|
Zaczął się czas podsumowań. Rozruchy w Brytanii straciły impet, zatem rusza machina publicystycznej hipertrofii argumentów, przypuszczeń, domysłów. Dlaczego tak się stało? Ile w tym chuligaństwa, a ile efektów społeczno-politycznego zaniedbania? Kto to zaczął tak naprawdę? Kto podsycał? Nowa analityczna logika mediów, zwłaszcza tych wpisujących się w główny nurt masowej produkcji informacji jest bardzo przewidywalna i chyba nie warto tracić czasu na refleksje nad jej wytworami.
Warto natomiast, jak sądzę, przyjrzeć się w kontekście wypadków w Londynie i innych brytyjskich miastach kulturowej konstrukcji, jaką jest „ulica”. Nieprawdą jest bowiem, że rozpad różnorodnych więzi społecznych jest efektem polityki prowadzonej w ostatnich latach. Nie należy też upatrywać jego przyczyn wyłącznie w skutkach krótszych "okresów" historycznych, jak np. thatcheryzm. Sytuować należy go w szerokim kontekście rozwoju kapitalizmu, dla którego wymienione wyżej przedziały czasowe są fazami konstytutywnymi, znajdującymi wierne odpowiedniki w innych krajach i regionach świata. Richard Hoggart zauważył w swej klasycznej, fundacyjnej dla brytyjskich studiów kulturowych książce „The Uses of Literacy” (niefortunne według mnie tłumaczenie tytułu polskiego wydania z 1975 roku brzmi: „Spojrzenie na kulturę robotniczą w Anglii”), jak tradycyjna kultura robotnicza jest stopniowo wypierana przez kulturę masową, następnie nazywaną, po jej wielopoziomowej ewolucji, popularną. Autor podszedł do sprawy z pewną dozą nienaukowego sentymentu (bez którego studia kulturowe prawdopodobnie istnieć by nie mogły, zatem nie jest to dobry argument „przeciw”), przez co jego wybitna praca spotkała się z solidną porcją krytyki, lecz warto ją przypomnieć dziś choćby z jednego, podstawowego powodu. Hoggart opisując przestrzeń funkcjonowania kultury robotniczej, tej „niewysokiej”, tworzonej przez „podejrzany” lud koncentrował się m.in. na ulicy. Ulice robotniczych dzielnic, ale i wielkomiejskie bulwary, high streets etc. stały się potem kluczowymi konstrukcjami dla socjologicznych i kulturoznawczych analiz przestrzeni współczesności. Oczywiście, nie było by ich bez „Pasaży” Waltera Benjamina, dzieł Georga Simmla i wielu innych, epokowych tekstów. Jednak dzisiejsza ulica została w charakterystyczny sposób „dostrzeżona na nowo” przez brytyjskich badaczy kultury pozostających pod wpływem nasyconej marksizmem myśli Hoggarta.
Obecna humanistyka, a przynajmniej jej lwia część, zaczepiona w (po)nowoczesnym kontekście z lubością zaprzedaje się rynkowi, stając się bardziej dziedziną komentarza medialnego niż działalnością badawczą, skierowaną na poszukiwanie lepszych rozwiązań dla ludzkich wspólnot. Łatwo oddawać się erudycyjno-demagogicznym rozważaniom, gdyż obecna ulica dostarcza niezbędnego paliwa: konsumenckiej pstrokacizny wystaw sklepowych rabowanych przez sfrustrowaną młodzież, mody (ciekawy jest przypadek hoodie, czyli bluzy z kapturem opisywanej jako niemal rewolucyjny artefakt, nieodzowny atrybut zadymiarza), etnicznej różnorodności. Cóż, kiedyś „estetyczna oprawa” nie była tak pociągająca, o czym pisze m.in. Eric Hobsbawm w swej autobiografii „Interesting Times: a Twentieth-Century life”. Kiedy jako dziecko uczestniczył w demonstracjach KPD w Berlinie, na wielu z nich próżno było szukać setek czerwonych flag, transparentów, czy po prostu atmosfery politycznego festynu. Było raczej szaro i smętnie, a nad „ikonosferą protestu”, o której modnie jest dziś pisać, najlepiej nawiązując przy tym do psychoanalizy lub teatru, dominowała atmosfera beznadziei, konfliktu i niepewności. Dziś mamy do czynienia z tą sytuacją w wersji à rebours: opór w erze informacji, usieciowienia, prymatu audiowizualności wielu zapewne widziałoby jako „nasycony teoretycznie”, odpowiednio ideowo podbudowany lub przynajmniej „estetycznie atrakcyjny” na wzór Maja 1968, pamięć po którym w popkulturze przechowywana jest m.in. za sprawą popularności plakatów politycznych z tamtego czasu. Ale nic z tego. Mamy całą niezbędną otoczkę, a protestujący w angielskich miastach okazują się brutalni, zawistni, hermetyczni do tego stopnia, że zaczyna to uwierać instytucje medialne, przeprowadzające typową relację z kapitalistycznego spektaklu przemocy. Jest trochę smutno i bardzo brutalnie, a powinna przecież być sama akcja!
Ulicę kojarzyć mamy z remontami jezdni, budową autostrad, ewentualnie z korkami duszącymi nowoczesne metropolie. Tak wynikałoby z przekazów głównego nurtu. Każą one myśleć też: ulica protestująca to raczej godna pominięcia synekdocha, nic szczególnie prawdziwego, gdyż demonstracje mają swój początek i koniec, linearny przebieg, wymagają zarejestrowania w odpowiednim urzędzie. Bunt jako akt nagłego wyłamania się ze sfery normatywności ustalanej przez kapitalistyczne reguły i reprodukowanej przez system wciąż przedstawiany jest jako coś „dziwacznego”, lecz możliwego do medialnego przeanalizowania, sformatowania i konfekcjonowania. Jednak brytyjscy konserwatyści ze zdumieniem odkryć musieli, że opór może zaboleć, gdyż będzie pełen agresji, zazdrości i wszystkiego tego, co nie przystoi „poważnym politykom”. O ironio, idea „Big Society”, czyli naczelny projekt polityczno-społeczny torysów, stała się ciałem, tyle, że w nieco zmienionej wersji. Oryginał polegać miał na przesunięciu odpowiedzialności z państwa na obywateli i tworzone przez nich instytucje (kooperatywy, organizacje pozarządowe itp.), lecz, rzecz jasna, bez dodatkowego ich finansowania przez administrację centralną. Przeciwnie, kurek zostanie zakręcony. Pod tą przykrywką uspołecznionej polityki faktycznie dokonuje się zwijania państwa, umycia rączek, promując jakiś absurdalny rodzaj sąsiedzkiej pomocy. Brendan Barber, sekretarz generalny centrali Trade Union Congress stwierdził, że wizja torysów odpowiada realiom panującym w Somalii, gdzie państwo właściwie nie istnieje, a władzę sprawują lokalni watażkowie i rozmaitego typu wąskie grupy interesu. W Brytanii ludzie faktycznie się zjednoczyli, ale nie ci ludzie preferowani przez Davida Camerona i George’a Osborne’a. Zrobili to młodzi, pozbawieni poczucia więzi z własnym środowiskiem, ubodzy, klasowo i rasowo dyskryminowani przedstawiciele społeczności bezrobotnych, prekariatu (pomimo niechęci do humanistycznego pojęcio-twórstwa, ten robiący oszałamiajacą niemal karierę termin wydaje mi się bardzo trafny) oraz pozbawionych możliwości rozwoju imigrantów. Okazuje się, że konserwatyści doczekali się swego „Big Society” – wielkiego społeczeństwa sfrustrowanych, biednych i wściekłych. |