Nie ma tygodnia, by media nie donosiły o kolejnym skatowanym dziecku. Zwykle dowiadujemy się o tych drastycznych przypadkach, gdy dziecko walczy o życie. O wielu bitych dzieciach nie wie nikt poza ich oprawcami, to znaczy – rodzicami. Nie słyszałam, by w choć jednym przypadku oprawcami okazali się rodzice o orientacji homoseksualnej, a przecież wiadomo, że takich rodzin w Polsce wcale nie jest mało.
Tymczasem różnego rodzaju moraliści załamują ręce nad „niebezpieczeństwem” adoptowania dzieci przez pary homoseksualne. Zwolennicy „normalności” twierdzą, że takie rodziny nie zapewnią dzieciom właściwego wychowania. Twierdzą tak, choć nie mają na to żadnych dowodów. Nie ma tygodnia, by w tak zwanych normalnych rodzinach – składającej się z pani i pana oraz gromadki dzieci – nie skatowano dziecka. Nie zawsze są to rodziny z tzw. marginesu społecznego. Czy na tej podstawie ktoś zaproponował, by zakazać istnienia tzw. normalnych, czyli heteroseksualnych rodzin? Wszak ewidentnych dowodów na szkodliwe oddziaływanie takich rodzin na dzieci nie brakuje. A co z rodzinami, w których dzieci doświadczają przemocy na codzień, ale nie jest to na tyle spektakularna przemoc, by zainteresowały się nią media, o zwykle wszechwiedzących sąsiadach nie wspominając? Kogo obchodzi, że ofiarą stresów i frustracji niedojrzałych rodziców są dzieci – przecież wszystko jest w porządku, dopóki „rodzina jest cała”, a więc pan i pani pozostają w oficjalnym, uświęconym przez księdza, związku. A że czasem dostaną po głowie czy po nerkach, to szczegół. Zdaniem katolickich moralistów, to jest w porządku i „zgodne z naturą”. Niezgodne z naturą byłyby i bywają zaś związki, w których dzieci wychowywałyby się (i bywa, że się wychowują) w atmosferze miłości, bezpieczeństwa i szacunku. Albowiem są to rodziny patologiczne – tylko dlatego, że rodzice nie różnią się płcią. Nieważne, że często różnią się od tzw. normalnych rodzin poziomem kultury i szacunku dla dziecka. I tak z góry skazywane są na przegraną. "Trybuna Robotnicza" |