|
- Lekarz zapytał, czy mam piersi. Powiedziałam, że tak. Wręczyli mi kartę: niezdatny do służby wojskowej - zdeformowana klatka piersiowa. Zapytał mnie jeden Taj, czy chcę wiedzieć, jak schować penisa, żeby nie było go widać pod bikini. Kręcę głową, że nie, ale wybałuszone gały mówią co innego. - Więc przylepiasz do niego mocny plaster, a z tyłu ktoś ci go naciąga pod kroczem i przykleja do półdupka - tłumaczy. Cała filozofia. Po tajsku ta czynność nazywa się taep.
Albo czy widziałem kiedyś szkoły z trzema WC: dla chłopców, dziewczynek i transwestytów? Bo w Tajlandii jest takich sporo. Chodzą w Bangkoku grupkami, po dwie, trzy, cztery, zaczepiają turystów, siedzą w barach, rozdają ulotki, pracują w hotelach, sprzedają kurczaki curry, występują w telewizji. Kumpel kumpla wyrwał dziewczynę na Patpongu (dzielnica prostytutek w Bangkoku), zabrał ją do hotelu, ściąga majtki, a tam siusiak. - Czy zna pan jakichś ladyboyów? - pytam taksówkarza w Bangkoku. - Pewnie, że znam. W rodzinie mam nawet jednego.
Jedziemy do ośrodka treningowego boksu tajskiego (muay thai). Razem ze mną jest Pornchai Sereemongkonpol, autor książki "Ladyboys. The Secret World of Thailand's Third Gender" (Transwestyci - tajemnicza tajska trzecia płeć), mój tłumacz. Piękny bokser Spóźnia się. W końcu jest gwiazdą. Czekamy. Najpierw czujemy zapach perfum, potem wchodzi jej znajoma, w końcu ona: perfekcyjny makijaż, lśniące włosy, rozkołysany chód, obcasy, wcięta talia, jędrne piersi, skóra jak aksamit. - Przecież ona nie mogła być facetem - myślę. Właśnie. Jak rozpoznać ladyboya? Po pierwsze, męskie stopy, po drugie, męskie dłonie, po trzecie - głos i jabłko Adama. Ja jestem w stanie poznać tylko po głosie, a i to nie zawsze. Jej znajomą (jak się okazało, menedżerkę) zdradził tylko głos. Bo tajscy chłopcy mają bardzo delikatną urodę, gładką skórę, są nieowłosieni, jak większość Azjatów. Łatwiej o perfekcyjne metamorfozy. Tak więc Nong Toom też zdradza głos, gdy spowiada się ze swojego życia. 1998 rok, Bangkok, stadion Lumpini - narodowa arena muay thai. Na trybunach 10 tys. ludzi, sami faceci, rozpinają koszule, robią gorączkowo zakłady. A jest co oglądać, bo w muay thai nie ma cackania: w ruch idą łokcie, pięści, stopy, kolana. Dobry fighter może zrobić z przeciwnika keczup. Poza tym to tradycja narodowa. Na ring wchodzi nieznany nikomu 16-latek Nong Toom. Przed walką bokserzy wykonują ceremonialny taniec. Publika głupieje po raz pierwszy: Nong Toom odgrywa pudrującą się przed lustrem kobietę, a potem ten nieznany nikomu młodziak rozwala mięśniaka w drobny mak. Po walce publika głupieje po raz drugi: Nong Toom całuje przeciwnika w policzek, co będzie robić po każdej walce. Rodzi się gwiazda tajskiego boksu. Urodziła się w Bangkoku jako chłopiec - Parinya Charoenphol. Wyprowadzili się na wieś. - Moim ulubionym zajęciem było zbieranie kwiatków albo wpinanie orchidei we włosy - opowiada. Dzieciaki wołały na nią tua pralat (dziwak). Wszyscy wiedzieli, że jest kathoey - kobietą w męskim ciele. Kiedy Parinya miała osiem lat, rodzice byli dozorcami u bogatej rodziny, która szmuglowała drewno z parku narodowego. Kiedy złapała ich policja, to dozorcy zostali kozłami ofiarnymi. - Kiedy policjanci przyszli do naszej chaty, ojca nie było. Czułam, że dzieje się coś strasznego. Mama rozmawiała z policjantami, obróciła się nagle i mówi: "Dzieci, ja pójdę do więzienia za tatusia. Tak będzie dla was lepiej. Inaczej umrzecie z głodu i nikt was nie obroni, wokół tylu bandytów". Zabrali ją. Parinya wstąpiła do klasztoru buddyjskiego. - Nie chciałam tam iść - opowiada. - Ale czułam, że jeśli nie będę się sprzeciwiać, rodzice uszanują moje decyzje w przyszłości. W klasztorze jest 700 chłopców. W kulturze buddyjskiej tradycyjny ukłon wai powinna wykonać jako pierwsza młodsza osoba. Ale jej kłaniają się nawet starsi, bo jest przykładna, przestrzega wszystkich przykazań Buddy. - Klasztor zmienił mnie na zawsze. Zrozumiałam, co to znaczy być dobrym człowiekiem. Po trzech latach wraca na wieś, do lokalnej bandyterki, rozmiłowanej w piciu, paleniu i krwawych jatkach. - Myślę, że gdyby nie klasztor, mogłabym się temu nie oprzeć - mówi Nong Toom. Na wiejskim festynie miejscowe zabijaki tłuką się za pieniądze na ringu bokserskim. Do Parinyi podchodzi napakowany cwaniak szukający przeciwnika. - Bijesz się?! - zaczepia. Nong Toom: - Wiedziałam, że zwycięzca zgarnia 500 bahtów. To były dla mnie duże pieniądze, tak potrzebne rodzicom. Walczyłam pod pseudonimem Czarny Orzeł. Prawie nie pamiętam tej walki. Wpadłam w trans. Kolejne zwycięstwa przynoszą coraz większe pieniądze. - Wtedy jeszcze nie rozumiałam paradoksu: uprawianie tak męskiego sportu pozwoliło mi stać się kobietą. Wstępuję do obozu muay thay z dwudziestką innych chłopców. Moje ciało od boksowania robiło się muskularne, ale myślałam: "Przecież piosenkarka Madonna też jest wysportowana". O jej tajemnicy najpierw dowiedziała się żona trenera i kupiła jej pierwszą puderniczkę. W końcu Parinya pojawiła się w makijażu na treningu. Śmiechy, kpiny. Nie zostałaby w obozie, gdyby nie trener. - To był rozumny człowiek, nie przeszkadzało mu to, dopóki mocno biłam - mówi Nong Toom. Po kilku wygranych walkach Parinya przenosi się do swojego pokoju, dekoruje go kolorowymi obrazkami. Woli się kąpać sama, zaczyna się wstydzić. - Po południu wolałam się zamknąć w pokoju, posłuchać muzyki, smarować ciało balsamem i gapić się w lustro.
W końcu w 1998 przyszła propozycja walki na Lumpini: - To była najważniejsza chwila w moim życiu, wiedziałam, że jeśli przegram, wszystko stracone - mówi. Wygrała. Dziś Nong Toom ma 28 lat. Wydaje się szczęśliwa, choć bardzo nieśmiała. Kupiła apartament nad morzem, do którego sprowadziła swoich rodziców. Na podstawie jej historii nakręcono wyróżniony wieloma nagrodami amerykański film fabularny "Piękny bokser". Usłyszał o niej cały świat. W 1999 roku przeszła operację zmiany płci i kurację hormonalną. - Penis śnił mi się jeszcze tygodniami. Ale dziś moje ciało i dusza są w harmonii.
- Boksujesz jeszcze? - Tylko dla show. - Bo boisz się o swój wygląd? - Tak. Ale bez ringu trudno mi żyć. Adoptowała dziecko: - Nudsara miała wtedy trzy latka. Płakała bez końca. "Trzeba jej dać pierś, zrób to", prosiłam znajomą, a ona: "To ty jesteś matką". Ściągnęłam bluzkę i włożyłam pierś do buzi małej. Przestała płakać! Nigdy nie przypuszczałam, że zostanę matką, że będę wstawać w nocy gotować jej mleczko. Potem dostałam propozycję roli w operze mydlanej. Dużo pracowałam. Wtedy zrozumiałam, że dziecko potrzebuje ojca. Nie znalazła go do dziś. - Z początku myślałam o związku z Tajem. Bałam się obcokrajowców, nie rozumiałam ich sposobu myślenia, kultury. Dziś to już nieistotne, po prostu ten ktoś musi zaakceptować moją przeszłość. W końcu uśmiecha się: - Pora na mnie. Jak mówi Budda, nic nie trwa wiecznie. - Wierzysz w niego? - Przeszłam na chrześcijaństwo. Ale dalej wierzę w karmę, kapitał, z którym przychodzimy na świat. Urodziłam się z bagażem złej karmy i muszę ją anulować dobrymi uczynkami. W jej ostatnich zdaniach zdaje się tkwić fenomen kathoey - tajskich transwestytów. Cztery płcie Buddyzm w Tajlandii pojawił się już około III wieku p.n.e. W XIII wieku został uznany za oficjalną religię. Wcześniej lud tajski czcił phii - duchy, a ważnym elementem były istoty zmieniające płeć. Buddyści, w przeciwieństwie do chrześcijan, starali się raczej zaadaptować pogańskie praktyki, niż je zniszczyć. Zresztą w świętej księdze buddyzmu "Tipitaka", inaczej niż w Starym Testamencie, w opisie początku świata pojawiają się cztery płcie: mężczyzna, kobieta, her- mafrodyta - osoba o cechach mężczyzny i kobiety oraz pandaka - eunuch lub kastrat. Większość badaczy utożsamia pandakę z dzisiejszymi kathoey. Słowo kathoey pochodzi z języka khmerskiego. "Królewski słownik języka tajskiego" podaje, że to kathoey - osoba posiadająca żeńskie i męskie genitalia, o stanie świadomości odmiennym do jego/jej fizyczności (w definicji nie mieszczą się homoseksualiści). W "Vinaya", części "Tipitaki" odnoszącej się do reguł klasztornych, opisywane są przypadki zmiany płci. Budda nie miał nic przeciwko temu. Buddyzm przejął z hinduizmu wiarę w reinkarnację, według której dusza po śmierci wciela się w nowy byt fizyczny. Jeśli w poprzednim wcieleniu prowadziłeś się niemoralnie, to jest uprawiałeś prostytucję, molestowałeś dzieci, nie dbałeś o ciężarną żonę, spotkała cię kara: urodzisz się kathoey. Jest to więc stan od ciebie zupełnie niezależny. Jak buddysta może się śmiać z kathoey, skoro każdy był nim nie raz, a jeszcze pewnie będzie w przyszłych wcieleniach? Trzeba im współczuć, a nie osądzać. Ale dlaczego kathoey są tak liczni tylko w Tajlandii, a nie w innych buddyjskich krajach?
Do Syjamu (historyczna nazwa Tajlandii) pierwsi biali - Portugalczycy - przybyli w 1516 roku. W dziennikach przybyszy pojawia się często zdziwienie brakiem wyraźnego rozgraniczenia między obiema płciami. Kolonizatorzy ujrzeli podobnie ubrane istoty, mężczyzn opiekujących się dziećmi, kobiety za pługiem. Trzecią płeć postrzegali jako dzieło szatana, które trzeba wytępić, by zaprowadzić chrześcijański porządek. I skutecznie to czynili w większości krajów południowo-wschodniej Azji. Prócz Tajlandii. Pod koniec XVIII wieku tajski król Narai, mający po dziurki w nosie biznesmenów z British East India Company, wyekspediował z kraju białych gości, łącznie z misjonarzami. Syjam odciął się od zachodniej cywilizacji na 150 lat, pozwalając na trwanie własnego religijno-społecznego ładu. Wszystko przez karmę W życiu bym nie trafił do Ciotki Nong. Ja i Porn-chai błądziliśmy chyba z godzinę w gmatwaninie zakorkowanych uliczek. Jej pokoik na strychu jest gdzieś niedaleko Khao San Road, turystycznego deptaka w Bangkoku. W środku duszno, cztery metry kwadratowe podłogi. Toaleta wspólna dla wszystkich na piętrze.
- Za każdym razem, kiedy mówię o swoim życiu, pęka mi serce - opowiada Ciotka Nong. - Kiedy byłam młoda (urodziła się w roku psa - 1934), kathoey poniżano, uważano nas za psychicznie chorych. A ja nie wybierałam płci. Ojciec. Ma go przed oczami, jak gdyby to było dziś. - Bierze mnie na barana i idziemy do chatki - wspomina. Swhing (jej oficjalne imię jako chłopca) lubi to miejsce. Schodzą się tu koledzy taty, śmieją się, słodki zapach unosi się z rurek, które ciągną ustami. Swhing zrozumie dopiero kilka lat później: ojciec był uzależniony od narkotyków, nie trzeźwiał. Zanim w 1959 roku zdelegalizowano opium, było już po nim. Matka. Miała czerwone zęby od żucia makphlu, tajskich orzeszków. Całymi dniami na bazarze, gdzie sprzedawała słodycze, żeby zarobić kilka bahtów na jedzenie. Kiedy wracała do domu, padała wykończona na łóżko. Wtedy ojciec kradł jej pieniądze. Matka nie miała siły, by leczyć ojca, nie miała już na nic siły. - Pewnego wieczoru siadła przy mnie - opowiada. "Jesteś dorosły. Nie mam już siły, musisz sobie sam radzić - szeptała. - Tylko żyj uczciwie, lepiej żebrać, niż kraść. Dbaj o siebie" - płakała. Miał 15 lat, zabrał tyle, ile miał na sobie. Żebranie, poniżenie, smród i ciągłe pytania: "Jesteś chłopak czy dziewczyna?". Odpowiadał: - Jestem chłopcem, dodając celowo kha (żeńska końcówka dodawana przez kobiety na końcu zdania). Przylepił się do grupki kathoey. - Wyglądali inaczej niż dziś, bez hormonów, operacji, męskie ciała w damskich ciuchach. Nie są aniołkami: wypady na podryw do jednostki wojskowej (libacje kończą się zwykle w pokojach żołnierzy), szarpanina z lokalnymi pijaczkami. Swhing była ładna, najładniejsza w grupie. Przebierała w adoratorach. Pracowała jako rikszarz, masażystka, w końcu grzebała w koszach na śmieci i dostała świerzbu. Wreszcie została prostytutką. Wizytę u prostytutki traktowano jako mniejsze zło - lepiej, żeby mężczyzna szedł do burdelu niż do sąsiadki, a najlepiej niech robi to z kathoey, przynajmniej nie będzie z tego dzieci (tak antropolodzy tłumaczą częste korzystanie z usług kathoey na prowincji). Ale rząd wydał zakaz prostytucji. - Jednej nocy widzimy jeepa pędzącego w naszym kierunku - wspomina. - Gliniarze zaczynają nas gonić. Biegłam całą wieczność do jakiejś opuszczonej budowy. Było ciemno. Coś mnie tknęło, umazałam się błotem. Nagle słyszę kroki - policjant. Staje tuż nad moją głową, a ja już cała w błocie. I świeci latarką po całym terenie, w końcu po mnie. Krzyczy: "Jeśli tu jesteś, poddaj się, to rozkaz!". Modliłam się do bóstw ziemi. Odszedł. Wstałam dopiero o świcie. Resztę złapali i wsadzili do więzienia. Wszyscy zmarli na gruźlicę. Trafiła do trupy teatralnej, występowała na festynach. Miała swoje pięć minut, była podziwiana, sama korzystała z usług męskich prostytutek. Ciotka Nong (taką miała już wtedy ksywkę) przez kolejne 20 lat tańczyła w barze dla gejów, aż szef podziękował jej za współpracę. Obiecał, że kiedy będzie znów potrzebna, zadzwoni. Wszystko delikatnie, po tajsku, grzecznie, starając się nie urazić rozmówcy, nawet za cenę kłamstwa. Ciotka nie jest już potrzebna nikomu. Sprzedaje świeczki na Patpongu, okazyjnie tańczy, tkwi coraz częściej w swoim ciasnym pokoiku. W 2007 roku wygrywa konkurs piękności Miss X Boys, dzięki któremu znów poczuła się szanowana, choć podejrzewa, że wybrano ją z litości albo dla śmiechu, a może był to konkurs piękności dla wiedźm. Z koroną wróciła do swej zatęchłej klitki i wybuchnęła płaczem. Wszystko przez tę przeklętą karmę, łka Ciotka Nong. Gdyby chociaż urodziła się trochę później, kiedy dla kathoey zaczęły się lepsze czasy. O dziwo, odwilż przyszła też z Zachodu. Do Tajlandii w latach 60. zaczęli zjeżdżać zmęczeni wojną w Wietnamie amerykańscy komandosi. Lizali rany w licznych ośrodkach rehabilitacyjnych. Organizowali wypady na tajskie piękności. Wioski rybackie zamieniały się wtedy w burdele, w których nie brakowało miejsca dla ladyboys: wyzywająco ubranych, kobiecych, pewnych siebie. Modne kluby go-go i kabarety z ladyboyami, dla białych atrakcja numer jeden, rosły jak grzyby po deszczu. Seksturystyka przynosiła takie dochody, że zaczęła od niej zależeć tajska gospodarka. Odwrotu nie było. Pasterz imieniem Jaśmin Z 27-letnią Mali najlepiej zacząć rozmowę od wojska, bo od razu jej się poprawia humor. - Musiałam wrócić na wieś, bo zgubiłam dowód. Wchodzę do urzędu, siadam, facet stuka w maszynę do pisania. Nagle marszczy brwi i mówi: "Wasan, od siedmiu lat szuka cię armia". - Jaka Wasan? - Powoli. On gada, a ja patrzę na chłopaka obok, bo myślę, że mówi do niego. Urzędnik łapie kartkę i podstawia mi: "To nie twoje imię? - pyta. - Mówię do ciebie!". Tyle lat używałam ksywki Mali, że zapomniałam prawdziwego imienia.
- A co znaczy Mali? - Jaśmin. Wymyśliłam, żeby dodać sobie kobiecości - wyjaśnia Mali.
- No i co z tym wojskiem?
- Przed przyjściem na komisję poborową dałam oficerowi 500 bahtów. Na wszelki wypadek. Czekaliśmy wszyscy. Umierałam ze strachu, żeby nie kazali mi ściągać majtek. A za oknem już jacyś gówniarze krzyczą: "Rozbierz się, rozbierz!". Lekarz zapytał, czy mam piersi. Powiedziałam, że tak. Nawet nie pytał o resztę. Chwała Bogu. Wręczyli mi kartę: niezdatny do służby wojskowej. Zdeformowana klatka piersiowa. Pół biedy. Kiedyś kathoey wpisywali: chory psychicznie.
- To operację zrobiłaś później?
- Nie, nie chcę. Potem trzeba wykonywać kolejne zabiegi, wagina się zrasta, boli piekielnie.
Matka Mali była lesbijką. - Dlaczego mamusia ma krótkie włosy i ubiera się jak chłopiec? - pytała babcię Mali.
- Chce wyglądać jak tatuś.
- A gdzie jest tatuś?
Tatusia nikt nie widział prócz mamusi.
Dzieciństwo: podczas gdy chłopcy udają jeźdźców, ona plecie z liści pierwszą spódnicę.
9 lat - zostaje naczelnym pasterzem rodziny. Odtąd codziennie wypasa pięć wołów.
13 lat - pierwsze pieniądze za sadzenie ryżu (45 bahtów za dzień), od świtu do zmierzchu w równikowym słońcu.
Jeździ do szkoły - 5 kilometrów na rowerze. W szkole jest kilku kathoey, ale się z nimi nie bawi, wstydzi się jakoś. Uczy się pisać i czytać.
W domu uczą ją życia: babcia - zrobić miotłę z bananowca, wujek - orać wołem, ciotka - łapać żaby i pluskwy (smażone są pyszne).
Pewnego dnia dostaje od wujka z Bangkoku list. Otwiera kopertę, w środku fotografia: wujek został ciocią. Mali dostaje motylków w brzuchu. Pieprzyć pługi i woły, pieprzyć wszystko, myśli. Łapie autobus do Bangkoku.
Wjeżdża do metropolii - kolorowe neony, wieżowce, sklepy. Inny świat. Wielu kathoey bryluje już na szklanym ekranie jako showmanki i gwiazdy TV. Mali łapie fuchę w barze. Nie starcza jej do następnej wypłaty. Ląduje na Patpongu - dzielnicy rozpusty. Tańczy w barze go-go. Wścieka się, kiedy klient zabiera ją do hotelu i oczekuje penetracji. - To bar dla gejów, nie dla kathoey! - szef zwalnia ją, gdy Mali przychodzi do pracy ze szminką na ustach.
Decyduje się na kurację hormonami - od razu garściami, ze złością, do wymiotów. Hormony kosztują, Mali kończą się pieniądze. Znajoma zabiera ją do go-go baru, tym razem z ladyboyami. Tam uczy się taep.
Potem trafia do Ubon Ratchathani na wschodzie kraju. Poznaje właścicielkę salonu piękności, dostaje u niej pracę (3000 bahtów miesięcznie). Ale wraca do Bangkoku i na Patpong.
- Od białego można wyciągnąć ze 4500 bahtów za numerek. Bierzesz go na litość: bije cię mąż, sama wychowujesz dzieci. Mówisz jak najmniej, żeby nie zdradzić się barytonem. Jeśli o to zapyta, mówisz, że boli cię gardło. Kobiety wkładają białe bikini, ladyboys - czarne (wyszczuplają). Jeśli o to zapyta, mówisz: czarne jest dla nowicjuszek. To najlepsza przynęta. Pracujesz tylko rękami i ustami. Kiedy zapyta dlaczego, mówisz: mam okres, chyba że jest tak pijany, że jest mu wszystko jedno, w co wkłada. Największy problem z taep jest przy sikaniu w czasie pracy. Trzeba odlepić plaster i sikać po ściance muszli, jak najciszej. Klienci? Różni. Agresywni - Hindusi, najszybsi - Japończycy, najsilniejsi - Niemcy, ulubieni - Anglosasi, bo hojni, najpodlejsi - Tajowie, bo skąpi. Wiele kathoey kradnie, to prawda. Stąd ta fatalna opinia o nas. Ja zarabiałam uczciwie.
- Nie zostałam prostytutką dla przyjemności - podkreśla Mali. - Życie mnie zmusiło. Nie wybierałam swojego ciała.
Literka w dokumencie
Tajlandia staje się stolicą turystyki medycznej w zakresie zmiany płci, ale tajski rząd nie pozwala kathoey na zmianę płci w dokumentach. Ladyboys jeżdżą zawierać związki małżeńskie do Nowej Zelandii.
- Rząd obawia się, że kathoey popsują wizerunek Tajlandii - uważa Pornchai.
Jednak kathoey coraz głośniej i odważniej domagają się od władz zmiany prawa.
Nong Toom: - Brałam udział w kampaniach medialnych, chociaż dla mnie metryka to nie człowiek, tylko kilka literek.
Zapytałem, kim chciałyby być w następnym życiu. Mali i Nong Toom chcą być kobietami. Ciotka Nong, najstarsza, ladyboyem. - Bo bycie kobietą w Tajlandii jest ciężkie - wyjaśnia, zaczesując włosy, ze spinką w ustach. - Bycie ladyboyem jest męką. Ale inność daje niezależność.
- A co z mężczyznami w kobiecym ciele? - pytam Pornchaia, gdy wracamy do Bangkoku. - Na nich się mówi "przystojna kobieta", ale nie widziałem w życiu ani jednej - odpowiada.
* Autor jest studentem Polskiej Szkoły Reportażu
Źródło: Gazeta Wyborcza, Duży Format
|