeje wodę na swoją zieloną herbatę.

 

Aneks

„Naprawić dach zanim zacznie padać”

 

Jeśli chińskie fabryki zabawek i ich wyroby przeznaczone na eksport przeżywają trudności, to główną przyczyną nie jest kryzys światowy. W takim mieście, jak Dongguan, robotnicy płacą za nie wysoką cenę.

Dongguan leży w samym sercu prowincji Guangdong. To jeden z ośrodków produkcji i eksportu zabawek, mebli, obuwia i tekstyliów. Ten ośrodek tonie. „Zamknięto wiele tamtejszych fabryk”, opowiada Mei Hua, 26-letnia robotnica pochodząca z prowincji Jiangxi, a obecnie pracująca w Chenghai. „Moi rodzice jeszcze tam mieszkają. Mówią, że płace jeszcze bardziej się obniżyły, choć już wcześniej były niższe niż tutaj i że tam trudniej jest znaleźć pracę w fabryce.” Aby dać przyjezdnym zajęcie, dzięki funduszom przyznanym w ramach rządowego planu ożywienia gospodarczego władze miejskie przeprowadzają szeroką operację naprawy infrastruktur. Dongguan to obecnie gigantyczny ser szwajcarski, w którego dziurach krzątają się tysiące robotników.

Nie tylko kryzys światowy spowodował te trudności. Przemysł w Dongguan zaczął tonąć przed spadkiem popytu zagranicznego, który nastąpił w ciągu 2008 r. „Od połowy 2007 r. pracodawcy zagraniczni, zwłaszcza hongkońscy, tajwańscy i południowokoreańscy, którzy wynajmowali tu mieszkania, znikli i teraz mamy tysiące pustych apartamentów”, mówi Cheng Wanhang, odpowiedzialny za przestrzenie przemysłowe w jednej z usytuowanych w Dongguan filii agencji nieruchomości Century 21. „Miało to bezpośredni związek ze spadkiem zakupów i wynajmów pomieszczeń przemysłowych.”

W swoich biurach w Shenzen, Liu Kaiming, prezes i założyciel organizacji pozarządowej pod nazwą Instytut Obserwacji Współczesności, wyjaśnia, że z powodu wzrostu cen surowców „od początku 2007 r. koszty produkcji wzrosły od 20 do 30 procent, a koszty siły roboczej o 10 procent i kurs juana w stosunku do dolara i euro wzrósł o 20 procent, co oznacza całkowity wzrost kosztów o około 50 procent.” W ostatnich latach płace wzrosły z powodu chronicznego niedostatku siły roboczej, ocenianego przez Liu na początek 2008 r. na 4 miliony osób tylko w samej prowincji Guangdong. Mający swoje siedziby w Chinach producenci i nabywcy, których marże zysku są niskie, z powodu tego wzrostu kosztów nie mogli nadal robić interesów, gdyż z powodu chronicznej nadprodukcji w tego rodzaju gałęzi przemysłu chińskiego nie byli w stanie wpływać na ceny sprzedaży swoich wyrobów.

Tymczasem – co potwierdziła pewna młoda przyjezdna robotnica – Dongguan jest miastem przede wszystkim znanym ze swojej nisko wykwalifikowanej siły roboczej, a więc i z wyrobów kiepskiej jakości. „Skandal zabawkarski”, który wybuchł w sierpniu 2007 r., tylko potwierdza taki wizerunek miasta. W ciągu następnych tygodni nabywcy międzynarodowi, w tym amerykańscy Mattel i RC2, odrzucili miliony wyrobów niektórych spółek z Dongguan z powodu nadmiernie wysokiej zawartości ołowiu w farbie lub zbytniej kruchości składników plastykowych.

Bardzo wysoką proporcję zamkniętych fabryk ma wyjaśniać jeszcze inna specyfika fabryk w Dongguan – narodowość właścicieli. „Tu wszystkie przedsiębiorstwa należą do miejscowych”, mówi jeden z szefów stowarzyszenia producentów zabawek w Chenghai. „Te fabryki to ukoronowanie całego ich życia. Redukują zatrudnienie, aby przetrwać do chwili, gdy nastąpi ponowne ożywienie. Natomiast w Dongguan większość pomieszczeń przemysłowych wynajmowali Hongkończycy, Tajwańczycy i południowi Koreańczycy. Gdy zmniejszyły się marże zysku, a banki zaczęły zakręcać kran pożyczkowy lub firma macierzysta postanowiła ograniczyć wydatki grupy za granicą, nie mogli dać sobie rady i poznikali. Mogli sobie na to pozwolić, bo niewiele zainwestowali.”

Dwadzieścia lat temu pojęcie „przedsiębiorstwa bezinwestycyjnego” wylansowali w Guangdong przedsiębiorcy hongkońscy. „Przyjeżdżali do wsi i proponowali: my dostarczymy maszyny i zapewnimy zamówienia, a wy przyczynicie się do przedsięwzięcia zapewniając lokale i pracowników”, opowiada Fabrice Turries, wspólnik spółki Palazzari & Turries, zainstalowanej od dwunastu lat w Chinach i Hongkongu. Początkowo procedurę tę popierał rząd centralny, ale zdał sobie sprawę, że takie postępowanie oznacza przyznanie bardzo daleko idących uprawnień władzom terenowym, które nie szanują norm socjalnych i ekologicznych. „W 2006 r. Pekin przeprowadził więc wielką operację czyszczenia życia gospodarczego wprowadzając ściślejsze regulacje, aby ograniczyć zniszczenia i wymusić up-selling przemysłu chińskiego”, kontynuuje Turries. Stąd zmasowany wyjazd inwestorów hongkońskich, głównie do Wietnamu, gdzie koszty są niższe.

Potwierdza to listopadowa regulacja „nienormalnych wyjazdów inwestorów zagranicznych”. „W spółkach, których nie likwiduje się zgodnie z prawem, akcjonariusze mogą ponieść wraz ze swoimi spółkami odpowiedzialność za szkody poniesione przez ich partnerów handlowych”, wyjaśnia nowe przepisy Bruno Grangier, adwokat z szanghajskiej kancelarii Gide Loyrette Nouel. Posunięcia te godzą również w chińskich przedsiębiorców, których spółki są zarejestrowane w „rajach podatkowych”. Wielu z nich, wyposażonych w podwójne paszporty, uciekło po ulokowaniu całego swojego majątku za granicą.

Ol lata 2008 r. rząd chiński usiłuje obciążyć kryzys międzynarodowy odpowiedzialnością za wszystkie trudności, z którymi boryka się przemysł chiński. Chen Xiwen, odpowiedzialny w rządzie za planowanie rozwoju wsi, poinformował w styczniu br., że z powodu spadku działalności przemysłowej „20 milionów przyjezdnych pracowników straciło pracę, nie znalazło pracy lub powróciło do siebie”.

Do danych tych należy odnosić się ostrożnie. Po pierwsze, jak doniosła oficjalna agencja prasowa Xinhua, uzyskano je w wyniku „sondaży przeprowadzonych w 150 wsiach w całym kraju”. Po drugie, wiadomo, że corocznie miliony migrujących robotników przyjeżdżają do swoich rodzin na chiński Nowy Rok, toteż tegoroczne migracje wcale nie były wyjątkowe. Po trzecie wreszcie, w końcu marca br. Ogólnokrajowy Urząd Statystyczny podał, że obok 11 milionów bezrobotnych osób przyjezdnych w miastach, na wsi po świętach noworocznych pozostało 14 milionów migrantów. Tymczasem informację tę dementują wszyscy napotkani migranci, a specjaliści odnoszą się do niej z dużą rezerwą.

Na posiedzeniu Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych burmistrzyni Dongguan, Li Yuquan, alarmowała: „Trzeba naprawić dach zanim zacznie padać.” Obawia się ona, że w jej mieście, w którym w styczniu i lutym br. zlikwidowano 66 tysięcy miejsc pracy, a 440 fabryk zatrudniających 48 tysięcy osób znajduje się w „niestabilnej” sytuacji, mogą rozwinąć się ruchy społeczne. Faktycznie, od lata ub.r. w mediach mnożą się reportaże o demonstracjach zwolnionych robotników. Zapomniała jednak dodać, że – jak wskazuje pewien przemysłowiec europejski zainstalowany w Dongguan – „nie jest to nowe zjawisko” i że „najczęściej przyjezdni robotnicy nie gromadzą się, aby protestować przeciwko utracie pracy, lecz aby odzyskać zaległe płace. Gdy spełni się ich postulat, znikają, udając się na poszukiwanie nowej pracy, ponieważ na terenie prowincji fabryki nadal poszukują pracowników.”

Dziwnym zbiegiem okoliczności propagandę tę rozpętano akurat wtedy, gdy przywódcy zachodni głośno zażądali, aby Chiny, mniej poszkodowane przez kataklizm finansowy i dysponujące kolosalnymi rezerwami dewizowymi, zaangażowały się z brzęczącą monetą w ratowanie międzynarodowego systemu finansowego. Być może jest to sposób na uprzejme odprawienie z kwitkiem tych, którzy zdaniem władz chińskich ponoszą główną odpowiedzialność za kryzys…

T. de B.

 

Aneks

Chenghai i Chiny w liczbach

 

Chenghai

Ludność: oficjalnie 800 tysięcy, do czego dochodzi 500 tysięcy przyjezdnych pracowników, głównie zatrudnionych w zakładach przemysłu zabawkarskiego.

Działalność gospodarcza: produkcja zabawek, w 80 procentach na eksport; w 2008 r. obroty wyniosły 16,2 miliarda juanów (1,8 miliarda euro).

Fabryki: oficjalnie 3 tysiące, nieoficjalnie 10 tysięcy. Różnica wynika z tego, że istnieje wiele warsztatów, które służą dużym fabrykom podwykonawstwem.

Czas pracy: 7:30 – 11:30, 13:30 – 17:30, 19:30 – 23:30.

 

Chiny

Wzrost gospodarczy: 6,1 procent w pierwszym kwartale 2009 r., 9 procent w 2008 r., średnio 10,7 proc. w latach 2003-2007.

Eksport: 1428,5 miliarda dolarów w 2008 r., co stanowi 35 procent PKB.

Produkcja zabawek: 12,3 miliarda dolarów w 2008 r.; w styczniu 2008 r. w chińskich urzędach celnych było zarejestrowanych 8610 przedsiębiorstw, a w grudniu tylko 4388.

Eksport zabawek: 8,6 miliarda dolarów w 2008 r., wzrost o 1,8 procent w porównaniu z 2007 r.; spadek o 8,6 procent w listopadzie 2008 r. i o 7,6 procent w grudniu; 67 procent produkcji eksportuje się do Stanów Zjednoczonych i Europy.

Dochód miesięczny netto: 397 juanów na mieszkańca wsi i 1315 juanów na mieszkańca miasta.

Oficjalne bezrobocie w miastach: 4,3 procent pod koniec pierwszego kwartału 2009 r.

Oficjalne bezrobocie migrantów: 25 milionów, w tym 11 milionów w miastach i 14 milionów wśród migrantów, którzy pozostali na wsi, tj. 11 procent spośród 225,4 miliona migrantów – na taką liczbę szacuje się ich w całym kraju.

 

Źródła: Stowarzyszenie Producentów Zabawek w Chenghai, Ogólnokrajowy Urząd Statystyczny Chin, Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju.

 

Tłum. Zbigniew Marcin Kowalewski

Artykuł ukazał się w „Le Monde Diplomatique – Edycja polska”, czerwiec 2009 r.

 

Tak na pewno musi wyglądać anioł historii. Twarzą zwrócony jest w przeszłość. Tam, gdzie nam ukazuje się łańcuch zdarzeń, on widzi tylko katastrofę, która nieustannie piętrzy ruiny na ruinach i ciska mu pod stopy. Chciałby zatrzymać się, zbudzić umarłych i złożyć to, co rozbito. Ale z raju wieje wicher, który napiera na skrzydła i jest tak silny, że anioł nie może ich złożyć. Ten wicher pędzi go niepowstrzymanie w przyszłość, od której odwraca się on plecami, podczas gdy przed nim aż do nieba rośnie stos ruin. Ten wicher nazywamy postępem.

Walter Benjamin
Reklama